Wybacz mi. Cz 8
Gdy się obudziłam, była już dziewiąta. Zdziwiłam się, że mama mnie nie obudziła. No cóż, może chciała dać mi odpocząć, od normalnego życia. Ale czy od życia można uciec. A więc wstałam, wzięłam prysznic i ubrałam błękitną bluzkę, i czarną spódnicę do kolan. Miałam bowiem zamiar wpaść dziś do kancelarii. Gdy zeszłam na dół w domu była tylko mama i babcia.
- Witaj wnusiu. Jak ci się spało.
- No nie za dobrze. A tak ap ropo mamo, do której tata jest w kancelarii?
- Do siedemnastej. Czyli jednak jedziesz i zostawisz nas.
- Mamo, ty też kiedyś opuściłaś gniazdo. I co skończyłaś jako prawniczka, współwłaścicielka kancelarii. Więc ja mogę tylko, iść za twoim przykładem.
- Rozumiem cię. Skoro już musisz jechać to, zacznij się pakować. Jutro o dziesiątej jedziemy na Port lotniczy Nowy Jork-John F. Kennediego.
- Nie martw się zdarzę z wszystkim.
- Lili, a ja na reszcie nie będę sama w tym moim olbrzymim domu.
- Babciu a czy twój dom przy Queensferry Road coś się zmienił. Od kąt byłam tam ostatni raz.
- Kochanie sama zobaczysz. W końcu nie jest to, aż tak powalający dom.
- Uwierz mi, że na tle innych domów on wygląda jak pałac.
- Nie przesadzaj. Jako szlachcie coś z życia mi się należy. W końcu jestem baronową.
- Tak baronową bez ziemi. Wiem.
- Zaraz bez ziemi. To, że nie mam ziemi przy tytule, o niczym nie świadczy. Ty też, tak jakby jesteś baronową.
- Może, ale nie mam domu z dwudziestoma pokojami.
- Lili, ty lepiej już idź. Bo zdenerwujesz babcie.
- Dobra uciekam.
I wyszłam. Na pierwszy ogień wzięłam sobie za cel, wizytę w kancelarii. Trochę się bałam, bo była to moja pierwsza wizyta w tym miejscu od tego fatalnego wieczoru. Gdy już weszłam, a raczej wjechałam windom na szóste piętro wszyscy zachowywali się normalnie. A gdy doszłam do sekretariatu usłyszałam, coś, co znów przyprawiło mnie o ból serca.
- Pani Lili, pani tu taj?
- Tak Greto. Ja tutaj, w końcu to też tak jakby moja kancelaria.
- Ale myślałam, że pani ma wolne. Przepraszam. I proszę przyjąć wyrazy współczucia. Byliście piękną parą.
- Dziękuje. Tata u siebie?
- Tak.
I z niewygodnej rozmowy uratował mnie tata, który usłyszał mój głos.
- Lili, wejdź. Przyszłaś porozmawiać o Szkocji.
- Tak. I nie odciągniesz mnie od tego pomysłu.
- Wiem. A ty Greto przynieś dwie kawy, takie jak zwykle.
- Czarna z mlekiem. Już się robi panie Feliksie.
A ja i tata poszliśmy do obszernego gabinetu. Był tam duży stół, przy którym było zejść krzeseł. Na ścianie wisiał telewizor. Obok wielkiego okna z widokiem na Manhhatan stało biurko, a na nim zdjęcie rodziny. Zdjęcie, które już było od sześciu dni nieaktualne. Usiedliśmy więc przy stole, i zaczęło się tłumaczenie, kto i za co odpowiada w filii kancelarii F&D. Wiem nie orginalana nazwa, lecz to od imion rodziców. Mieli po dwadzieścia trzy lata, jak ją zakładali. Po dłużej chwili tata podał mi teczkę.
- Lili, to są dokumenty dotyczące tego, kto, co i jak ma robić.
- Czyli, jednak się zgadzasz.
- Robie to dla twojej babci. Ale pamiętaj mam cię na oku.
- No to słucham, co mam robić w Szkocji?
- Ty będziesz tam pełniła funkcje prezesa. Pan Ferry jest moją, a teraz już twoją prawą ręką. Nie męcz go to już starszy pan. Pani Berw jest sekretarką, tak ona mi wszystko opowie.
- Ale co papo?
- To, co babcia przemilczy. O reszcie personelu przeczytasz w teczce. Dodam jeszcze tyle, że ty masz brać najważniejsze sprawy. Bo w końcu to do prezesa obowiązków należy.
- Wiem, wiem.
Wtedy Greta przyszła z kawą.
- Przepraszam, że tak długo. Ale ekspres do kawy się zepsuł. A ja musiałam parzyć zwykłą czarną.
- Nic się nie stało.
Tata, on ma do tej kobiety tyle cierpliwości. No cóż, reszta spotkania minęła, na luźnej rozmowie. O tym, że jak się nie sprawdzę to dostane zakaz wyjazdu z kraju. Wkońcu, gdy dopiłam kawę postanowiłam już iść.
- To co, ja się już będę zbierać. To do wieczora tato.
- Pa. Idź się pakować.
Gdy szłam korytarzem, przypadkiem usłyszałam rozmowę praktykantów. I to na mój temat.
- Ta Lili, to chyba jest bez uczuć. Wczoraj pochowała narzeczonego, a jutro już wyjeżdża.
- Tak. No i jeszcze została prezesem. Ona prezesem w Szkocji.
Nie wytrzymałam i podeszłam do nich.
- Dla ciebie, twoja godność.
- Henry Korn.
- Dla ciebie Henry, pani Lili. A jak chcesz wiedzieć, nie jadę do Szkocji na wakacje. I dam sobie jako prezes rade.
Po tych słowach obróciłam się na pięcie i poszłam do windy. Następnym miejscem jaki chciałam odwiedzić był cmentarz. Chciałam się jeszcze pożegnać. I ruszyłam do Green Wood Cmentary. Zaparkowałam samochód, wysiadłam i poszłam do miejsca spoczynku połówki mego serca. Dziwne, ale mówiłam sama do siebie.
- Cześć Bil. Wiesz jutro wyjeżdżam tam, gdzie się wszystko zaczęło. Jeżeli chcesz wiedzieć, to znalazłam jedną z twych cząstek. Chłopca z twoją wątrobą. A ja, jak widzisz, dotrzymałam słowa. Nie chodzę cała na czarno.
Wyjęłam jeszcze z torebki, to zdjęcie zegara. Położyłam na grobie, zapaliłam jeszcze znicz. Popłakałam, powspominałam i poszłam. Gdy wróciłam, do domu była czternasta.
- Witaj córeczko. Obiad już na stole.
- Już idę.
Podczas obiadu nikt się nie odzywał. Wszyscy zajadali z apetytem lazanie. Po obiedzie poszłam się spakować. I uświadomiłam sobie kolejną rzecz. Że życie to podróż, a ty świecie życz mi szczęśliwej drogi.
Komentarze (15)
Ta Lili jest taka pewna siebie. Super 5
Życie zmienia ludzi. A jej strasznie zaszło za skóre.
Oj tak zgadzam się
Mam nadziej, że jak do tej pory historia nie jest zbyt nudna.
Tina12 Nie nie jest bardzo ciekawa zwłąszcza, że nie wiem co będzie dalej :)
lea07 Bo inne teksty chociaż trochę nakierowują a tutaj jest wielka niewiadoma
lea07
Fajnie to słyszeć. Jutro jak sie uda pojawią się cz 9 i 10.
pięć
Wielkie dzięki.
A jak ci sie podoba ta historia?
Tina12
Bardzo
Margerita
To się ciesze.
Tina12
To jest, już dziś
Margerita
Ciekawe czy da znać, czy sie dostała czy nie.
Dobra czesc
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania