Poprzednie częściPrima Aprilis cz. 1

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Prima Aprilis cz. 20

Więc siedziałam tak przez te wszystkie wrześniowe wieczory przy naszym okrągłym stoliku doczepionym do kuchennej wyspy i pisałam ten pozew i liczylam wydatki, przeliczałam je w tę i z powrotem. Popijałam alk, wypiłam nawet miniaturki alkoholi z naszej kolekcji, żeby nie wydawać kasy. Później Michał zrobił mi o to jazdę.

- Musiałaś nawet wypić miniaturki?!?! Taka z Ciebie matka, pijesz w domu przy dzieciach? Alkoholiczka.

- Michał, przepraszam, musiałam. Przecież Ty też pijesz piwko codziennie. Kiedyś razem piliśmy. Nie pamiętasz?

- Żałosna jesteś.

Teraz nawet w jakiś dziwny sposób tęsknię za tymi wieczorami z pozwem i alkoholem, kiedy dzieci już spały. Takie moje chwile. Z widokiem na kanapę, na której tyle lat przesiedzieliśmy razem. Teraz kanapa jest pusta, a ja piszę pozew rozwodowy i, o Boże, zlituj się nade mną, uzgadniam go z mężem.

W końcu nadszedł dzień, kiedy pozew był gotowy. Wszystko uzgodnione. I mogę go składać. Nie zdajecie sobie sprawy, ile szczęścia może sprawić uzgodniony pozew. Ja byłam przeszczęśliwa. Mogłam go złożyć. Byłam wtedy u mamy, bo wypadł weekend Michała z dziećmi. Wstałam już po 5 rano, zawiozłam mamę do pracy i pojechałam do sądu. Byłam tam jeszcze przed otwarciem. Musiałam poczekać aż mi otworzą. Tak bardzo chciałam go już złożyć. Kupiłam kawkę z automatu i czekałam na otwarcie kasy i biura podawczego. Szczęście wylewało się ze mnie. Ochraniarze i woźni nie widzieli chyba nigdy nikogo tak szczęśliwego w tym budynku.

Wpłaciłam 600 zł, które Michał przelał mi dzień wcześniej na konto i złożyłam pozew w biurze. Śmiałam się do Pani w okienku jak wariatka.

Wychodząc z sądu czułam, że unoszę się nad ziemią. Pojechałam po kawkę latte z Maca, by uczcić ten dzień. Dzień, na który czekałam od kilku długich miesięcy. Yeah!

Jechałam z kawką słuchając Get Lucky na cały regulator i śmiejąc się w głos, jak szalona. To było niesamowite uczucie. Michał zadzwonił kilka godzin później, a ja nie mogłam się powstrzymać przed okazaniem mu szczęścia, jakie czułam tego dnia.

Z Kubą umówiłam się na wieczór na oblewanie tego cudownego wydarzenia. Będzie się działo!!!

Przyjechał po mnie do mamy. Już w samochodzie pękaliśmy ze śmiechu. Byłam tak podniecona złożeniem pozwu. Nie umiałam ukryć radości. U Kuby wypiliśmy trochę winka, resztę spakowaliśmy i wzięliśmy do kina. Ale ponieważ film był strasznie kiepski wyszliśmy i podjechaliśmy do Knajpy. Tam poprosiłam o podwójne whisky, bo chciałam naprawdę uczcić złożenie pozwu, a przez nudny film wytrzeźwiałam. Tempo mieliśmy okropne. Chciałam dorównać Kubie. Piłam podwójne whisky jedno za drugim. Z Knajpy przeszliśmy do pijalni wódki niedaleko, Stamtąd już niewiele pamiętam. W taksówce spałam jak zabita. Na drugi dzień obudziłam się jeszcze pijana. W telefonie miałam kilka smsów od Kuby, między innymi, że nawet jak jestem pijana to wyglądam pięknie i trzymam fason. Ale ja czułam inaczej, w głowie mi się kręciło. Jak mogłam się tak upić? No to faktycznie oblałam pozew... A niech mnie! Jakoś zeszłam na śniadanie, potem prysznic i postanowiłam przejść się z mamą na długi spacer. To był i dobry i kiepski pomysł. Powietrze pozwoliło mi sie oczyścić, ale dystans prawie zbił z nóg. Po powrocie padłam na łóżko i trzęsłam się z zimna. Aż w końcu, z trudem zasnęłam.

Teraz czasem myślę sobie o tym, jaki facet pozwala tak pić kobiecie. Nie powinnam była wypić nawet jednej czwartej tego, co wypiłam. Wieczorem znowu do Kuby pojechałam. Podziwiałam nowy pokój Kornelii. Na drugi dzień rano pojechaliśmy na grzybobranie. Skończyło się oczywiście seksem między drzewami. Nie byłam do końca zadowolona, bo Kuba zazwyczaj potrzebował mniej czasu niż ja na osiągnięcie przyjemności z naszego zbliżenia. Ktoś kiedyś całkiem mądrze stwierdził, że seks pokazuje prawdziwe oblicze faceta. Sama nie wiem...

Kolejny weekend to weekend mojego wyjazdu do Sztokholmu, do Martyny. Martyna postawiła mi bilety, jaka ona kochana…. Ale wcześniej Kuba zaprasza mnie gdzieś z okazji urodzin. To ma być niespodzianka. Zanim jednak to następuje mija 11 sta rocznica naszego małżeństwa z Michałem. Michał kupuje mi z tej okazji kwiaty. Czy on zwariował? Rozwodzimy się, pozew w sądzie a on kwiaty kupuje. Szalony? Stwierdza nawet, że chętnie poszedłby gdzieś na kawę z dziećmi i ze mną, Wybijam mu to szybko z głowy. Opowiadam o tym wszystkim koleżankom po kolei. Niby się nabijam, ale tak naprawdę cieszę się i może nawet jakiś cień nadziei pada na moje myśli o mnie i o Michale. Ale to chyba tylko jego kaprys był. Może chciał zaspokoić własne ego, nigdy się tego nie dowiedziałam.

Niespodzianką Kuby okazuje się kolacja w dark restaurant. To ta niespodzianka. Myślałam, że zabierze mnie na masaż, bo wcześniej wiele o tym rozmawialiśmy, ale to jednak „tylko” kolacja, choć niezwykła. Nie ma kwiatów z okazji urodzin, zresztą nie pierwszy raz nie ma kwiatów, później dowiedziałam się, że nie lubi ciętych…, ale ja lubię! W każdym razie wchodzimy do restauracji, ja odwalona, on przystojny, Pani robi nam coś a la BHP i w końcu prowadzi z noktowizorem do sali. Mijamy kotarę i robi się zupełnie ciemno, i kiedy piszę "zupełnie" mam na myśli ZUPEŁNIE. Nie widzimy nic, kompletnie nic. Kuba też jest w takim miejscu pierwszy raz. Siadamy do stołu. Tzn. nie jestem pewna, czy to był stół, ale wierzę, że był. Nie widzę nawet swojej dłoni. Na początku czuję się nieswojo. Nawet lekko poddenerwowana i zastanawiam się, czy nie uciec stamtąd jak najszybciej, dopada mnie lekka nerwica. Boję się, że dostanę napadu, ale jak zwykle nic takiego się nie dzieje. Uff. Dobrze jednak, że zamówiliśmy danie powodujące wydzielanie się endorfin. Przyda się. Pani podaje wino. Mała lampka mnie rozluźnia. Z ciemności wydobywają się jedynie rozmowy innych obecnych w restauracji. To niesamowite, że w ciemności tak wyraźnie wszystko słychać. Ludzie niby szepczą, ale słychać każde słowo. Panuje radosna atmosfera. Najwyraźniej wszyscy zamówili jedzenie z endorfinkami. My też w końcu ulegamy tej radosnej atmosferze. Nawiązujemy nawet znajomości z niewidzialnymi nieznajomymi. Druga niesamowita rzecz to dotyk. Kiedy nie widzisz wyostrza się zmysł dotyku do nieprawdopodobnych poziomów. Mam ochotę wejść na Kubę i kochać się z nim w tej ciemności. Właściwie nikt by nie zauważył. Poza kelnerkami. Nie robimy tego jednak. Delektujemy się dotykiem dłoni. Jedzenie przepyszne choć do dziś nie jestem pewna co jadłam. To znaczy po wyjściu Pani przepytała nas z menu, ale już zapomniałam. Kuba odprowadził mnie do samochodu i patrząc prosto w oczy powiedział:

- Uwielbiam Cię i mówię to na trzeźwo.

- Haha, no tak, przecież do tej pory mówiłeś to głównie po podwójnym whisky.

- Tak, a teraz mówię to na trzeźwo. Wszystkiego najlepszego.

- Dziękuję.

Wsiadam w samochód i jadę z wielkim bananem na ustach.

Po chwili dzwoni telefon. To mój ojciec.

- Aniołku kochany, wszystkiego najlepszego, co robisz w swoje urodziny?

- Właśnie wracam do domu z cudnej kolacji w dark restaurant.

- O, to miło. Ja zastanawiam się nad prezentem dla Ciebie.

- Oj nie wiem tatusiu, nie myślałam jeszcze.

Ale on mówi dalej.

- Ja myślałem. I wydaje mi się, że w związku z zakupem mieszkania i przeprowadzką do niego wkrótce przydałoby się Tobie trochę pieniędzy.

- No ... tak – mówię niepewnie.

Co on planuje?

- Dlatego postanowiłem umorzyć Twój dług.

Milczę, czuję jak łzy szczęścia zaczynają napływać do oczu.

- Tatusiu, to niesamowite, dziękuję!!!! Naprawdę nie musisz, nie liczyłam na to. To cudownie. Wow! Dziękuję!!!

Dojeżdżam do mamy i nie wiem, czy z powodu endorfin, czy prezentu od taty nie mogę zasnąć. Dzwoni Kuba i rozmawiamy długo. Potem wspólnie osiągamy zwaną po francuską "petite morte". Zasypiam po pierwszej.

W piątek praca i o 14 jadę na lotnisko. Wypijam piwo i ustawiam się w długiej kolejce do samolotu. Nie cierpię tanich linii lotniczych, ale nie narzekam. W końcu lecę do przyjaciółki i to na jej koszt. Dobrze czuję się dopiero w autobusie do Sztokhomu. Oczywiście całą drogę mam schizę, czy będę miała napad nerwicy, ale nie mam. Po drodze denerwuję się jeszcze tym, czy jadę właściwym autobusem, potem, czy właściwym metrem, jak to ja. Muszę się czymś przejmować, nie byłabym sobą.

W metrze piszę do Kuby.

- Pozdrawiam ze sztokholmskiego metra.

On na to:

- Pozdrawiam z egipskiej taxi moje ty międzynarodowe Bejbe.

Uwielbiam go. Mam wrażenie, że tym razem naprawdę się zakochałam. Z początku wydawało mi się, że jestem z nim bo jestem i on podobnie, ale teraz chyba naprawdę się wkręciliśmy w siebie. Zakochaliśmy, ot i co.

Martyna wita mnie na przystanku ze swoimi pociechami. Kąpiemy ich i po jakimś czasie zasiadamy z winkiem i fajeczkami. Opowiadam Martynie o Kubie, o Michale, o pozwie, rozwodzie. Cieszy się z Kuby, ale wolałaby, żebym jeszcze pokosztowała życia. Jednak widząc mnie szczęśliwą stwierdza:

- W zasadzie po co masz czekać i szukać czegoś wyjątkowego, skoro już znalazłaś. Jeśli jest Tobie dobrze, to może brnij w to.

Spędzam z nią cudowny weekend. W czasie, kiedy ona jest zajęta ja spaceruję z kawką po mieście. Idziemy też razem na obiad do restauracji międzynarodowego celebryty. Mniam mniam.

Po powrocie prosto z samolotu jadę taxi do banku, by podpisać umowę kredytową. Pytam o jej streszczenie. Nie mam czasu na czytanie tych kilkunastu stron cyrografu na połowę życia. Doradcy patrzą na mnie jak na szaloną.

- Ależ Pani dużo podróżuje.

- No tak, to prawda. Ok, to gdzie mam podpisać?

I tak oto podpisałam umowę na 30 lat. Z jaką łatwością mi to przyszło. Zdałam sobie sprawę, że bardziej waham się, gdy mam kupić kawę latte w Mcdonaldzie niż przy podpisaniu tej umowy na prawie 400 tysięcy zł. Z banku pędzę po dzieci. I na Nowo.

Jeszcze do końca października muszę tu wytrzymać. W tym samym tygodniu podpisuję akt notarialny z lekkim drżeniem ręki. Przy okazji wydając 13 000 zł.

Adrenalina krąży we krwi. Unoszę się trzy metry nad ziemią.

Jakby mało było wrażeń w tym samym miesiącu wybieram się w delegację do Pekinu. Przejdę tam szkolenie z oceny 360 stopni. Nie wiem, co bardziej mnie kręci w tym wyjeździe, szkolenie, czy miasto. A może obie rzeczy na raz. Bosko. Tylko trochę się denerwuję, czy zdążę z przygotowaniem do przeprowadzki. Muszę zgromadzić kartony, poselekcjonować rzeczy. Kupić farby do pokoju dzieci, materace dla nich. Ale tak wyszło i dam radę, as usually.

No to lecę.

 

C.D.N.

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Bardzo dziękuję wszystkim, którzy. czytają kolejne rozdziały mojej książki. Widzę, że Ci z Was, którzy dopiero niedawno zaczęli mnie czytać wracają do początku mojej historii, co mnie bardzo cieszy, i za co jestem ogromnie wdzięczna!!! Jeszcze raz dziękuję i życzę wszystkim miłego dnia :)
  • hihihi 2 dni temu
    Masz ładną 𝛑.zde może? Hihihihihi

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania