Poprzednie częściPrima Aprilis cz. 1

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Prima Aprilis cz. 27

Z NOWYM ROKIEM NOWYM KROKIEM

 

Taksówkarz nie potrafił ukryć satysfakcji. Ale ja próbowałam mimo wszystko negocjować. Udało się choć parę szekli. W końcu dotarliśmy na lotnisko. Dłuuuugaaa odprawa, jedna kolejka, druga kolejka, trzecia kolejka, autobus i w końcu właściwy terminal. Drobne zakupy na bezcłówce i samolot. Miałam zamiar się przespać, bo po wylądowaniu czekała mnie podróż autem do Torunia moją ukochaną Hondzią. Nie mogłam więc pić w samolocie, co zawsze pomaga w przypadku turbulencji chociażby. Jak dobrze, że nie boję się już latać. Z utęsknieniem czekałam na start i przyspieszenie, które wtedy osiąga samolot. Trochę z wyższością patrzyłam na innych pasażerów trzymających się kurczowo oparć foteli. Jak oni muszą się bać. Biedni. Ale już wkrótce miałam się bać tak samo albo nawet bardziej niż oni. Przez całą długość lotu trzęsło jak puszczonym z wieżowca pudełkiem zapałek. Winny był ponoć wiatr, który wiał w ogon samolotu. Nie cierpiałam tego wiatru bardzo! W tych okolicznościach zmuszona byłam wypić małe piwko. Zapewniło ono szmerka na krótką, bardzo krótką chwilę. Nie mogłam zasnąć, niczym się zainteresować. Mami udawała wciągniętą w książkę, ale też się bała biedulka. W końcu wylądowaliśmy. Nareszcie wsiądziemy do mojego ukochanego autka i pomkniemy do Torunia. Janusz czekał na nas w hali przylotów. Samochód stał niedaleko. Janusz był trochę nerwowy. Coś się stało. Poyślałam. Ale co? Dowiedziałam się dopiero, kiedy doszliśmy do samochodu.

- Aniu, tam z lewej strony jest mała ryska, ktoś porysował autko.

Drgnęłam. Wykończona turbulencjami nie miałam siły na takie newsy. Ale musiałam temu stawić czoła. Cały tydzień czytałam o pozytywnym myśleniu, o radzeniu sobie ze stresem, z pokonywaniem przeszkód. Podeszłam więc do auta z lewej strony i z przerażeniem odkryłam, że jest całe wgniecione! Cały lewy bok z przodu auta nadawał się do wymiany.

- To ma być ryska? Janusz! To jest konkretne wgniecenie! Co się stało???

- Nie wiem, to było na parkingu przed blokiem, a tam nie ma monitoringu, więc nie ma dowodu. Wezwałem policję, ale nawet protokołu nie spisali. Bo nie było sprawcy. Nic.

Myślałam, że go zabiję, że się na niego rzucę.

- Janusz, kurwa, jak to się mogło stać! Zostawiłam Tobie prawie nowy samochód w zaufaniu, na przechowanie, a Ty o niego nie zadbałeś. Kurwa, wiesz, ile to pieniędzy? Stracę na ubezpieczeniu. Masakra. Muszę zapalić.

Zatrzymałam się na najbliższej stacji benzynowej, Janusz został w samochodzie.

- Poproszę kanapki, wodę i marlboro lighty w twardym opakowaniu.

Wyszłam na zewnątrz i zapaliłam. Omal nie zasłabłam od nikotyny. Ale zebrałam też myśli. Przecież to nie jego wina. Dlaczego na niego krzyczę. Muszę go przeprosić i to zaraz. A samochód? Naprawi się i tyle. Jest ubezpieczony, więc o co się martwię właściwie, a że zniżki nie będzie, trudno.

Wsiadłam do samochodu i przeprosiłam. Uspokoiłam się. Wysadziłam go na jego osiedlu i pomknęłam do Torunia. W drodze kilka razy miałam kryzys, ale co tam. Ważne, że zajebiste wakacje miałam, to się liczy, a nie wgniecione auto.

Odwiozłam mamę, sama też pojechałam do siebie i zanim poszłam spać napawałam się swoim mieszkankiem, które tak kocham, i za którym tak tęskniłam. Rozpakowałam się i w końcu około 4 nad ranem poszłam spać.

Rano obudziłam się przeszczęśliwa i wypoczęta. Żadne auto nie popsuje mi humoru. O nie. Za dużo pracowałam nad pozytywnym podejściem do życia, żeby popsuć to takim błahym problemem jak wgniecione autko.

Popołudniu byłyśmy z mamą umówione na obiad u Beaty i jej mamy. Byłam lekko zmęczona podróżą, ale bardzo cieszyłam się na to spotkanie, tym bardziej, że miała być jeszcze Agnieszka z mamą i Jędrzejkiem. Pojechałam po mamę i do Beci. Ugościły nas jak królowe. Obiad kilkunastodaniowy i ciasta. Szok! Cudowne rozmowy. Po obiadku odwiozłam mamę i z Becią pojechałyśmy do mnie na winko. Agnieszka miała dojechać, ale nie była pewna. W końcu nie dojechała. Za to my z Becią bawiłyśmy się doskonale. Mówiłam jej o tym, jak cudownie się czuję, jak chcę się teraz skupić na sobie i dzieciach oraz pracy. Żaden facet mi teraz nie był w głowie. Ona z kolei miała kogoś, z kim smsowała. Ale też była nastawiona na rozwój swój i dzieci. Zajęła się coachingiem. Chodzi na różne wykłady i warsztaty rozwoju. To niesamowite, na jak podobnych etapach życia byłyśmy pod koniec roku 2013. Takie wolne od pożądania facetów, skupione na sobie, rodzinach i dzieciach, takie czyste, niewinne. Jasne!

Mnie nie obchodził już nawet Kuba. Ten tydzień pozwolił mi się zdystansować do niego. Mogę się z nim spotkać, ale nie muszę, a nawet jak się spotkam to tak jak kumple i tyle. Czas miał zweryfikować tę postawę bardzo szybko. Po nocy spędzonej z Becią czułam się wyjątkowo słabo. Kac, mega kac mnie męczył. Musiałam przełożyć wizytę u kosmetyczki. Nie dałabym rady na umówioną godzinę nawet się ruszyć z łóżka. A tak drzemka, prysznic i poszłam do niej już całkiem świeżutka. Wieczorem spotkałam się z Radkiem, który opowiadał mi o swoich niezwykłych znajomościach z portali społecznościowych typu sympatia, czy badoo. Ciekawe, ale nie wiem, czy mi by się tak chciało. On tak strasznie poszukuje tej drugiej połówki. Co tydzień spotyka się z inną. Może tędy droga. Nie wiem, ja wtedy tego nie czułam. Ale spotkanie było miłe. Po dwóch piwkach odwiózł mnie do domu.

Na drugi dzień, znowu z lekkim kacem wstałam i pojechałam do centrum handlowego na zakupy. Chciałam kupić prezenty pod choinkę kuzynom moich synów. W międzyczasie zadzwonił Kuba z propozycją spaceru. Zgodziłam się sądząc, że jestem na to gotowa. Przyjechał, kupiliśmy kawki na wynos i poszliśmy na spacer nad rzekę. Był straszny mróz, ale tak nam się cudownie rozmawiało, że w zasadzie w ogóle tego nie czułam. Zrobiliśmy całą trasę spacerową, ale nie nasyciliśmy się rozmową. Postanowiliśmy kontynuować. Tym razem z herbatką na wynos i ciastkami. Wróciliśmy nad rzekę. Rozmawialiśmy, śmialiśmy się i rozmawialiśmy. I tak w kółko Było cudownie. Na końcu, gdy oboje musieliśmy już wracać do swoich zajęć i przygotowań sylwestrowych, Kuba podarował mi prezent, moje ukochane perfumy. Bardzo miło z jego strony, ale oczekiwał, że go za to pocałuję, na co nie miałam ochoty. Co on sobie myślał? Mimo to rozstaliśmy się bardzo miło. Powiedział, że zadzwoni o północy z życzeniami. Ucieszyłam się na taką perspektywę, bo sylwestra miałam spędzić z mamą, więc jego telefon z pewnością będzie fajnym urozmaiceniem.

Po drodze podjechałam jeszcze do byłego teścia i siostry Michała na herbatkę sylwestrową. U niej przygotowania do sylwestra trwały pełną gębą. Tatary, galarty, ciasta, kanapki, balony, wystrój, szykowanie w pełni. Zdałam sobie sprawę, że ja w ogóle się do tego nie przygotowuję. Chcę go spędzić spokojnie. Z mamą. Porozmawiać. Wejść w ten Nowy Rok na totalnym luzie. Przenieść w rok 2014 wszystkie refleksje i przemyślenia, które zebrałam przez kończący się rok. Tego mi teraz trzeba. Nie wielkiej imprezy z szampanem i kacem gigantem na drugi dzień. Opowiadam im o wakacjach w Izraelu, opowiadam sporo, choć tak niewiele się na tym wyjeździe wydarzyło na zewnątrz, to jednak w mojej głowie działo się sporo. Do tego wspominam o Kubie, o spacerze, o perfumach. Ofiarowuje im po magnesie na lodówkę z flagą Izraela, które przywiozłam zgodnie z obietnicą. Cieszą się i od razu umieszczają w miejscu ich przeznaczenia. Rozmawiamy jeszcze trochę, ale w końcu przychodzi czas na pożegnanie. Nie wiadomo jak i skąd wszystkim napływają w tym momencie łzy do oczu. Naturalne wzruszenie. Przecież zazwyczaj w Sylwestra byłam z nimi, mieszkałam na Nowo, składaliśmy sobie życzenia w innych okolicznościach. A teraz, już tam nie mieszkam, nie jestem żoną Michała, jestem kimś bliskim, ale już nie rodziną. Dziwne. Ja nie płaczę, ale oni wszyscy mają łzy w oczach. Jadę do mami. Po drodze kupuje winka i kiedy dojeżdżam zaczynamy zabawę. Rozmawiamy, sączymy wino, dołącza do nas mamy znajomy. Rozmowy o życiu trwają dalej. W końcu nadchodzi Nowy Rok. Składamy sobie życzenia. I nagle dzwoni mój telefon. To Kuba.

- Anka, chciałem Ci powiedzieć, że mógłbym z Tobą tak spacerować całą wieczność, życzę Tobie wszystkiego dobrego w Nowym Roku.

- Dziękuję Kuba, ja Tobie także.

Mówię to prawie płacząc ze szczęścia. Tak się cieszę, że zadzwonił. Może jednak coś jeszcze z tego będzie. Może on jednak coś czuje do mnie.

Ale on mówi dalej.

- I ta Twoja dupcia. Taka zgrabna. Mógłbym Cię w nią ...

- Kuba przestań, proszę Ciebie,

- Wiesz co, ... całą wieczność ...

- Przestań!

Rozłączyłam się i popłakałam jak dziecko. Jak on mógł. A ja myślałam, że coś między nami jest, a on tylko o mojej dupie myślał cały spacer. Co za – nomen omen - dupek. Jednak jakaś resztka nadziei we mnie została i wkroczyła wraz ze mną w Nowy Rok, że może nie tylko o ten tyłek mu chodziło.

Na drugi dzień całkowicie wyspana postanawiam pójść pobiegać nad Wisłę. Jak zaczniesz Nowy Rok, tak przeżyjesz cały rok, więc idealnie. Nie mam kaca, więc pić z tego wynika nie będę, pobiegam, czyli w 2014 będę się sportować, jak mawiał mój sąsiad z Poznańskiej (ale o tym później). Bosko.

Popołudniu wracają dzieci, koniec okresu singielstwa. Czas na bycie mamą. Stęskniłam się za nimi bardzo. Wypoczęłam już wystarczająco. Jestem gotowa się nimi zająć już na sto procent, nawet dwieście. Nowy Rok, to rok wychowywania dzieci, zajęcia się porządnie pracą i sobą. Żadnych facetów, żadnych błędów i tracenia czasu. Czyżby?

W pierwszy weekend Nowego Roku, Nowego Życia właściwie, przyjechała do mnie Becia z dziećmi. Postanowiłyśmy wypić tylko jedno wino, potem już tylko herbata, bo obie nie chciałyśmy pić na umór i paplać bez sensu. Rozmawiałyśmy do białego rana o rozwoju, pozytywnym myśleniu, naszych celach, ślubie, który ona zamierzała wziąć, jeszcze nie wiadomo z kim, w 2014. Było cudownie. Na drugi dzień obudziłyśmy się po raz pierwszy bez kaca! Hura. Tylko niewyspane.

W ciągu dnia zadzwoniła do mnie Klara.

- Anka, błagam spotkaj się ze mną. Proszę.

- Co się stało. Wiesz mam dzieci. Nie za bardzo mogę.

- Błagam, to konieczność, proszę, proszę.

- Ok, będę miała gościa, siostrę Michała, ale około 19 możesz wpaść.

- OK, dzięki.

I faktycznie, pod koniec wizyty Sandry wpada Klara. Klara wyglądała strasznie, cała powyginana od bólu kręgosłupa. Położyła się na podłodze, rozłożyłam jej koc. Nalałam wino jej i sobie. Sandra jeszcze trochę z nami pobyła, przerażona Klarą i sytuacją.

Gdy wyszła, Klara zaczęła opowiadać co u niej, a niestety u niej nie było różowo. Chyba jednak będzie musiała się rozwieść z Damianem. Z uwagi na daną jej obietnicę, nie opowiem na łamach tej książki, co się wydarzyło między nimi, ale na pewno rozwód był konieczny.

Pocieszałam ją jak mogłam. Ja taka ogarnięta, szczęśliwa sama ze sobą byłam doskonałym partnerem do takich rozmów, ja już to wszystko przeszłam, mam za sobą, jestem już szczęśliwą rozwódką, wolną kobietą, jak to w dniu rozwodu określił Kuba. Mogę radzić wszystkim rozstającym się i przechodzącym problemy w związkach. O yeah!

I tak to się zaczęło. W następny, pierwszy weekend, który miałam wolny, to znaczy bez dzieci, Klara przyjechała z Jinem i Toniciem. Wypiłyśmy wszystko duszkiem. Opowiadałam jej historię swojego rozwodu, ona swoją i nagle, nie wiadomo jak to się stało zamówiłyśmy taxi i pojechałyśmy do Klubu, tego, którego kiedyś szczerze nie lubiłam, szczególnie, że pod koniec mojego małżeństwa Michał chodził do niego z Kubą i pewnie napalał się na laski. A potem opowiadał mi bzdury, że nawet w grubym swetrze wyglądam piękniej niż one wszystkie razem wzięte. Jasne!

No to wchodzimy i nasze kroki kierujemy bezpośrednio do baru.

- Podwójny jin z toniciem prosimy.

No pewnie, po co tracić czas na pojedynczy. Jestem w szortach i na obcasach. Jak nie ja. Gdzie się podziały czasy, w których do Disco Klubu chodziłam w martensach i dżinsach? Nie wiem.

No to tańczymy. Pod dijejką, a jak!

Ale jakoś nam to miejsce nie pasuje i dodatkowo załącza mi się, że chciałabym spotkać Kubę. Więc proponuję Klarze podjechanie do Smoka.

Bierzemy taxi i jedziemy. Nie mówiłam wtedy Klarze, że głównym celem mojej przejażdżki do Smoka było spotkanie właśnie niego, wstydziłam się tego i bałam się jej powiedzieć. Jestem przecież taka ogarnięta i tak bardzo nie potrzebuję już facetów, a tym bardziej Kuby. Ale po pierwszym kroku w Smoku całym swoim spojrzeniem chciałam objąć wnętrze knajpy, każdy jego zakamarek. Nigdzie go jednak nie dojrzałam.

- Chodźmy na górę, tam też coś się może dziać.

- Ok Anka, Ty tu rządzisz, hahaha.

Ale nie było go też na górze, nie było go nigdzie. No nic, tym razem się nie spotkamy.

Drugie spojrzenie poszło po knajpie. Są jacyś faceci, czy nie?

Pamiętam tylko, że zamówiłyśmy piwa, już nie drinki. Po chwili obsiadło nas kilku facetów, w tym mój kolega z dawnych lat.

- Anka! Jakie Ty masz nogi. Wow. Jak Ty wyglądasz zajebiście. No po prostu milion dollar baby!

- Dziękuję Kondziu, dziekuję, tak widzisz wyglądają rozwiedzione kobiety. Hahaha!

Rozmawialiśmy jakiś czas, o tym, co u niego, co u mnie, jak się nam to życie pozmieniało. Powiedziałam mu, że nie mogłam patrzeć na jego zdjęcie świąteczne z żoną i dziećmi na facebook’u, że było wyjątkowo nieudane, takie sztuczne, mega sztuczne. Nie obraził się na mnie, tzn. nie pamiętam, bo w pewnym momencie urwał mi się film, ale to tak totalnie. Pamiętam tylko urywki, takie jak na przykład ten:

Mówię do jakiegoś faceta:

- Masz żonę?

Stoi nade mną, wysoki, duży i chyba przystojny, ale nie jestem pewna, w każdym razie duuuużyyyy, mega duży i męski.

- Nie.

No to zajebiście, to możemy rozmawiać, hahahah.

Obiecałam sobie, że żonatych, dzieciatych, zaręczonych, narzeczonych, chłopaków mających dziewczyny nie ruszam, choćby nie wiem, co.

Kolejny flesz:

Całuję się z nim, albo usiłuję go pocałować, ale on się chyba uchyla.

Po chwili chcę już iść do domu, zaczynam bełkotać, Klara przerażona zdaje sobie sprawę, że to już nie przelewki. I trzeba iść. Gościu, którego chciałam pocałować, albo pocałowałam, odprowadza nas z kolegą do taksówki. Ale to wiem tylko z relacji Klary. Dojeżdżamy do domu. Na miejscu zdaję sobie sprawę, że nie mam karty płatniczej.

- Klara, kurwa, Klara, nie mam karty, miałam ją w kieszeni, razem z kluczem i chyba mi wypadła, kiedy zdejmowałam szorty, by zrobić siusiu. O kurwa.

- Anka, dzwoń na infolinię, zablokuj ją.

- Ok, ale jaki to numer? Znasz numer kurwa?

- Tu masz żabko, proszę dzwoń.

Byłam tak agresywna dla niej, choć była Bogu ducha winna.

No to dzwonię:

- Dżen Dobry, to znaczy, dubry wieczer. Zgubiłam kartę płatniczą i chciałabym ją zablokować. Mogę?

- Tak proszę podać datę urodzenia.

- 5 października, zaraz nie pamiętam którego roku, chyba 1975.

Tak byłam pijana, że nie mogłam sobie swojej daty urodzenia przypomnieć. Masakra.

Zablokowałam i poszłyśmy spać.

Na drugi dzień obudziłam się tak skacowana, że myślałam, że głowa mi pęknie. Klara też przebudziła się w nienajlepszej formie. I tak jak na imprezie dawała radę, tak nad ranem nie była w dobrym nastroju. Płakała. Makijaż jej się rozmazywał. Nie mogła przestać. Łkała jak dziecko. Próbowałam ją pocieszyć, ale marnie mi to szło, choć byłam bardzo przekonywująca.

- Klara, za kim Ty płaczesz, za kimś, kto Ci to robił? Kto Ciebie tak traktował? Nie szanował? Proszę Ciebie. Nawet jakbyś miała być sama do końca życia, będziesz szczęśliwsza. Ja jestem sama i jestem mega szczęśliwa. Nie potrzebuję faceta, nikogo, mam dzieci, pracę, przyjaciół, rodzinę i jestem przeszczęśliwa sama ze sobą. Naprawdę tak myślałam. Byłam o tym przekonana do szpiku kości.

- Ania, jak go tak kochałam, tak go kocham.

I łka, i płacze i ryczy jak bóbr biedna Klara, a ja nie mogę nic zrobić.

W przerwie od pocieszania dzwonię na infolinię, bo nie jestem pewna, czy zablokowałam tę kartę, Uff!

 

C.D.N.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania