Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Prima Aprilis cz. 19
CORAZ BLIŻEJ SZCZĘŚCIA
Wracam do pomieszczenia, do Michała i dzieci. Michał na szczęście wyjeżdża szybko. Zostajemy z dziećmi sami. Kolejny etap tej historii rozwodowej. Ileż ich już było?
Odkrycie zdrady – raz
Majorka i nerwica – dwa
Odreagowywanie imprezami – trzy
Decyzja o rozwodzie – cztery
Magiczna chemia z Kubą i imprezowanie plus wyjazdy z nim – pięć
Negocjacje alimentów – sześć
Wakacje, kredyt, Szwajcaria, Nowo bez Michała... - siedem
Każdy niósł za sobą coś innego, inne emocje, inne przemyślenia, zdarzenia – to akurat oczywiste, każdy przybliżał mnie do czegoś, czego nie wiedziałam, ale czułam i oddalał od pamiętnego dnia 1 kwietnia, kiedy wrzątek nie był w stanie ogrzać mojego wyziębionego nerwem ciała.
5 miesięcy za mną, ile jeszcze, kiedy w końcu złożę pozew? Negocjacje z Michałem nie należały do łatwych. Przy każdej próbie wywalczenia wyższej kwoty groził odebraniem dzieci, szantażował, że w sądzie mnie zniszczy, obrzuci błotem, zastraszał tak jak tylko potrafił. Mnie, matkę jego dzieci. Osobę, w której kiedyś był tak zakochany. Jak to możliwe? Jak można być aż tak złym człowiekiem. Rozumiem zakochać sie w kimś i chcieć odejść od innego kogoś, nawet od kogoś, kto jest matką Twoich dzieci, ale zastraszać, choć to on zawinił, szantażować, upokarzać, krzywdzić bardziej choć bardziej niby się nie da. Kim on jest? Z kim ja byłam tyle lat? Tak się zmienił, czy zawsze taki był? Chuj, padalec, fiut, kutas, który kiedyś był ukochanym mężulkiem i kotkiem. Życie. A jednak wydaje mi się, że można byłoby to ogarnąć inaczej. Ale muszę tak.
Ratunkiem w tym pomieszkiwaniu na Nowo są wieczory lub weekendy z Kubą. Każdą wolną chwilę spędzam z nim. Dosłownie. Mimo przestróg psychologa zatracam się w nim całkowicie. Jestem na każde jego zawolanie.
- Wiesz, Kornelia dzisiaj wychodzi, możesz przyjechać do mnie.
- Jasne, zaraz zadzwonię do mamy i zapytam, czy może zostać z chłopcami.
- Jestem za pół godziny
Albo
- Przyjedź po mnie za 15 minut.
Początkowo miałam te weekendy bez dzieci spędzać na pisaniu książki, ale szybko przekształciły się one w weekendy z Kubą. Nie zastanawiałam się nad tym. Po prostu tak mialo być. Ja tego przecież potrzebowałam. I to jak. On zazwyczaj przyjeżdżal po mnie. Piliśmy winko, zabierał na coś do jedzenia. Zabierał do knajpy. Płacił zazwyczcaj za mnie, ja przecież nie miałam kasy. Wkrótce brałam kredyt. Mama coś tam od czasu do czasu komentowała, ale cóż ona mogła wobec mojej nieprzepartej potrzeby odreagowania Chuja Michała i Suki Kini. Kuba może nie był idealny, może nie byłam w nim zakochana, może widziałam doskonale jego przywary i to, że nie był tym jedynym, ale spełniał się bezbłędnie w roli tzw. przecinka, czyli kogoś, kto wypełnia pustkę po dłuższym związku. Dobrze mieć przecinek w życiu. Bez przecinków byłoby ciężko. Przecinki ułatwiają. Tak jak w zdaniu, pozwalają zaczerpnąć powietrza przed kolejną frazą. Kuba – Przecinek. Hmm. Ciekawe, co on by na to?
Wrzesień mijał więc na załatwianiu formalności związanych z mieszkaniem, pracy, codziennym bieganiu, zajmowaniu się dziećmi, po raz pierwszy od 12 lat tylko i wyłącznie przeze mnie samą. We wrześniu byłam też na delegacji w Rzeszowie, z której głównie pamiętam basen, na który chodziłam rano i wieczorem, by zgubić kilogramy przywiezione ze Szwajcarii. We wrześniu biegłam też w Toruń Business Run wraz z 3 innymi pracownikami mojej firmy oraz moim ojcem, który zastąpił kontuzjowanego pracownika. To był cudny dzień. Był to weekend bez dzieci i dzień wcześniej jak zawsze wyszłam z Kubą. Nie piłam jednak za wiele, bo ... bieg. Kuba spił się całkowicie. Nawet, po raz pierwszy nie odprowadził mnie do taxi. Zostawiłam go w knajpie i wkurwiona wróciłam do mamy. Rano jednak troszkę skacowana wstałam i pojechałm na bieg, do którego przygotowywaliśmy się kilka ostatnich tygodni. Ale emocje. Tłumy ludzi na placu i okolicznych ulicach. Tak bardzo chciałam, żeby Kuba mi kibicował, ale on chyba jeszcze chlał. Tak wnioskowałam z smsa od Tomka.
- Halo, Anka, my jeszcze pijemy...
Rzygać się chce, no ile można!
Olać go. To mój dzień. Bieg z fajnymi pracownikami i moim ojcem, z którym ostatnio więzi sie zacieśniają.
Wszędzie pełno ludzi, znajomych i nieznanych zupełnie. Mamy doskonałe humory. Najbardziej podobała mi się zbiorowa rozgrzewka. Głośna, rytmiczna muzyka i prowadząca wykrzykująca hasła mające nas zagrzać do walki. Jestem pełna energii i radości. Trochę obawiam się o moje nogi, ostatnio pobolewają mnie po 1, 2 kilometrze, ale jestem dobrej myśli. Gorąca atmosfera, tłum ludzi i muzyka na uszkach mnie poniosą. Nagle z tłumu wyłania się znajoma twarz. To chłopak z Klubu, którego poznałam jakiś czas temu na imprezie, na której byłam z Klarą, Nati, Beatą i Kubą. Ten, który kojarzył mnie z biegania nad jeziorkiem. Miło się było z nim spotkać. Chwilkę porozmawialiśmy i każdy poszedł w stronę swojej drużyny. Potem jeszcze widzieliśmy się podczas rozgrzewki biegając po ulicach Torunia. Nagle dzwoni telefon.
- Halo? Halo? Nic nie słyszę.
- To já, Michał, o której biegniesz?
- Nie wiem, chyba za pół godziny startuję. A co, przyjedziesz z dziećmi?
- Tak, chcę przyjechać.
- Super, bardzo mi będzie miło. Dziękuję.
- Jak jest w ogóle.
- Kochanie – mówię z rozpędu, bo tak często mówię tak do Kuby, a może dlatego, że to mój jeszcze mąż.
- Oj, podekscytowanie czuję.
- Hahahah – śmieję się - tak podekscytowanie.
Pewnie myślał, że to kochanie było zaadresowane do niego. A niech myśli. Ja mam swojego Kubę i to jest ważne. Miło, że przyjedzie z dziećmi. Wracam do swojej drużyny. Zaraz się zaczyna. Pierwszy biegnie mój ojciec, potem Krzychu, Ania, Magda i na koniec ja, żeby dobrym czasem zamknąć bieg. Idę się porozgrzewać, bo stanie w tłumie i upale jakoś mi nie służy. Nakładam słuchawki na uszy i zaczynam biec. Trochę po ulicy Prusa, trochę po Sienkiewicza, gdzie tu biec, może w lewo, a potem może w prawo. Niesamowite tak biec sobie po ulicach Torunia i mijać innych rozgrzewających się zawodników. Nigdy tymi ulicami nie biegłam, pewnie byłoby mi głupio, albo niewygodnie mijać przechodniów. Jednak tego dnia, ulice są wolne od pieszych. Wszyscy po nich biegają. Jadący tramwajem przyglądają się biegaczom i uśminechają do nas. Biegnę w przeciwnym kierunku do biegnących już zawodników. Postanawiam zatrzymać się na chwilę i im podopingować.
- Dajesz, dajesz! – krzyczę do nich, a oni odpowiadają mi uśmiechem, nie są w stanie nic więcej z siebie wydobyć.
Wracam do naszego boksu, niedługo moja kolej. Dam czadu, myślę sobie. Dam mega czadu. Zaczynam biec z muzyką na uszach oczywiście. Wypatruję Michała z dziećmi, ale nigdzie ich nie ma. Biegnę przez plac Kazimierza Wielkiego, potem Wiatraczną do Nowogrodzkiej, biegnę bardzo szybko i już czuję ból nóg, ale nie zważam na to. Biegnę co sił. Ulice wydają mi się wyjątkowo długie. Na rogu Piłsudkiego i Nowo widzę Michała z dziećmi, stoją w samochodzie i nie mogą przejechać. Kiwają mi z auta. Wychodzą w pośpiechu i kibicują. Jest mi tak miło, że są. Skręcam w Piłsudkiego i odkrywam, że ulica biegnie tu pod górę. Biegnie się ciężko, a przecież nie chcę się dać wyprzedzić. Zatem daję z siebie wszystko. Biegniemy do Dworku i potem w lewo Marszałkowską. W końcu jest płasko. Tak się cieszę. Przyspieszam, czuję moc, mijam mężczyzn, o tak, jestem przecież od nich lepsza. I tak aż do Staszica i w dół do Rynku. Okrążam Ratusz i wracam na Plac Szczęścia. Ledwo widzę na oczy, i jeszcze telefon mi się rozładował, co oznacza, że nie mam muzyki, która tak mnie motywowała. Słyszę za to okrzyki kibiców. Czy każdy biegacz ma wrażenie, że kibice kibicują tylko jemu? Niesamowite. Dobiegam i prawie mdleję. Jestem przeszczęśliwa. Myślę, że czas mam dobry, nawet bardzo. Adrenalina jest przeogromna, spotykamy się w umówionym miejscu z moją drużyną i opowiadamy, jak przeżywaliśmy poszczególne etapy trasy. Zaczyna kropić deszcze. To przyspiesza mój powrót do mamy. A tu niespodzianka. Mama zaprasza mnie no spaghetti i piwko do osiedlowego baru. Jest bardzo smacznie i miło. Oblewamy mój dobry wynik. Po powrocie kładę się spać. Jestem wykończona biegiem. Dałam z siebie wszystko.
Wracam do pomieszczenia. Jak dobrze, że są dzieci. Michał wyjeżdża do Warszawy. Nawet gratuluje mi wyniku i biegu. Wow!
We wrześniu biegam prawie codziennie. Po powrocie biorę kąpiel, do której wskakują Kacper i Kamil. Prawie zawsze robię im niespodzianki. Czyli coś słodkiego. I tak jemy sobie w kąpieli ciacha, ja popijam kawkę. Wygłupiamy się. Pienimy cali. Jest wesoło. Jeszcze sobie nie zdaję z tego sprawy, ale to początek mojego zbliżania się z nimi. Nigdy nie byłam złą mamą, ale żyłam w tak zwanych klatkach. Ogarnąć, przygotować i zaprowadzić do przedszkola, ogarnąć, wyprać, zrobić zakupy, i znowu ogarnąć. Boże, jak ja nie lubię tego slowa. Oczywiście bajka na dobranoc. Kacper, zrób to, Kacper zrób tamto. Ale więzi, relacji, jakby nie było w tym. Nie było też cierpliwości i zabawy. Nie było spokoju. Było sporo krzyku, i mojego, i Michała. A od września, wszystko jakby zaczęło się zmieniać. Pomógł mi w tym też Kuba, który sporo pracował ostatnio nad swoimi relacjami z Kornelią. Podczas naszych długich rozmów przez telefon i potem na żywo dzielił się ze mną tym, czego się dowiedział, i czego nauczył. Tak, oto Kuba, ojciec dwojga dzieci, każdego z inną kobietą, był moim mentorem w kwestii wychowania dzieci. Ale nieważne, pomógł mi zobaczyć pewne mechanizmy, i przede wszystkim pomógł mi zobaczyć w moich dzieciach człowieka. Kacper i Kamil spali przez cały wrzesień i październik ze mną. Ja też to lubiłam. Miałam się do kogo przytulić.
Kiedy już spali, siadałam z laptopem i jakimkolwiek alkoholem i pisałam pozew. W końcu doszliśmy do jako takich ustaleń. Oczywiście kompletnie innych, niż te poczynione na Helu, dlatego codziennie musiałam coś przeliczać, pokazywać Michałowi, że na to wydawaliśmy tyle, a na to tyle. On oczywiście zawsze umniejszał kwoty. Czułam, że zbliżamy się do końca negocjacji, Ostatecznie stanęło na kwocie 1935 zł. Do 2000 zł nie udało mi się dobić. Ale i tak było blisko. Prawnicy twierdzili, że więcej przy moich zarobkach sąd nie zasądzi. Dlatego kwota mnie satysfakcjonowała. Michał nie chciał ująć w alimentach wakacji, ciuchów, angielskiego, basenów i wielu innych. Dlatego stanęło na tym, że ujęliśmy w nich podstawy, typu jedzenie, koszty związane z mieszkaniem, opłaty za szkołę i przedszkole. Potem oczywiście nie chciał ująć w pozwie, że poznał Kinię i takie tam duperele. Zgodziłam się prawie na wszystko. Dla dobra naszych relacji i ze względu na dzieci. Miałam nadzieję, że to doceni. Pamiętam jak dziś, że za każdym razem, kiedy wysyłałam mu pozew i tabelkę do przejrzenia czekałam aż mnie doceni. Właściwie nie wiem, co miał docenić. Czy to, że tak skrupulatna byłam, że tak ładnie pozew pisałam. Prawda jest taka, że cały czas, że wciąż, mimo że to on mnie zdradził, że okazał sie zwykłym fiutem, starałam się mu zaimponować, wciąż czekałam na jego docenienie, tak jak wtedy, gdy biegłam z nim crossa. Aż tak byłam od niego uzależniona? Kim był, i co sobą reprezerntował, że tak zależało mi na jego opinii? Lata małżeństwa i wiary w to, że jestem jego jedyną, cudowną, wspaniałą żonką? Nie wiem. Starałam się to wyjaśnić podczas sesji u psychologa. Jedna z odpowiedzi była porażająca.
- Pani Aniu, Pani stworzyła sobie bajkę, bajkę o Michale. W tej bajce Michał był wspaniałym mężem, księciem na białym koniu, który kiedyś przyjechał po Panią i zabrał do swojego zamku i tam Panią zamknął, a Pani wierzyła, na własne życzenie, że poza zamkiem nie ma niczego wspanialszego, niczego, choć dochodziły do Pani głosy, czy to mamy, czy przyjacióek, że coś jest nie tak. Pani odpierała te wszystkie „ataki”, bo burzyły wykreowany przez Panią obraz szczęścia.
WTF!
To 12 lat żyłam w bajce? Hmm. Niejeden chciałby mieć życie jak z bajki. Haha. Ja miałam. Tyle tylko, że ono istniało w mojej głowie. Tak bardzo w nie uwierzyłam, że wszystkim dookoła opowiadałam, jaka jestem szczęśliwa, jak mi z dobrze z moim mężem, jak bezpieczna się z nim czuję, i jak bardzo jestem sobą. A tak naprawdę od siebie byłam całe miliony lat świetlnych.
W każdym razie, tak sobie przesyłaliśmy ten pozew i obliczenia. Czasem dzwoniliśmy do siebie, i gdy Michał miał lepszy humor śmialiśmy się nawet. Mój płacz jednak dominował. Nie potrafiłam się oprzeć, by podczas tych rozmów nie zahaczyć o nas, o to, co było, co nas kiedyś połączyło.
- Michał, przecież, kiedyś byliśmy tak blisko, kochaliśmy się, a teraz zobacz, co się stało. Rozmawiamy o kosztach biletów mpk pod kątem pozwu. To straszne. Rozumiem, że nie chcesz ze mną być, ale dlaczego chcesz, żeby moje i dzieci życie wyglądało gorzej niż do tej pory. Przecież byłam Twoją żoną. Jak możesz tak mnie teraz traktować. Nie orzekam o winie, choć mogłabym a Ty niczego nie doceniasz.
- Co mam doceniać? Nie mogłabyś orzekać o winie, bo wina leżała po obu stronach. Sąd nie orzekłby tylko mojej winy. Jak chcesz orzekać o winie, to ja wywlokę wszystkie brudy, wezwę śwadków, którzy potwierdzą, że puszczałaś się na lewo i prawo. Poza tym postaram się, by odebrano Ci dzieci. Wszyscy potwierdzą, że byłem doskonałym ojcem. Zawoziłem na treningi, do ortodonty, Ty nie robiłaś nic, nic.
Płaczę, płaczę, ryczę, wyję. Dlaczego te słowa mnie tak ranią, przecież to nieprawda. Dlaczego on tak mówi? Czy tak było? Może faktycznie bylam fatalną matką i tylko wydawało mi się, że jestem dobrą. Może on ma rację. A jak powie to w sądzie i sąd w to uwierzy i odbiorą mi dzieci? Dobra, nie będę lepiej orzekać o winie, nie ma co. Skoro tu w domu, czy przez telefon jest taki straszny, to co dopiero na sali rozpraw, kiedy złożę pozew z orzekaniem o winie. Wolę nie myśleć.
Długo biłam się z myślami. Orzekać, nie orzekać. Część znajomych twierdziła, że powinnam. Prawnicy, że nie, bo ostatnią rzeczą, której można oczekiwać od sądu to sprawiedliwość. Myślałam o dzieciach. Jak będziemy je wychowywać, jeśli będziemy sie spierać w sądzie i obrzucać błotem. Nie da się, a wychowanie dzieci jest bardzo ważne, więc z tego punktu widzenia orzekać nie powinnam. Nie ma opcji. Poza tym, gdzieś na niższych poziomach świadomości chciałam, by Michał docenił mnie i brak orzekania, i to że zachowuję sie z taką klasą. No nieźle!
C.D.N.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania