Poprzednie częściPrima Aprilis cz. 1

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Prima Aprilis cz. 21

Tak właśnie napisałam do paru osób na fb w dniu wylotu. Ależ się czułam cudnie. Ja, Anna Kowalska, lecę sobie do Pekinu, jestem zakochana w Kubie, który mnie odwiózł na lotnisko. Wkrótce zamieszkam w nowym mieszkaniu z ukochanymi dziećmi. Mam boską pracę, przyjaciół, fajne auto, wszystko układa się idealnie. Pozew w sądzie. Alimenty ustalone z Michałem są zadowalające. Nie mam na co narzekać. No, i lecę, lecę do Pekinu!!!

Na lotnisku we Frankfurcie nad Menem okazuje się, że samolot jest przeładowany i proponują pasażerom lot kolejnym samolotem za 3 godziny, rekompensując tę niedogodność skromną sumą 600 euro. Kusi mnie strasznie, bo wydatków mam ostatnio sporo, ale nie lecę sama. Piszę do Michaela, z którym razem udajemy się na szkolenie, sms, że jest taka i taka możliwość, ale on jakoś nie pali się do tego, a mi głupio go przekonywać. W głowie dźwięczą stereotypy, że Niemiec bogaty, Polak biedny. Nie chę wyjść na biedną, która poluje na tego typu okazje. Jeszcze kilka razy niby żartem rzucam temat, ale mało przekonywująco i lecimy zgodnie z planem.

Wielki airbus, na 600 lub nawet 800 osób. Robi wrażenie. Żałuję tylko, że nie czuć przyspieszenia, które tak ostatnio uwielbiam, nie czuć startu. Samolot wzbija się w powietrze niezauważalnie zostawiając na lądzie tych, którzy zdecydowali się zarobić kilkaset dodatkowych euro.

Oglądam ze trzy filmy, wypijam 4 kieliszki wina i w końcu zasypiam. Po wylądowaniu ciekawa Pekinu wysiadam lekko trącona z niewyspania i szykuję dokumenty. Kolejka pasażerów przyprawia mnie o zagrożenie napadem nerwicy. Ale nic sie nie dzieje. Opuszczamy lotnisko, wsiadamy do samochodu i jedziemy do hotelu. Po drodze wszystko mnie zachwyca.

Hotel ... hotel jest niesamowity. 5 gwiazdek to za mało. Pokój powala, a widok z niego to dopiero cudo. Codziennie wstawiam zdjecie na fb, aż ktoś złośliwie stwierdza, że to nudne. Ale nie dla mnie. Widok Pekinu z jego wieżowcami, szerokimi bulwarami, ruchem ulicznym i ogromną ilością zieleni powala każdego ranka tak samo. Szkolenie okazuje się niezwykle interesujące, ale nie do końca się nim cieszę. Mam potwornego jet laga. Ledwo funkcjonuję. Mniej więcej co pół godziny muszę wstawać i chodzić. Piję hektolitry wody. Prawie w ogóle nie palę. Znowu boję się napadu nerwicy. Ale go nie mam. Codziennie po szkoleniu zwiedzamy i zajadamy chińskie smakołyki w najlepszych restauracjach. Jestem upojona jet lagiem i metropolią. Poznaję niesamowitych ludzi. Niby tak innych a jednak identycznych. Okazuje się, że mieszkańcy Pekinu mają takie same problemy w związkach i w pracy jak mieszkańcy Torunia. Przez cały pobyt piszemy z Kubą na viberze. Oczywiście ja czekam dłuuugooo aż on się obudzi, i tu w zasadzie jest tak samo jak w Toruniu, bo ja i tak zawsze wstaję 2 godziny przed nim i długo czekam na jego dzień dobry. Tęsknimy za sobą potwornie. Wieczorami, po basenie, a przed zaśnięciem wyobrażam sobie nasze spotkanie po przylocie. Jak się dotkniemy, przytulimy, pocałujemy, jak się będziemy kochać. Najbardziej wyobrażam sobie to ostatnie. Seks, seks, seks. Chyba najbardziej za tym tęsknię. On zdaje się też a już na pewno tęskni za moim tyłeczkiem. Próbuję nawet zrobić zdjęcia tyłeczka w spódniczce, którą on tak lubi, ale nie za dobrze mi to wychodzi...

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. W końcu nadchodzi dzień powrotu. Sobota. Jadę jeszcze na małe zakupy, zwiedzanie, i wracam. Jeszcze się podróż dobrze nie zaczęła, a już czuję się brudna. Po powrocie prysznic będzie konieczny. Lecę, lecę, lecę. Na lotninsku w Toruniu czeka Kuba. Ale nie może po mnie wyjść, bo na parkingu zauważył wspólną znajomą, która nie może nas zobaczyć, bo Michał mógłby się dowiedzieć. No nic, a miało być tak romantycznie. I kwiatów nie ma znowu.

- Nie mam kwiatów, bo nie zdążyłem i nie było po drodze.

- Spoko, ważne, że Ty jesteś.

Cała ja, teraz się z tego śmieję. Ale to tragicznie w sumie być taką niewymagającą.

Jedziemy do niego. Kąpię się, a potem chcemy się kochać, ale do domu wraca jego córka. Jedziemy do jego firmy i kochamy się namiętnie. Potem Kuba zaprasza mnie na obiad. Śmiejemy się jak zwykle dużo. Wracam do pomieszczenia, w którym czeka na mnie Michał. Chce porozmawić o dzieciach i naszych relacjach, i wielu innych. Nie mam na to siły, ale nie mogę od tego uciec.

- Twoja matka znowu coś przy Kacprze o mnie mówiła. Nie będą do niej chodzić. Oni nie mogą tego słuchać.

- Wiem, wiem, wiesz jaka ona jest.

Przez cały tydzień, kiedy byłam w delegacji Kacper i Kamil byli z moją mamą, no prawie cały tydzień. Kacper nie chciał iść na basen, nie chciał nic, tak bardzo za mną i Michałem tęsknił. Taki tydzień bez nas za to z babcią, nie był dla niego dobry. Dodatkowo wpłynął na jego brak poczucia bezpieczeństwa. Żal mi go strasznie.

Ale na szczęście już jestem w domu. Przywiozłam im koszulki i piżamki chińskie. Wspólnie zaczynamy nasz ostatni tydzień na Nowo.

W tygodniu Kuba pomaga mi zorganizować kartony. Niezliczone ich ilości. Jestem bardzo poddenerwowana. Boję się, że czegoś nie zdążę. Organizuję malowanie, sprzątanie, przeprowadzkę, jednocześnie pracując i ogarniając sama dzieci i dom. Trochę dużo jak na jedną osobę. Dochodzi nawet do sprzeczki z Kubą. Doradza mi swoje logistyczne rozwiązania, ale ja chcę wszystko robić po swojemu. Wkurza go to i nie chce ze mną pojechać na jakieś zakupy. Dopada mnie prawie rozpacz, reaguję, jakby ziemia miała mi się usunąć spod nóg. Dzisiaj pojechałabym na te zakupy sama, ale wtedy błagałam go, by jednak pojechał ze mną. Nie wiem, może faktycznie przeginałam ze swoimi oczekiwaniami w stosunku do niego zawsze tłumacząc, że to ja się rozwodzę, ja jestem w większej potrzebie, a on ma mi pomóc tu i teraz. Wtedy tego tak nie analizowałam. Należało mi się i tyle.

Jednak coraz częściej na jego twarzy widzę poirytowanie. Pierwsza fala zakochania minęła. A zaczęła sie tak naprawdę raptem przed chwilą.

1 listopada wypadł w piątek. Tego dnia poprosiłam mamę, by zabrała dzieci do siebie. Ja od 7 rano pakowałam dobytek 12 lat bycia razem. Chciałam być z tym sama. Przy niejednym kartonie wylałam niejedną łzę. Pakowałam wszystko, co mogłoby mi się przydać w nowym mnieszkaniu. Boże! Ile tego! Działałam jak w amoku. Kawa, fajka, karton, kawa, fajka, karton. Od czasu do czasu wymiana smsów z Kubą. Rozmowa z mamą i koleżankami.

- Jak Ci idzie Aniołku?

- Dobrze Mami, jak zawsze daję radę. Mam to po Tobie.

- To dobrze Aniołku.

- A co robicie z dziećmi?

- Byliśmy na spacerku, teraz Kamilek buduje coś z klocków. Kacper ogląda program na Discovery.

Biedne dzieci, teraz o tym tak myślę, wtedy nie, wtedy liczyły się dla mnie tylko kartony, i żeby dzieci tego nie widziały. Ale nie zastanawiałam się wtedy wcale a wcale, co oni myślą, co czują. W ogóle.

Na chwilę wpadła siostra Michała ze swoim facetem. Nie pamiętam, czy coś przynieśli, czy tak z ciekawości wpadli. Szli biegać i weszli na chwilę.

- O matko – powiedziała.

- No, tak to właśnie wygląda, pakowanie przed rozwodem, po 12 latach życia. Nie wiem, co mam jescze zabrać, a co zostawić.

- Anka, bierz wszystko, należy Ci się. Bierz.

Zachęcona tymi słowami, pakowałam przez kolejne godziny WSZYSTKO. Dosłownie.

To było trochę tak, jak wtedy gdy pakujesz się na wakacje pod namiot, na camping, i myślisz sobie, że w zasadzie wszystko może Ci sie przydać. Ja też tak wtedy myślałam. W moim nowym życiu na Poznańskiej wszystko może mi sie przydać. Bo tam, w tym nowym życiu, nie mam nic.

Karton, kawa, fajka i tak do 19. Zadzwoniłam do mamy, że nie dam już chyba rady, że spakowałam wszystko oprócz pokoju dzieci i energia mi się skonczyła. 12 godzin pakowania i nie mam koncepcji, co jeszcze zabrać z ich pokoju.

Mama przyjechała z ciocią Basią z Bydgoszczy, która zatrzymała się u niej na kilka dni. Dzieci, nie pamiętam, gdzie były wtedy dzieci i czy spałam w domu sama, czy z mamą, ale chyba pomogły mi spakować rzeczy z pokoju dziecięcego i odwiozłam je do domu. Potem pojechałam do Kuby, żeby się oderwać przy winie i seksie. Rano prosto od niego pojechałam z samochodem pełnym mioteł i detergentów po Lidkę. Razem pojechałyśmy na Poznańską, by posprzątać mieszkanie. Przed wejściem zastanawiałam się, co poczuję po otwarciu drzwi, czy nadal będzie mi sie to mieszkanie podobać? Czy się nie rozczaruję? Poczułam szczęście, wielkie szczęście, które mimo wielkiego zmęczenia dodawało mi skrzydeł przez cały dzień sprzątania. A było co robić. Przyszedł malarz. Miał pomalować pokój dzieci. Zrobił to w kilka godzin. A drugi dzień można go było już urządzać. Po całym dniu sprzątania, fruwania na miotle pojechałam do Kuby. Dzieci spały tym razem u mojego ojca. Chciałam, by przyjechały do mnie dopiero w niedzielę wieczorem do urządzonego mieszkania. Zupełnie nie pomyślałam, że powinny się były najpierw pożegnać z naszm starym mieszkaniem, ale z drugiej strony przecież będą do niego nieraz przychodzić, gdy będą z Michałem.

Wypiłam z Kubą wino, graliśmy w szachy. Potem kochaliśmy się. W nocy nie mogłam spać. Wierciłam się w łóżku, czekając na poranek. Denerwowałam się, czy firma przeprowadzkowa przyjedzie na pewno, czy nie. Po przebudzeniu czułam się wykończona, ale od razu napisałam sms do Michała od przeprowadzek. Nie odpisał. Nie odpisywał parę godzin. Denerwowałałam się strasznie. A jak nie przyjedzie? Co ja zrobię, tak badzo chciałam się już przeprowadzić i mieć za sobą etap Nowo i zacząć etap Pozańskiej, na swoim. Kuba uspokajał mnie.

- Najwyżej zamówisz Kamińskich na inny dzień, nie denerwuj się.

- OK – potwierdziłam bez większego przekonania.

Wróciłam do domu. Zapaliłam fajkę i zaprzyłam kawę. Czekałam. Wpatrywałam się w telefon. Nagle zadzwonił.

- Jedziemy już do Pani, będziemy za chwilę.

- Dlaczego Pan nie odbierał?

- Nie miałem zasięgu.

I tyle. Żadnych tłumaczeń więcej. Nie miał zasięgu, a ja byłam w stresie i niepewności chyba ponad 4 godziny.

No nic. Ważne, że już jadą.

Zanim dojechali ogarnęłam kilka kartonów jeszcze i spaliłam kilka fajek. Weszli, rozejrzeli się i ... do roboty.

Zaczęli od pianina. Prawie spadło im na schodach. Chciałam ich cofnąć, poprosić o zwrot kasy, błagać, żeby skończyli i pojechali tak szybko, jak się pojawili, co wcale nie było TAK SZYBKO

Ale jakoś się przemogłam. Zasłoniłam oczy, zakryłam uszy i udało się. Pianino stało już w ciężarówce. Teraz tylko tysiąc kartonów, mebli, kwiatów i jedziemy.

Zajęło im to jakieś 3 godziny.

Pojechaliśmy do nowego mieszkania. Poprosiłam Kubę, żeby też przyjechał. Zgodził się, choć dla mnie było wtedy dziwne, że sam mi tego nie zaproponował. Teraz myślę, że może nie chiał być ze mną w tych intymnych dla mnie momentach, nie wiem, jednak trochę dziwne.

Zmontowaliśmy łóżko dla dzieci. Powlekliśmy pościel. Przenieśliśmy moje łóżko do sypialni. Ustawiliśmy meble. Potem opróżniliśmy kartony. Ja układałam wszystko na półkach. Pod wieczór Kuba poszedł do domu. Ja zostałam i dopieszczałam sczegóły. Włączyłam płytę z muzyką ze smurfów i czekałam na dzieci. Przywiózł mi je mój tata z Elą. Przy okazji obejrzeli mieszkanie. Gdy drzwi się otworzyły i dzieci weszły do środka poczułam 200 % szczęścia. Dzieci chodziły po mieszkaniu i rozglądały się. Kamilek się uśmiechał. Kacper chodził z krytycznym spojrzeniem.

- I tak wolę Nowogrodzką.

- Kacper, jasne, że tęsknisz za naszym starym mieszkaniem. Ja też. Ale to nasz nowy dom, przyzwyczaimy się do niego i za jakiś czas będziesz czuł się tu dobrze.

- Nie wiem, nie podoba mi się tu, jest jakieś małe to mieszkanie.

- Kacper, tu jest 85 metrów. To prawie tyle, ile na Nowo. (Na Nowo było 145…)

- Yhm.

Wykąpałam dzieci i położyłam do świeżo powleczonych łóżeczek. Kacpra na górze. Kamila na dole. Popijałam winko i pisałam z Kubą. Głaskałam Kacpra i Kamila. Na zmianę.

Byłam przeszczęśliwa. Udało się. Przeprowadziłam się w 3 dni. Wszystko ma swoje miejsce. Bałam się korków tylko.

- Jutro musimy wcześnie wstać, bo nie wiadomo, ile pojedziemy.

- Dobrze mamo.

Nigdy nie wiem, czy to „dobrze mamo” to na odwal, czy to tak czule i ze zrozumieniem. Kiedyś się dowiem albo nie.

 

C.D.N.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania