Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Piekło skazańców - Rozdział 8: Konfrontacja II

[Jak przeczytaliście wcześniej, nie odchodzę ^^ Wpadłem na pomysł by po skończeniu serii "Piekło skazańców" zrobić prequel z wybraną przez was postacią w roli głównej (wy zdecydowalibyście o kim byłaby historia.)]

Piosenka oddająca klimat https://www.youtube.com/watch?v=eyDGww159bY&list=PLt-0csBSa2GbqrdlY-EOFRou4ELWzmLOy&index=4

[Pamiętajcie! Każda wojna jest bez sensu, powoduje jedynie śmierci tysięcy jeśli nie milionów osób...Powinniśmy żyć w zgodzie i współpracować ze sobą, by tym wojnom zapobiegać...Jako, że wojny są chaotyczne, tak postanowiłem też napisać ten rozdział]

 

Wysoki czarnoskóry mężczyzna w pomarańczowym stroju więziennym, uniósł wysoko półtorametrową siekierę, jakby w akcie łaski chciał pozbawić mnie resztek mego życia. Zadyszany i strudzony krótką walką, chciałem mieć siłę się podnieść i obrócić tę sytuację, takowej siły jednak nie miałem, więc wynik był przeraźliwie rzeczywisty...Umrę tutaj...Na scenie, bo nazwać się tego inaczej nie da, to tylko popierdolona scena z błaznami w rolach głównych...Nikt po nas nie zapłacze, nikt nie zapamięta...Jesteśmy w końcu zabawkami, które po zepsuciu nadają się jedynie do wyrzucenia.

- Zrób to szybko... - powiedziałem cicho, a wyglądało na to, że człowiek Kakao tego nie usłyszał. Jedynie zdołał wydusić z siebie nie tyle uśmiech co krzywy grymas pogardy. Widziałem jak z trudem zaciska zęby, starając się opanować nerwy.

Zamknąłem powieki, zaciskając obie dłonie o zaskakująco miękkie podłoże. Czekałem z niecierpliwością na to śmiertelne trafienie, które pozbawiłoby mnie życia w przeciągu sekund, to jednak nie nadeszło. Otworzyłem oczy i chwilę potem stało się niespodziewane. Kakao uniósł swoją broń jeszcze wyżej i zamachując się, trącił nią w strażnika przy ringu z takim impetem, że twarz mężczyzny została przecięta w połowie, rozbryzgując falami krew, która zaczęła pokrywać szybko podłogę. Wstałem szybko z czegoś przypominającego materac, a następnie rozejrzałem się dookoła. Wszyscy popadli w panikę przez niespodziewane morderstwo, a skazańcy wykorzystali moment zaskoczenia i rzucili się na nieuzbrojoną straż. Strażnicy - uzbrojeni jedynie w gumowe pałki i gaz pieprzowy - nie mieli jak się bronić, więc sposób walki ograniczali do szarpanin. Więźniom udało się chwycić za broń z areny i atakować pracowników więzienia, część nawet rzuciła się na gości, tnąc ich bezlitośnie na kawałki.

- Roy! - zawołał Oliver - Spierdalamy!

Nie potrzebowałem usłyszeć nic więcej, by się stąd wynosić. Dawna stołówka stała się krainą bezprawia; zewsząd walały się martwe ciała, a z nich płynęły strumyki krwi. Przeskoczyłem przez drobny mur z gumowego tworzywa, a potem pobiegłem w stronę blondyna, spoglądając raz po raz za siebie. Widziałem Kakao, który z kimś walczył. Wszyscy wiedzieli co się właśnie działo. Wybuchło powstanie. Biegliśmy przed siebie, ignorując odbywający się wszędzie chaos. Część skazańców, co nie chciała mieć nic wspólnego z krwawymi walkami, ukryła się w swoich celach, a pozostali, którym udało się zbiec ze stołówki, zmierzała w kierunku biura zarządcy. Bez wątpienia zależało im na przejęciu kontroli w więzieniu. Zastanawiało mnie jak długo zajmie dotarcie milicji z miasta, by stłumić powstanie, ale biorąc pod uwagę to, co właśnie się odbywało, jakoś mało mi zależało na tym co miało nastąpić w przyszłości. Liczy się teraz aby przetrwanie.

- To...popierdolone - wydusiłem wykończony od biegu. Odzyskanie tchu zdawało się trwać w nieskończoność, a w dodatku zauważyłem małą ranę ciętą na prawym ramieniu, była za cienka by być poważna, a jedynie powodowała delikatne krwawienie, które przenikało przez więzienny uniform.

- No nie mów... - odparł, łapiąc powietrze tak samo jak ja.

- Widziałeś Davida? - rozejrzałem się dookoła.

Pokiwał przecząco głową.

- Tu nie jest bezpiecznie - powiedział i wskazał celę znajdującą się na szarym końcu korytarza.

Czekaliśmy w ciszy, ale odgłosy walki i krzyków nie ustawały, chciałem zasłonić uszy dłońmi, by choć na chwilę je stłumić, ale to nie działało...

- Roy... - zawołał blondyn - Jeśli nie wyjdę stąd cało... - zaczął powoli - chciałbym abyś przekazał to komuś - wręczył mi zgniecioną kartkę.

Spojrzałem na zapisany na odwrocie adres i nie otwierając jej w pełni, zacząłem kręcić przecząco dłonią.

- Nie umrzesz...Przeszliśmy już przez niezłe gówno, więc nawet mnie o coś takiego nie proś...

Ale on opuścił głowę.

- Roy...Gdy sprowadzałem towary dla swoich ludzi też tak myślałem...Uważałem, że śmierć przytrafia się wszystkim poza mnie, że jest fikcją snutą w książkach dla najmłodszych, a jednak - zrobił krótką pauzę - Przestałem tak myśleć, gdy mnie złapano i skazano na to więzienie. Słuchaj, nie ma idealnych ludzi, sam dobrych rzeczy nie robiłem, niektórych żałuję, innych wolę nie pamiętać. Koniec końców jestem zwykłym skazańcem jak ty, i choć dla ciebie wydaje się ma prośba niepotrzebna, to i tak chciałbym abyś wręczył to osobie, kryjącej się pod tym adresem...Tak na wszelki wypadek.

Po godzinie czekania, uznaliśmy, że dobrze będzie uciec do opuszczonego sektora, gdzie z pewnością nie napotkamy na nikogo z walczących. Skradając się, ruszaliśmy na piętach w stronę owego sektora, rozglądając się co sekundę aby sprawdzić czy ktoś nas nie śledzi i czy David nie znajduje się w pobliżu. Oba przypadki okazały się nie być prawdziwe...

- Wiesz co? - zawołał Oliver - Skoro jesteśmy już prawie na miejscu, myślę, że ta kart-- Jednak nie dokończył, gdyż po sekundzie z jego twarzy nie pozostało absolutnie nic. Tam, gdzie przed chwilą znajdowało się oko, teraz widać było ubrudzoną od krwi czaszkę.

W zaskoczeniu spojrzałem na leżącego nieopodal strażnika z urwaną nogą, trzymającego strzelbę z ogromną średnicą lufy, mierzył do mnie broni, by mnie zastrzelić, jednak to teraz on oberwał strzałem w klatkę piersiową.

- Jeśli nie chcesz zginąć jak twój kumpel, to chodź tutaaaj! - zawołał głos, a ja w oszołomieniu do niego pobiegłem - D-dzięki, uratowałeś mi życie! - zamknąłem za sobą drzwi.

- Nie maaartw się! Wygląda na to, że jesteśmy tu zaaamknięci na aamen!

Odwróciłem się, jedynie po to, aby popaść w większy obłęd...

Przede mną stał zarządca Warden...

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Shogun ponad tydzień temu
    O kurde, niezły rozdział. Powstania nie przewidziałem :D, a tym bardziej końcówki. Szkoda Oliviera, ale że Warden uratował Roya? O co tu chodzi? Jeszcze na to nie wpadłem :D. Naprawdę mi się podobało. Chaos pełną gębą.
    A co do postaci, to chciałbym Lorrenca (wybacz, nie pamiętam jak to się dokładnie pisało), bo w sumie wydaje mi się on postacią, o której najmniej wiem. Jest bowiem tak jaki jest, ale dlaczego? To mnie najbardziej ciekawi :D.
    Pozdrawiam ;)
  • DEMONul1234 ponad tydzień temu
    Nie bylo chyba takiej postaci ^^ w tej historii
  • Shogun ponad tydzień temu
    DEMONul1234 a miała to być postać z "Piekła skazańców? bo jeśli tak, to oczywiście David, ewentualnie, po tej końcówce Warden.
  • TheRebelliousOne ponad tydzień temu
    Dobry rozdział, choć jedno mnie zastanawia... specjalnie dałeś naczelnikowi więzienia nazwisko WARDEN czy to przez przypadek? Bo w sumie trochę ironiczna sytuacja :D
    Pozdrawiam :)
  • DEMONul1234 ponad tydzień temu
    Ciekawiło mnie czy ktoś to zauważy^^ Warden znaczy to samo co naczelnik/zarządca :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania