Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Prima Aprilis cz. 24
ROZWÓD
Rano przyjeżdża, bo mamy razem w ramach odstresowania przed rozwodem obejrzeć kilka mieszkań. Miał tylko podjechać po mnie i mieliśmy od razu pojechać oglądać mieszkania, ale tuż przed czasem zapytał na viberze, czy może liczyć na kawę i śniadanie. Co za fiut. Liczył na seks. Tak, fiut, seks mu w głowie po tym wszystkim.
Hmm, ale jak tak pomyśleć, to ja też miałam ochotę i to wielką. Oczami wyobraźni widziałam jak wchodzi i od razu zaczynamy się kochać. W realu przychodzi, a ja robię kawę. Wykładam jogurty, które przyniósł. Ręce mi się trzęsą. Oboje nie wiemy, jak zacząć rozmowę. Kuba pyta, jakie mieszkania zobaczymy i w jakiej kolejności. Czuję się strasznie odpowiedzialna za to, jakie mieszkania mu pokażę, i czy będą mu się podobały. Rozmawiamy więc o tych mieszkaniach. Zupełnie zapominam, że za parę godzin mam rozprawę rozwodową i będę wolna... (przynajmniej od męża). Tak długo na to czekałam i to się zaraz stanie, ale teraz analizuję w głowie za i przeciw kochaniu się z Kubą. Mam ogromną ochotę. Cała się trzęsę z podniecenia. Ale nie, nie mogę, nie dam mu tej satysfakcji. On też się bije z myślami. Patrzy na mnie i nie może się napatrzeć.
- Musisz tak ładnie wyglądać?
A ja – chichoczę nerwowo.
- Schudłaś znowu, w tych dżinsach masz boski tyłek.
Znowu chichoczę i chyba dziękuję za ten piękny komplement, bo po przeczytaniu książki Pokochaj siebie, nauczyłam się, że za komplementy się dziękuje, a nie neguje.
Po szybkiej konsumpcji jogurtów i mojej owsianki przechodzimy do salonu. Siadamy na kanapie, tuż obok siebie. Seks unosi się w powietrzu. Wypełnia salon, kanapę i wylewa się na balkon, korytarz, dociera do kuchni i łazienki. Nerwowo przytulam się do niego i marzę, by zainicjował ten seks wreszcie, ale on tylko mówi.
- Zamykam oczy i widzę... ach, i z trudem się powstrzymuję, wierz mi.
- Wierzę.
I dalej przytulamy się, a właściwie ja się wtulam w niego. Z całej siły. Chciałabym, żeby ta chwila trwała jak najdłużej, w nieskończoność. Jak dobrze, że przełożyłam oglądanie pierwszego mieszkania na później. Oczywiście nic mu nie powiedziałam. Skłamałam, że babka przełożyła. Potem modliłam się, by to się nie wydało. Miałabym głupią minę. Siedzimy więc dalej na tej kanapie i czekamy aż nadejdzie godzina, o której powinniśmy wyjść. Ale ona długo nie nadchodzi. Napawamy się nią nic nie mówiąc do siebie, bo co tu mówić.
W końcu trzeba wyjść. W pośpiechu, już prawie spóźnieni, nakładamy kurtki i płaszcze, ja przecież po chorobie jestem, a zimno jest strasznie. Czapki nie zakładam, chcę mieć rozpuszczone włosy. Już po drodze do samochodu śmiejemy się i żartujemy. Jadąc na miejsce cały czas się wygłupiamy, nasze organizmy chcą jakoś rozładować to seksualne napięcie? Nie wiem, ale śmiejemy się jak kiedyś i nawet mówimy sobie, że tak fajnie i śmiesznie nam jest razem. Oglądając mieszkania cały czas żartujemy. Tak jakby się nic nie zmieniło. Ale się zmieniło przecież.
Po obejrzeniu mieszkań Kuba wchodzi do mnie jeszcze na chwilę i nastrajamy się na moją rozprawę. Przed wyjściem przytula mnie. Mogłabym tak trwać znowu w tym przytuleniu, ale ono się kończy, tym razem bezpowrotnie i na zawsze.
Ok, no to czas na rozwód. Biorę jedną tabletkę kalmsa i stroję się jak na randkę. Wyjeżdżam za późno i w myślach śmieję się, że spóźnię się na własny rozwód. Jakoś dojeżdżam na czas, właściwie na ostatnią chwilę i na miejscu zdaję sobie sprawę, że nie mam żadnych drobnych na parkomat. Dzwonię więc do swojego męża, prawie byłego męża i proszę, by zszedł i pożyczył mi drobne na postój. Schodzi. Płacę i razem wchodzimy na piętro, na którym znajduje się sala rozpraw, a przed nią na typowej dla sądów drewnianej ławce siedzi jego siostra, zaproszona na to wydarzenie w charakterze świadka, tzw. świadka na okoliczność dzieci. Wydaje się być bardziej zestresowana niż ja i Michał razem. Kalms powoli rozpuszcza się w moim wychudzonym organiźmie. Ogarnia mnie błogi stan. Lekka nerwowość zostaje, tłumię ją śmiechem i głupimi, sytuacyjnymi żartami, takimi, które opowiada się zwykle czekając na korytarzu przed wejściem na egzamin. Dziwne. Czuję się tak, jakbym właśnie zaraz miała wejść na egzamin. Tym razem egzamin z życia.
W końcu nas wzywają. Uśmiecham się cały czas. Wyglądam chyba na wariatkę. No bo, kto przychodzi do sądu na własną rozprawę rozwodową taki uśmiechnięty? Przypominam sobie słowa Kuby, przeczytane w drodze do sądu.
- I jak będziesz tam stała i się stresowała, to wyobraź sobie, że uprawiamy seks.
Byłam wściekła, a jednak się śmiałam czytając to zdanie i teraz na sali rozpraw te słowa, na które teoretycznie powinnam się obrazić. Paradoksalnie pozwalały mi się uśmiechać na to całe zło, w którym brałam udział.
Sąd przesłuchuje mnie, potem Michała i jego siostrę. Każdy wypowiada wcześniej przygotowaną formułkę. Zastanawiam się jednak, czy nie olać tej formułki i nie wykrzyczeć tu i teraz, że ten o to chuj zdradził mnie, zdradził z tą suką i to właśnie przez to się rozwodzimy, a nie przez niezgodność charakterów. Co to w ogóle kurwa jest niezgodność charakterów. Kto to wymyślił? Pewnie prawnik na potrzeby ugód sądowych w sprawach rozwodowych. 11 lat byliśmy zgodni i nagle w momencie poznania Kinii pojawiła się niezgodność? To przecież jego pieprzony kryzys wieku średniego, to wszystko przez niego. Mówił mi o nim już rok wcześniej. A ja chciałam mu w nim pomóc. Wesprzeć. Zrozumieć. Ale on tego nie chciał. Odrzucił mnie i moją pomoc. Wolał znaleźć rozwiązanie poza nami, z kimś innym, no i napatoczyła się Kinia...
OK, nieważne, jak mawia moja koleżanka z pracy Magda.
Sąd orzekł rozwód za porozumieniem stron oraz alimenty satysfakcjonujące mnie, mniej Michała. Niemniej sprawa zakończona. I tyle. Kilka miesięcy „krwawych” negocjacji, mój romans z przyjacielem przepowiedziany przez wróżkę Aurelię, mnóstwo pieniędzy wydanych na psychologa, prawników, niepotrzebne ciuchy, spontaniczne wizyty u fryzjera i kosmetyczki w trakcie pracy, miliony minut przegadanych z koleżankami, biliony łez, sportowa honda i moje nowe mieszkanie na Poznańskiej, o którym Michał nie ma pojęcia, tzn. nie wie, że jest na kredyt, bo by mnie zabił i nie zgodziłby się na alimenty w wysokości, której zażądałam.
Po rozprawie zaprasza mnie na „kawę”. Jestem tak głodna, że zamawiam makaron, on żurek. Jemy we włoskiej knajpie przy Placu Szczęścia, do której zawsze chodziliśmy z dziećmi. Nie chcę płakać, ale to się dzieje samo z siebie. On dziękuje mi, że nie orzekałam o winie i mówi, że się spieszy, bo musi do Warszawy wrócić. Ja ryczę już na dobre. On patrzy na mnie i mówi, że rozumie.
Rozumie? Co rozumie? Że całe życie mi rozpierdolił, że upokorzył? Że zdobył moją kobiecość, potem jej pozbawił i zostawił samą z dziećmi na łaskę i niełaskę? Co on kurwa rozumie? Ale podczas tego szybkiego porozwodowego obiadu nie mówię nic, uśmiecham się nerwowo i przepraszam, że płaczę w restauracji. To takie nie na miejscu.
Wsiadamy do mojej super hondy i podwożę go pod nasze stare mieszkanie, gdzie zaparkował swój służbowy samochód. Potem jadę po dzieci i wracamy do domu. Milion smsmów od znajomych z pytaniami „I jak?” czeka na mnie w telefonie. Jest też od Kuby, z którym omal się rano nie przespałam. Teraz wydaje mi się, że to było całą wieczność temu. Wtedy jeszcze byłam mężatką.
No właśnie, jak się będę nazywać? Kowalska-Nowak? Kowalska? Rozwódka? Wolna? Panna? Na pewno zmienię nazwisko na panieńskie, ale to za jakiś czas, teraz odpocznę, nie mam głowy do kolejnych spraw urzędowych. Czuję, że przeziębienie znowu ogarnia mój organizm, ale w czwartek i piątek idę do pracy. Chciałabym wyjść w sobotę opić rozwód, dzieci będą u Michała. To mój pierwszy wolny weekend po rozwodzie, ale w sobotę rano czuję, że moje ciało ogarnia gorączka. Tak więc zostaję w domu. Chora, znowu chora. I sama. Bez dzieci, bez męża, bez Kuby. Piszę trochę z Radkiem. Dobrze, że jest. Pociesza mnie, bo ja czuję, jak opuszczają mnie siły zarówno fizyczne jak i psychiczne. Schodzi ze mnie adrenalina z 9 miesięcy. Ma co schodzić. Choroba to tradycyjna u mnie już reakcja na radzenie sobie ze stresem. Zazwyczaj dzień przed urlopem lub w pierwszy dzień urlopu miewam gorączkę. Tak było też na studiach, kiedy po zakończonej sesji egzaminacyjnej zapadałam na jakieś koszmarnie poważne choroby. I teraz to samo. Za 3 tygodnie mam jechać do Telavivu, do Natalii, przez te 3 tygodnie mam mnóstwo spraw do załatwienia w pracy, a tu choroba pieprzona ciągnie się i ciągnie bez końca.
Do tego wszystkiego choroba bardziej uwydatniła moją samotność. Nie mam Michała, nie mam Kuby, nie mam nikogo. Tylko znowu mama, po raz kolejny w życiu to właśnie ona znowu stanęła na wysokości zadania. Była u mnie codziennie. Robiła obiady, odbierała dzieci. Ja byłam tak słaba, że nawet wstawanie do toalety graniczyło z cudem. Leżałam w sypialni i patrzyłam w sufit albo spałam. Albo myślałam o swoim tragicznym losie. Kiedy przychodziła mama rozpłakiwałam się, tak jakby jej obecność, była równoznaczna z komunikatem „Teraz możesz płakać”.
C.D.N.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania