Poprzednie częściPrima Aprilis cz. 1

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Prima Aprilis cz. 26

WIOSENNE WZGÓRZA

 

- Pamiętasz mami, jak byłam wtedy niespokojna, jak nie mogłam nic jeść, jak bułka rosła mi w ustach? Jakim byłam kłębem nerwów?

- Pamiętam Aniołku kochany.

Teraz to zupełnie coś innego. Kawka, ciasto, potem zakupy: żołądkowa gorzka, body shop i tym podobne.

Po kilku godzinach wysiadamy na lotnisku w Telawiwie. Ku wielkiej radości gospodarnych Torunianek znajdujemy darmowy autobus, który zabiera nas do centrum, skąd taksówką jedziemy pod podany przez Natkę adres. Na miejscu czeka na nas Sławek. Witamy się czule i radośnie. On jest świeżo upieczonym tatą, ja świeżo po rozwodzie, takie stany sprzyjają czułym powitaniom. Sławek prowadzi nas do apartamentu, w którym mamy spędzić cały tydzień. Jest w samym centrum kosmopolitycznej części miasta. Na ostatnim piętrze. Taras odkryty i oszklony. Sławek otwiera wino, w końcu jest za co pić, Natka urodziła mu i całemu światu syna, Liama, przepięknego, małego Liamka. To zdrobnienie samo pcha się na usta. I tak już zostaje. Nie wiem, czy do końca podoba się Sławkowi, ale mam to szczerze gdzieś, to w końcu syn mojej siostry. Nati jest w szpitalu, a my na tarasie naszego telawiwskiego apartament popijamy wino i jej zdrowie. W końcu Sławek zostawia nas same, rozpakowujemy się, kończymy wino i kładziemy się spać. Pokoik jest mały, ciasny i trochę obskurny, ale mami kilkoma swoimi sztuczkami sprawia, że jest najprzytulniejszy na świecie. Sama właścicielka jest w szoku kilka dni później, gdy wpada po coś do swojego, bądź co bądź, mieszkania.

Kiedy kładłyśmy się spać wieczór był chłodny. Nie spodziewałam się niczego innego. Dwa tygodnie przed naszym przyjazdem w Jerozolimie spadł śnieg, więc myślałam, że podczas naszego tygodniowego pobytu będziemy miały wiosenną pogodę. Zresztą zgodnie z moim horoskopem, takim, który przeczytałam w maju, w grudniu miała do mojego serca zawitać wiosna. Wtedy interpretowałam to inaczej, spodziewałam się miłości, i będąc z Kubą, sądziłam, że to będzie miłość do i od niego. Ale po rozstaniu z nim zaczęłam to rozumieć inaczej. To miała być wiosna w Telawiwie (Tel Aviv to Wzgórza Wiosny)z taką właśnie wiosenną pogodą. Czego to człowiek nie zrobi, by spełniła się wróżba ☺

Po przebudzeniu z radością odkryłam za oknem błękit nieba. Cudnie. Ale kiedy wyszłam na taras i poczułam na ciele ciepło lata byłam już całkowicie w raju.

- Mami, jest cieplutko, chyba pójdziemy na plażę. Wyobrażasz sobie? Pójdziemy na plażę w grudniu.

Mimo życia w czasach, w których podróżowanie do różnych stref klimatycznych nie jest niczym rzadkim, cieszyłam się jak dziecko z faktu, że w grudniu, w czasie, kiedy normalnie przygotowywałabym się do Wigilii i Świąt Bożego Narodzenia, będę się opalać na izraelskiej plaży.

Ale zanim się na nią wybrałyśmy, zrobiłyśmy sobie dobrą kawkę, a do tego płatki z jogurtem. To było nasze śniadanko w Telavivie. Potem do około 9 leżałyśmy jeszcze w łóżku. Stało się to naszym zwyczajem na cały pobyt. Potem prysznic i kierunek plaża, do której prowadziła droga przez dwie kosmopolityczne uliczki i piękny park. Idąc ulicą nie mogłam się nadziwić, ilu przystojnych mężczyzn chodzi po izraelskiej ziemi. Kobiety także niczego sobie, ale nimi przecież się nie interesuje. Przystojny był dosłownie każdy, kierowca autobusu, sprzedawca, taksówkarz, i każdy przechodzień, piękne kształty głów, mocno osadzone oczy, pięknie zarysowane brwi, namiętne usta, moja głowa kręciła się dookoła, by móc nadążyć za wszystkimi przystojnymi izrealitami. Ach!

Po przejściu przez park naszym oczom ukazała się plaża. Ale jaka! Piękny, jasny piasek, z infrastrukturą windsurfingową. Mała knajpka z przystojnym, oczywiście, właścicielem. Wygodne leżaczki darmowe dla klientów knajpki. Cudny widok na morze. No po prostu sielanka. Razem z mami rozłożyłyśmy się na leżaczkach. Z początku w ubraniu, bo niby chłodno. W miarę upływu czasu zdejmowałyśmy kolejne warstwy odzieży. Dobrze, że wzięłam krem ochronny. Zdecydowanie przydał się. Słońce grzało coraz mocniej. Tego się nie spodziewałam o tej porze roku. W ogóle. Jest cudownie. Jest sielanka. Leżę z mami, piję kawkę, czytam czasopismo „Coaching” i patrzę w morze. Czytam i myślę, i tak cały tydzień. O moim życiu przed Michałem, w trakcie i po. Wyobrażam sobie, jakby to było, gdyby Michał wraz dziećmi wyszedł zza knajpki teraz, jak gdyby nigdy nic i dalej bylibyśmy rodziną. Łzy nachodzą mi do oczu. Pozwalam, by je całe wypełniły i popłynęły po twarzy, jestem z mamą i nie muszę się tego wstydzić.

- Aniołku, nie płacz.

- Kiedy mi tak dobrze, to mnie oczyszcza.

- Dobrze córeczko.

Schodzimy z plaży, idziemy do Natki. Wróciła ze szpitala. Ze swoim synkiem, Liamkiem.

Wchodzimy do ich pięknego apartamentu i nie możemy się nadziwić, jak cudnie mieszkają. Jasny, nowoczesny dom z zewnątrz. Mieszkanie także nowoczesne. Dominuje biel i okna. Mania wygląda pięknie, piękniej niż kiedykolwiek. Jest oazą spokoju. Dzidziuś też. Sławek ucisza nas z mami, choć jesteśmy cicho. Ale to zrozumiałe, jest w końcu świeżo upieczonym ojcem. On i Nati tworzą razem świeżo upieczoną rodzinę. To niesamowite. Nie mogę w to uwierzyć. Cudnie. Jestem szczęśliwa widząc to szczęście mojej siostry, jeszcze niedawno smutek z powodu Darka.

Pamiętam jak dziś, jak pojechałam do niej 2 lata wstecz, by ją pocieszyć po rozstaniu z Darkiem, którego, tak nam się przynajmniej wydawało, przerosła dorosłość i alkoholizm, któremu uległ, zresztą nie on jeden. Była wtedy jak ten porzucony pies, smutna i opuszczona. A ja ją pocieszałam, choć sama już wtedy potrzebowałam pocieszenia, tyle, że wtedy o tym nie wiedziałam. Wypiłyśmy razem 2 wina. I ja, chociaż z początku byłam bardzo sceptycznie nastawiona do Sławka zaproponowałam, by do niego zadzwoniła i zaprosiła go do nas.

Przyjechał.

Piliśmy dalej. Ja po kolejnej fajce odpadłam i poszłam spać, ledwo dowlokłam się do łożka. Oni chemicznie nakręceni tańczyli razem w kuchni.

Zasnęłam. Cała ja. Weekend oznaczał picie, od zawsze, od kilkunastu lat już, ile jeszcze tak można, ile jeszcze wypije? Ile razy jeszcze kac przede mną? Żałosne, czy wszyscy tak mają i w związku z tym to normalne?

Na drugi dzień obudziłam się z suchością w ustach, której nie życzę nikomu. Nati spała obok spokojnie. Wstałam, wykąpałam się, zrobiłam nam kawę i wtedy opowiedziała mi, że tańczyli, że całowali się, choć ona nie chciała wyjść na taką łatwą.

Poszła spać dalej a ja z kawką oglądałam jakąś telewizję śniadaniową. Myślałam o tym Sławku. Fajny, ale coś z nim nie tak. Prawie 5 dych na karku, a żadnego rozwodu, żadnego dziecka, żadnej przeszłości. Zdaje się, że mu to nawet mówiłam w nocy. W każdym razie mówiłam mu, że ma problem i to mega. On coś tłumaczył, ale ja oczywiście nie pamiętam, co. Bo pijana już byłam i nastawiona tylko na to, co ja miałam do powiedzenia jemu, a nie on mnie. Fajnie byłoby kiedyś pamiętać, co inni mówili, a nie tylko co się mówiło. Ale to chyba będzie można zmienić tylko wtedy, jeśli się nie będzie pić, a na to się na razie nie zanosiło.

W każdym razie są teraz razem, Nati, Sławek i Liam, są rodziną. I mieszkają w Telavivie, przynajmniej na jakiś czas, z czego i my skorzystałyśmy z mami. Miło na nich popatrzeć, a Nati przerosła wszelkie moje oczekiwania jako matka i partnerka, przede wszystkim jako matka. Ma taki spokój, wręcz błogostan w sobie. Mogę jej tylko pozazdrościć. Ja po porodach nie byłam taka spokojna i cierpliwa.

Spędzamy tam z mami cały tydzień. Kąpiemy się w słońcu, w myślach i artykułach o związkach, wyznaczaniu celów i planowaniu życia. Wszystko zaczyna mi się układać w głowie. Często płaczę, szczególnie na plaży, gdy moje zamknięte powieki rozgrzewa słońce. Myślę wtedy o rodzinie, której już nie mam, i cały czas wyobrażam sobie, jak zza budki z lodami wyłania się Michał z chłopcami i idą w moją stronę. Ale gdy otwieram oczy nie ma nikogo oprócz kilku bosko przystojnych Żydów i amerykańskich turystów opalających swoje muskularne ciała. Jeden z nich zagaduje mnie i moją mamę. Chce wyciągnąć na imprezę, niechętnie daje mu swój numer, nie chcę żadnych facetów teraz. Ale miło, że się tacy przystojniacy interesują. To zawsze dowartościowuje. Uwielbiałam tę kosmopolityczną plażę. Z pięknymi windsurfingami pływającymi po morzu, przystojnymi Żydami zagadującymi mnie od czasu do czasu.

Raz nawet wyszłam do knajpy z jednym z nich. Inne to spotkanie niż u nas w Polsce. Rozmowa przypominała bardziej interview niż randkę.

„gdzie pracujesz?”

„co robią Twoi rodzice?”

„jakie masz plany rozwojowe i zawodowe?”

Ale ogólnie miło i kulturalnie. Chciałam jednak wrócić po mamę, którą na czas randki zostawiłam u Nati. Chłopak był trochę rozczarowany, ale nie napierał. Odprowadził mnie pod dom i poszedł.

Na drugi dzień wylatywałyśmy z mamą do Polski. Rano pakowanie, potem kilka godzin łapałyśmy na zapas promienie słońca, odwiedziłyśmy Natkę i na lotnisko. Ale droga na nie okazała się trudniejsza niż w odwrotną stronę. Była przecież sobota, a więc sabat. I autobus, na który nerwowo czekałyśmy z mamą nie nadjeżdżał. Kilku taksówkarzy z politowaniem proponowało nam drogi kurs na lotnisko, a my dumnie odmawiałyśmy. Jednak po godzinie czekania uznałyśmy, że chyba jednak nie mamy wyjścia i trzeba skorzystać z ich propozycji. Tylko z kasą ciężko. Nagle... nadzieja pojawiła się w naszych sercach. Do niedaleko zaparkowanego autobusu biegło dwóch mężczyzn, jak mi się zdawało, dwóch Anglików.

- Do you want to get to the airport? – zapytałam.

- Yes, yes, to the airport – odpowiedzieli zdyszani.

I wtedy moja mama powiedziała do mnie:

- Aniu, to chyba Polacy.

- Mamo, cicho – syknęłam wrednie, ale po chwili spytałam niepewnie.

- Jesteście z Polski?

- Tak – roześmiali się.

No i wzięliśmy taksówkę na pół.

 

C.D.N.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania