Pieśń pokoju cz.11
Kolejne miejsce zarejestrowanego wystąpienia anomalii psychosomatycznej – tak, bardzo unikałem słowa „cud'' – leżało w zniszczonej części Wołogoska. Tu Rosjanie wystrzelili najwięcej pocisków i zrzucili najwięcej bomb, zrównując z ziemią obszary mieszkalne wokół największego targowiska, dwie stacje kolejowe i hutę, która to miała być centrum dowodzenia ukraińskiej partyzantki. Tak naprawdę piechota sto dwudziestego pierwszego i drugiego rosyjskiego pułku motostrelkowskiego ponosiła duże straty za każdym razem, kiedy zapuszczali się w te rejony. Ciągłe sabotaże, nagłe ostrzały z okien czy deszcz koktajli mołotowa zrzucony na głowy sprawiały, że rosyjscy żołnierze woleli zdezerterować, niż zagłębiać się w miasto. Front stał w miejscu i kończył się właśnie tutaj, aż do czasu skoordynowanego ataku powietrzno-lądowego, który miał wyplenić szczury, jak to określił zwierzchnik sił zbrojnych Federacji Rosyjskiej. Wraz ze szczurami zginęło pół tysiąca cywili, w tym trzydzieścioro dzieci, a trzy tysiące Ukraińców zostało ciężko rannych lub okaleczonych. Pamiętam to przedpołudnie. Renata włączyła radio w nadziei na lekką muzykę. Trafiliśmy na wiadomości. Gniew, jaki mnie wtedy ogarnął, przeraził nawet ją. Teraz czułem to samo, spoglądając na sterczące zbrojenia i okaleczone fasady tego, co miało szczęście uniknąć bezpośredniego trafienia. Wszędzie stały znicze, niektóre nadal tliły się żałobnym światłem, inne blakły na tle uschłych wieńców. Czułem to wszystko tuż pod skórą, wnikało w głęboko i chciało wejść głębiej, ale ja potrafiłem się już bronić przed negatywnymi skutkami moich umiejętności. Elena chyba nie do końca, bo drżała za każdym razem, kiedy mijaliśmy zawalony budynek czy blok z wyrwana ścianą. Skupiała wtedy wzrok na chodniku i przyspieszała kroku.
Pomiędzy ruinami kręcili się ludzie. Głównie starsi obywatele miasta, którym było już wszystko jedno, gdzie i jak dokonają żywota. Widziałem kilka ciężarówek i jadłodajnie z symbolem czerwonego krzyża. Tam panował największy ruch, ale my zeszliśmy z głównej drogi, żeby wejść do opuszczonej szkoły. Jej też nie oszczędzono, choć uszkodzenia wyglądały bardziej na przypadkowe: tylko prawe skrzydło oberwało mocniej i zawaliło się do połowy po naruszeniu ścian nośnych.
Elena powiedziała, że bombardowano w czasie zajęć, więc szkoła była pełna. Stąd wzięła się większość nieletnich ofiar.
Weszliśmy do sali gimnastycznej. Tuż po przekroczeniu progu wyczułem dziwny szum, coś jakby przyłożyć muszlę do ucha. Szałwia nadal lekko oddziaływała na umysł. Zapach skoszonego zboża zamigotał w zmysłach, zsyłając obraz złotych snopów ułożonych jeden za drugim na tle poczerniałej szopy. Wizja trwała tylko ułamek sekundy, ale była wyraźna jak trybuny czy kosze po przeciwnych stronach boiska. Spodziewałem się czegoś skrajnie innego. Smrodu strachu i smaku żałoby. Dziwne.
Elena usiadła na jednej z trybun.
– To tu. – Wskazała miejsce pod koszem do gry. – Grupa podchmielonych nastolatków przyszła pograć pomimo godziny policyjnej. Kilku uzbrojonych orków wparowało do szkoły. Poleciały kamienie. Jeden rusek stracił cierpliwość i wycelował w podrostka z karabinu. Stał tak przez chwilę i drżał, aż upadł na posadzkę zalany juchą. Krwotok z nosa. Jedna z dziewczyn na trybunach wszystko nagrała i wrzuciła do sieci, ale svinorosy szybko zatuszowali sprawę.
Przysiadłem się do niej: emocje płynęły przez tą szczupłą kobietę jak spiętrzona woda przez przesmyk w tamie. Moja szansa, żeby dowiedzieć się czegoś więcej.
– Sabat nie próbował badać tego na własną rękę?
Otarła twarz z łez.
– Tylko na początku. Babcia wzięła dwie mentalistki i omenopatkę. Szukały śladów uroku, zaklęcia, klątwy... Czegokolwiek. Kiedy wróciły do sabatu, Makrid zakazała nam się w to mieszać.
– I tyle? Wszyscy posłuchali?
– My funkcjonujemy na innych zasadach niż sabaty na Zachodzie. Tu jest ciężko. Potrzebujemy jednomyślności i posłuchu, inaczej już dawno by nas wymordowali.
– Rosjanie czy Rodovera?
– A jest różnica? Przepraszam... Nie powinnam. Pomóc ci przywołać wizję?
– Nie, nie trzeba. Sam nie jestem sympatykiem Rodovery, ale cieszę się, że jednak są częścią Porozumienia. Mają hamulec.
– Pewnie masz rację.
Wstałem z trybun. Zdecydowałem, że tym razem spróbuję innej metody, a raczej kombinacji dwóch technik czytania niewidocznych śladów. Wziąłem trochę szałwii, mniej niż poprzednio. Przy pasie miałem sztylet ze swojego dość pokaźnego arsenału dziwnych narzędzi wszelakich. Elena przyglądała mi się uważnie.
– Autentyczny athame? – spytała.
Matrona Makrid dbała o odpowiednią pozasystemową edukację podopiecznych.
– Tak. Zaklinany na północy Europy, tyle powiedziała mi agentka Somy. Chcesz obejrzeć?
Wyłożyłem ostrze na dłoni. Zioło zaczynało działać, bo czarna rękojeść migotała mrokiem. Teoretycznie nikt nie powinien dotykać athame przed rytuałem, nikt prócz szamana, ale poczułem satysfakcję, że mogę zaimponować tej kobiecie.
Wyciągnęła palce w zwykłej niemal dziecięcej ciekawości, ale zabrała rękę.
– Lepiej działaj, bo szałwia zaraz cię otworzy.
Miała rację. Zachowuję się jak szczeniak w fajnej furze, który wyrywa laski pod szkołą. Skinąłem głową i odwróciłem wzrok, zakłopotany własnym wybrykiem.
Teraz to na pewno będą mnie mieli za dyletanta.
Nakłułem opuszek palca. Czerwona kropla parowała ciepłem i życiem. Lubiłem ten stan upojenia po szałwii. Wszytko miało drugie dno, kolorowy cień stanowiący uzupełnienie twardej, kanciastej rzeczywistości.
Rozsmarowałem krew na klindze i wsadziłem sobie ostrze do ust. Całe, aż po rękojeść. Na szczęście to tylko sześć centymetrów. Wycisnąłem jeszcze trochę swojego życiodajnego soku na opuszek i delikatnie roztarłem krew na powiekach. Obu, z przyzwyczajenia, choć sztuczne oko nie dawało mi żadnych możliwości. Swoją drogą, ciekawe, czy Elena dostrzegła różnicę w obu moich profilach? Byłabym zdziwiony, gdyby nie. Brak pytań i gapienia to raczej grzeczność.
Usiadłem na środku sali. Tym razem nie zamknąłem oczu. Musiałem widzieć. Skoncentrowałem się na tym, co ukryte pod osnową naszego świata. Jak na zbombardowane miejsce było tu całkiem cicho, za to bardzo ciepło. Resztki życia tworzyły gęstą zawiesinę, idealną dla pozostawionych fragmentów świadomości. Chłodny kształt snuł się pod trybunami. Ledwie widoczny, prawie bezkształtny. Wstałem. Poprosiłem Elenę, żeby mnie asekurowała. Przestrzeń kołysała się jak pokład statku. Nie da się twardo stąpać po ziemi, a jednocześnie pozostać otwartym na inne płaszczyzny świata.
Zbliżyłem się do naszego gościa, choć w jego mniemaniu to bardziej my byliśmy gośćmi. Zapewne dla tej zbłąkanej świadomości wyglądaliśmy tak samo mało realnie jak on dla nas. Im bliżej byłem, tym więcej szczegółów ujawniała resztkowa aura. Mężczyzna. Starszy. Chyba trzymał mopa, którym raz po raz kreślił smugi na zakurzonej posadzce. Pomachałem w jego stronę. Zdziwił się mocno. Wyczułem to. Musiałem z nim porozmawiać. Jeżeli doszło tu do czegoś nadprzyrodzonego, to on na pewno to zarejestrował. Problem w tym, że rozmowa z duchem jest jak czytanie we śnie: oni nie myślą jak ludzie, nie komunikują się dźwiękiem, nie rejestrują dźwięku, tylko myśli i emocje.
Przywołałem obrazy żołnierzy rosyjskich celujących do dzieci na trybunach. Jakichś dzieci. Nie znałem twarzy tych konkretnych, ale powinno wystarczyć. Przez chwilę mężczyzna przyglądał mi się uważnie. Milczał. Po duchowemu rzecz jasna. Nic nie wróciło, żadne wspomnienie czy przekaz. Eteryczny obraz łysiejącego jegomościa patrzył na mnie z mieszaniną fascynacji i konsternacji. Zaczynałem przypuszczać, że ten fragment świadomości jest zbyt mały i rozmyty, żeby zrozumieć, co dzieje się wokół niego.
Zbliżył się do mnie. Chciał mnie złapać za twarz, ale ręce przeszły, pozostawiwszy zimne wspomnienie dotyku. Sytuacja dość upiorna, ale doświadczyłem już gorszych. Woźny, bo domniemałam, że tym właśnie był, obejrzał dłonie nieco zdziwiony. W mój umysł wdarło się wspomnienie potwornego bólu w klatce piersiowej.
Rozrywanie torsu. Uderzenie w głowę. Twardość zimnej podłogi. Głuchy krzyk, strach i walka. Potem tylko nierytmiczne gasnące uderzenia. Puk, puk. Puk... puk. Puk... Spokój.
Wizja ustąpiła. Mężczyzna złapał pewnie uchwyt powidoku mopa. Dla niego był bardziej realny niż cokolwiek innego. Zawróciłem się w stronę Eleny. Zimny dotyk na karku wywołał odruch obronny. Obróciłem się gwałtownie. Woźny unosił się niespełna pół metra od mojej twarzy. Rozdziawił usta.
Dźwięk. Płynny, lekki. Smutny a jednocześnie pełen nadziei. Wołanie o pomoc duszone krzykiem. Innym. Wściekłym. Rozbitym.
Mężczyzna wskazał trybuny i rozmył się w cieple tego miejsca. Wyciągnąłem sztylet z ust. Ciemna rękojeść z niewielkim obsydianem odzyskała zwarty kształt. Szałwia przestawała działać. Zbladłem.
Elena podała mi butelkę wody. Wypiłem łapczywie i podziękowałem.
– Zmyj jeszcze krew z powiek zanim wyjdziemy.
Jej słowa dotarły do mnie z opóźnieniem. Miała rację. Człowiek z zakrwawionymi powiekami chodzący po mieście, w którym dzieją się dziwne rzeczy nie uspokoi sytuacji. Nie chciałem sprawdzać, czyją uwagę to przyciągnie. Otarłem powieki podstawioną chustką.
– Dziękuję.
– Powiedział coś?
– Widziałaś go?
Pokazała mi torebkę z własnym suszem. Mieszanka, bo pośród liści przebijały matowe kolory różnych płatków i ziół.
– Był zbyt słaby, żeby sięgnąć samymi zmysłami. Babcia Makrid wspominała, że niedawno zmarł tu woźny. Zawał. Pogotowie nie zdążyło, zresztą od okupacji służba zdrowia ma więcej problemów niż bezdzietny mężczyzna konający w ciszy opuszczonej szkoły.
– Pokazał mi coś. A raczej dał posłuchać. Melodia.
– Jaka?
– Nie wiem. To raczej nucenie. Smutne. – Złapałem się za głowę. Musiałem odpocząć. – Myślę, że na dziś zakończymy śledztwo.
Znów wzięła mnie pod rękę, jak córka swojego zniedołężniałego ojca. Delikatnie. Bardzo przyjemne uczucie. Renata z reguły pchała mnie do przodu albo ciągnęła za kurtkę, kiedy jej irytacja obierała mnie za cel. Gest Eleny był czuły, nieco nieśmiały. Kobiecy.
– Odprowadzę cię do sabatu. Po drodze wstąpimy do piekarni. Może ostał się choć jeden pączek.
Wyszliśmy z tego cichego świadectwa wojny.
***
Pączków oczywiście nie było: braki w zaopatrzeniu dotykały każdej dziedziny życia, ale ludzie wykazywali typową dla naszego gatunku zdolności do adaptacji. Dostaliśmy kilka placuszków z marmoladą. Były dobre. Na miejscu zastaliśmy Matronę Makrid czekającą w progu sabatu. Wręcz ociekała oburzeniem. Całe szczęście w jej oczach byłem tylko średnio rozgarniętym Polaczkiem, więc cała siła gniewnego głosu uderzyła w Elenę. Moja opiekunka przerabiała te słowne grzmoty na merytoryczne pytania, wykazując się anielskim spokojem.
– Nie powinien pan chodzić po mieście.
– Nie przysłano mnie tu, żebym siedział w pokoju, tylko żebym rozwiązał zagadkę tego czegoś, co roboczo wszyscy nazywają cudem.
Elena nie przetłumaczyła kilku kolejnych energicznych słów, choć prawdę mówiąc, więcej było w tym gestów niż rozmowy. Po chwilowym szkwale Matrona ochłonęła, poprawiła suknię i zaprosiła nas do swojego gabinetu. Pomieszczenie świetnie oddawało jej charakter. Gdybym mógł skulić się w fotelu, to z chęcią bym to zrobił.
– Czegoś się pan dowiedział?
Chciałem spytać o to samo, ale ugryzłem się w język. Nic bym nie wskórał i skazał Elenę na nieprzyjemną reprymendę za zbytnią otwartość wobec mojej osoby.
– Niczego konkretnego. – A może jednak zamieszam trochę w kotle. – Zbadaliśmy dwa miejsca domniemanego cudu. Wyczułem coś. Coś delikatnego, ale wszechobecnego. Czy sabatynki nie skarżyły się na jakieś dziwne szepty, mgliste wizje, uczucie obecności w snach?
– Nic nie przychodzi mi do głowy.
Elena jednak mnie lubiła, bo oryginalna wypowiedź brzmiała „Nie, i nie dam się przesłuchiwać we własnym Sabacie!". Kochana istota.
Dokończyliśmy herbatę i rozeszliśmy się w chwilowym rozejmie. Teraz już byłem pewny, po czyjej stronie jest sabat Mokosz, a może nie tyle po czyjej jest stronie – to było dość oczywiste od samego początku – raczej ile jest w stanie zrobić, żeby tę stronę wesprzeć. Musiałem zapleść sobie kolejny chwytacz snów, tak na wszelki wypadek.
Przed skrętem do pokoju poprosiłem moją opiekunkę – z szacunku do tej fascynującej miłej kobiety nie nazwę jej przyzwoitką – żeby wskazała mi miejsce, gdzie mógłbym odprawić kilka rytuałów. Zapewniłem, że wszystkie są legalne i zaakceptowane przez Somę. Odpowiedziała, że bardzo ją to martwi, bo one tu takich nie stosują. Późniejszy uśmiech wyjaśnił, że to był żart, co z kolei ja przyjąłem z udawaną ulgą.
Nie do końca wierzyłem też, że to żart. Nie wszystkie pomniejsze ukraińskie sabaty rodzimowierskie przystąpiły do Somy. Nawet te, które to zrobiły, nie miały w pełni wiarygodnego nadzoru. Stosunkowo nowa i bardzo kłótliwa część Societas Occultae Mentis Adeptorum potrzebowała czasu, żeby zrównać się poziomem perfidności i pozorów ze starszymi członkami Porozumienia.
Elena poinstruowała mnie, jak dotrzeć do wspólnej pracowni. Uprzedziła, żebym się spodziewał zainteresowania Babci Makrid. Sama nie mogła mi towarzyszyć ze względu na inne obowiązki.
Wszedłem do pokoju. Posprawdzałem kilka pułapek zastawionych na wścibskich gości i z ulgą stwierdziłem, że Matrona nie posunęła się tak daleko, jak sądziłem, że jest zdolna się posunąć. Chwyciłem kilka rzeczy wzmacniających różne bodźce pozazmysłowe i ruszyłem na spacer korytarzami. Rytuały stanowiły przykrywkę: nie spodziewałem się rewelacji w samym sabacie. Za dużo tu wisiało w powietrzu, żeby coś tak delikatnego jak usłyszana wcześniej melodia mogło się przebić. Niemniej jednak doświadczenie podpowiadało, że rozwiązanie zagadki nie przyjdzie samo do pokoju. Musiałem uruchomić tryb oportunisty i liczyć na szczęście.
Siedziba zgromadzenia Mokosz nie odstawała wyglądem od innych wschodnich, surowych sabatów, które na swój sposób przypominały domy zakonne. Minimalizm meblowy przy jednoczesnym bogactwie detali, ciemne odcienie drewna i szarość tkanin zdobionych koronkami. Całość tworzyła klimat rodem z osiemnastowiecznych rezydencji. Brakowało krzątającej się służby. No właśnie... Przeszedłem już kilka korytarzy, minąłem pomieszczenie, które wyglądało na salę bankietową, i nadal nie spotkałem żywej duszy. Za kolejnym zakrętem dostrzegłem dwie kobiety stojące w holu. Na mój widok skinęły na przywitanie i uciekły jak dwie spłoszone gołębice. Domyśliłem się, że cały dom dostał instrukcje, aby unikać kontaktu z zachodnim szpiegiem, którego długa linia życia wskazuje, że nie przepuści żadnej okazji to spółkowania.
Uśmiechnąłem się do tej myśli.
Jak się okazało, kobiety opuściły sabatową bibliotekę, do której ochoczo zajrzałem. Biblioteka prawdę ci powie. Zgromadzone woluminy odzwierciedlały naturę mieszkańców każdego domu – o ile oczywiście nie grały roli ozdoby na pokaz, dodającej intelektualistycznego aspektu. Podobne zabiegi dało się łatwo rozpoznać, bo w takim wypadku większość tytułów stanowiły klasyki literatury pięknej powszechnie znanych autorów, takich których każdy rozpozna. Z reguły też kompletnie nie pasowały do właściciela i na ogół przez cały żywot nikt ich nawet nie otwierał, przez co zarastały kurzem tam, gdzie miotełka nie sięgnie. Brak książek był równie wymowny, ale przynajmniej szczery.
Tu było inaczej. Okultystyczne klasyki popularnonaukowe mieszały się z literaturą ogólnie uważaną za kobiecą. Niektóre pozycje wtórnie oprawiono, co przykuło moją uwagę. Sięgnąłem po książkę z tytułem odręcznie napisanym na grzbiecie. „Chmurogon" Natalyja Matolinec. Otworzyłem na losowej stronie i przeczytałem pierwszy lepszy dialog.
– Wiesz, kim jestem – wyszeptał. – Wiatr mnie słucha. Chmury ustępują.
– A moje serce? – zapytała z drżeniem. – Też potrafisz je uciszyć?
Zamilkł. Zamiast odpowiedzi przyciągnął ją bliżej. Gdzieś daleko grzmot przetoczył się po niebie, lecz nad nimi chmury zaczęły się rozsuwać, odsłaniając srebrny księżyc.
– Nie chcę go uciszać – powiedział w końcu. – Chcę, żeby biło dla mnie.
– Nie podejrzewałam, że jest pan fanem romansu.
Kobiecy głos dobiegł od strony wejścia. Elena stała w progu biblioteki i bardzo starała się wyglądać poważnie.
Zamknąłem ten uroczy wolumin i odłożyłem na miejsce.
– Rozumiem, że Babcia Makrid poczuła się zaniepokojona moją szwendaniną po sabacie?
– Uznała, że mógł się pan zgubić. To duży dom z wieloma zakamarkami.
Nie podeszła. Stała w progu, dając całą sobą wymowną sugestię, że mam opuścić to miejsce, zanim doprowadzę Matronę do zawału serca. Mój spacer oportunisty nie przyniósł żadnych znaczących „oportuncji" i nie zanosiło się na owocne przeszpiegi. Mogłem równie dobrze wejść w rolę potulnego gościa i spędzić trochę czasu z ładną kobietą.
Opuściliśmy bibliotekę. Jak się okazało, pracownia okultystyczna leżała tylko kilka metrów dalej, tuż za kuchnią. Dość praktyczne w przypadku haruspicji nadal popularnej w tych rejonach świata. Na zachodzie wróżbici szli bardziej w amulety, kamienie, omeny; ogólnie bardziej czyste metody, ale wschód Europy i Azja, w szczególności Chiny, lubowały się w grzebaniu we flakach i spinaniu razem suszonych części tego czy tamtego zwierzęcia. Kupiłem kiedyś naszyjnik z odnóży kraba, gruczołów jadowych skorpiona i włochatych pajęczych odwłoków, całość nanizana na rzemień. Ponoć to standardowy zestaw na płodność, choć przypuszczam, że gdybym pochwalił się czymś takim partnerce, to płodność nie miałaby znaczenia – nie można zapłodnić kogoś, kto wyzywa cię od psycholi i ucieka z krzykiem.
Bywały też mniej inwazyjne metody angażowania zwierząt w sprawy nadprzyrodzone. Podczas jednej z misji w środkowej Azji spotkałem Mongołkę; utrzymywała, że umie wróżyć z zachowań ptaków i koni. Całe szczęście po wszystkim pozostawały żywe.
Elena wyciągnęła klucz i otworzyła drzwi. Zapach ziół uderzył w zmysły, a ilość kłębiących się w powietrzu pozostałości po wszelkiego rodzaju gusłach, mogła przyprawić medium o ostry ból głowy. Wszedłem do środka już nieco otumaniony, ale po chwili przyzwyczaiłem się do dusznej atmosfery tego miejsca. Pracownia przypominała chram: gliniana czara na palenisko w centrum obszernej izby, przeróżne fetysze zawieszone wysoko pod powałą i niezliczone słoiki, pudełka i kasetki porozkładane na półkach. Wszystko opisane po ukraińsku, ale niektóre fiolki czy alembiki oznaczono dodatkowo symbolami. Większość znałem, kilka było zupełnie nowych. Moja kuratorka... Nie, ten tytuł jest zbyt stymulujący. Moja przewodniczka – tak lepiej – zapaliła świeczki w naściennych kandelabrach. Mistyczna magia nie lubiła sztucznego światła. Powstało wiele teorii na ten temat. Osobiście byłem fanem naukowej teorii pola mistycznego. Znany amerykańsko-japoński popularyzator fizyki, a mniej oficjalnie członek Somy, wysnuł hipotezę o polu podobnym do innych znanych w fizyce, które to pole oddziałuje w specyficzny sposób z wybranymi przedmiotami, substancjami czy osobami. Nazwał to polem Psi. Uczestniczyłem nawet w kilku otwartych eksperymentach, gdzie medium bombardowano falami elektromagnetycznymi różnych długości. Wyniki były mocno niejednoznaczne, ale bawiłem się świetnie.
Ciepłe oświetlenie rozlało się po pracowni. Kilka ciekawostek wyrwało mnie z rozważań o naturze wszechrzeczy. Na przeciwległej ścianie, z haków przytwierdzonych bezpośrednio do tynku zwisały długie pukle włosów. Nieco upiorny widok, ale całkiem zrozumiały. Z włosami można zrobić tyle przydatnych rzeczy, że niektórzy bardziej obeznani oficjele Somy palą reszki ściętych czupryn, żeby nikt nie dobrał im się do wspomnień.
Elena od razu dostrzegła moje zainteresowanie.
– To nasze. – Podeszła i dotknęła kruczoczarnego warkocza. – Ciotka Alisa prowadzi zakład fryzjerski. Po wszystkim oddaje ścięte włosy do sabatu. Robimy z nich najróżniejsze rzeczy od chwytaczy po świeczki czy eliksiry miłosne.
Uśmiechnęła się do mnie.
Podszedłem bliżej i wyciągnąłem dłoń w stronę jasnego kosmyka.
– Nie! – Złapała mnie za rękę. – To znaczy, nie dotykaj, proszę. Traktujemy je bardzo osobiście, prywatnie.
– Rozumiem. Nie chciałem...
– Wiem. Na Zachodzie są nieco inne obyczaje.
Tak naprawdę to nie, i tak naprawdę to wiedziałem, że nie powinienem ich dotykać, ale rola pierdołowatego medium dawała mi pewne przywileje.
Rozejrzałem się po półkach.
– Niektóre symbole poznaję. – Wskazałem na rząd słoików. – Rtęć, sól, siarka, samiak.... Te wyżej to bieluń, lulek i pokrzyk.
– Pytaj, jeżeli potrzebujesz czegoś konkretnego.
Daj mi wszystkie włosy i pozostaw na kilka godzin.
Oczywiście nie mogłem tego powiedzieć. Nie było tu niczego, czego lepszego odpowiednika nie miałbym w walizkach. Ale niegrzecznie byłoby tak po prostu sobie iść – Matrona zapewne oderwała Elenę od zajęć, żeby ta czym prędzej mnie przechwyciła.
– Macie czarcie łajno?
– Zamierzasz kogoś egzorcyzmować?
– Poniekąd. Zapach asafetydy odstrasza żywych, a dym trzyma resztki świadomości na dystans. Potrzebuję zrobić tu trochę ciszy, jeżeli wiesz, o co mi chodzi.
Zaczęła grzebać w niepozornym kuferku.
– Tyle starczy? – uniosła niewielki słoiczek z grudkami przypominającymi pokruszone toffi.
– W zupełności. Jeżeli masz jakieś sprawy towarzyskie na wieczór, to radzę ci wyjść.
Zabrałem naczynie i odkręciłem wieko. Fetor był potworny. Nie wiem, jak hindusi mogą to spożywać.
– Od śmierci męża nie mam żadnych spraw towarzyskich.
– Przykro mi.
– Mnie bardziej. – Rzuciła kilka brył żywicy i oblała oliwą. Na wierzchu ułożyła płaty brzozowej kory. – Ten ogień będzie najlepszy. Czysty. – Podpalone drewko wylądowało w kopczyku.
Ta młoda kobieta fascynowała mnie coraz bardziej.
Kiedy zapłonęła oliwa, wrzuciłem asafetydę. Oboje niemal jednocześnie wzięliśmy głębokie oddechy, żeby nacieszyć się ostatnimi haustami świeżego, a przynajmniej nieśmierdzącego, powietrza. Fetor wdzierał się nawet przez oczy, bo pomimo rozpaczliwego przyciskania rękawa do nozdrzy czułem kłębiący się odór.
Dałem Elenie znak, żeby narzuciła przykrywkę. Zrobiła to z wyraźną ulgą, ale to było tylko chwilowe wytchnienie. Musieliśmy poczekać, aż niedobór tlenu skłębi dym pod pokrywą.
– Jesteś tego pewien?
– Nie, ale odkryj.
Miniaturowy atomowy grzyb wyrósł nad czarą. Moje kiszki skręciły się w mocnym proteście „jeżeli to do jedzenia, to nie rób tego". Elena zbladła i kilka razy wzdrygnęła się, tłamsząc odruch wymiotny. Ktoś uchylił drzwi pracowni, ale szybko zrezygnował. Szybki krok słyszalny z zewnątrz mógł oznaczać bieg po odsiecz. Elena pomyślała o tym samym, bo dała znak dłonią żebym się pośpieszył.
– Co teraz? – zapytała, łzawiąc z przekrwionych oczu.
Wyciągnąłem szpikulec zza paska. Z niewielkiej głowni wystawał pęk świeżych włosów.
– Potrzebuję twojej asysty. Możesz odmówić.
Podwinęła rękaw, odsłaniając piękne gładkie przedramię.
– Nie chcę, żeby takie zaczadzenie pracowni poszło na marne.
– Jesteś Ukrainką z urodzenia, prawda?
Obruszyła się samym wzrokiem.
– Wybacz, musiałem spytać. Jak dotąd panoszący się urok działał, tylko jeżeli Rosjanin chciał skrzywdzić Ukraińca. Chcę sprawdzić, czy to się tyczy tylko Rosjan.
Moja asystentka z każdą minutą robiła się coraz bardziej blada.
– Pospiesz się, proszę, bo zaraz zemdleję od tego smrodu.
Położyła rękę na blacie. Przyłożyłem do niej szpikulec. Żadnych mocy w pobliżu. Nacisnąłem. Po bladej skórze spłynęła strużka krwi. Nadal nic. Zabrałem sztylet.
– Masz tu coś do opatrze...
Nie zdążyłem skończyć. Elena rzuciła się do okna i rozwarła skrzydło na oścież. Chlust wymiotów musiał sięgnąć daleko za fasadę.
Miałem nadzieję, że nikt nie oberwał.
Otworzyłem drzwi, żeby zrobić przeciąg, najwyżej będzie trochę zamieszania. Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Chwyciłem ułożone w kostkę lniane ściereczki i wystawiłem za okno.
– To na opatrunek i otarcie twarzy.
Elena przycisnęła materiał do nosa. Po chwili wyprostowała plecy i wróciła całą sobą do nieco już przewietrzonego pomieszczenia. Krew kapała na sukienkę. Wymownie wskazałem na swój przegub. Dopiero teraz przyłożyła materiał do rany.
– Czułeś coś?
– Nie, ale może to jest sprzężone z samym zamiarem zabicia. Tak sobie głośno myślę. – Uniosłem szpikulec z włochatą główką. – Jeżeli coś się wydarzyło, to będzie tutaj.
– Co tu się wyrabia!?
Głosu podobnego do dźwięku tłuczonego szkła, nie można było pomylić z żadnym innym. Matrona Makrid stała w progu ze ścierką przytkniętą do twarzy. Zza jej ramienia łypała starsza kobieta.
– Eksperyment, Babusia. Chcieliśmy coś sprawdzić.
– Do mojego gabinetu, natychmiast.
Rozmawiały po ukraińsku, więc wypadało zrobić pytającą minę.
Ruszyliśmy za wcieleniem gniewu w czarnej zgrzebnej sukni. Dopiero teraz dotarło do mnie, że kobiety w sabacie nie noszą spodni, bo na mieście było o wiele nowocześniej.
– Jest bardzo źle? – szepnąłem do Eleny.
– Raczej nie, ale przygotuj się na groźby i długi wywód o tym, że w tym porządnym domu nie ma miejsca na takie zachowania.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania