Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Stalkerskie opowiadania 13: W imię zasad cz. 4

Wyszli z chatki i stanęli jeszcze chwilę nad grobem. Potem odwrócili się na pięcie i udali przez pole w las, nie oglądając się za siebie. Przybyli w sześcioro. Opuszczali Leśniówkę w czworo. Wniknęli między drzewa. Poszli, mocno odbijając lewo, by wyjść z łęgu dalej od cypla. Zośka dobrze nawigował. Wychynęli spomiędzy drzew mając daleko po prawej Ptasią Wyspę, a jeszcze dalej cypel. Tam nie sięgały szklane oczy i soczewki personelu bazy Kordonu na zaporze. Ponownie zanurkowali w błoto. Prowadził Zośka, badając bagnetem ziemię przed sobą. Przedarli się bezpiecznie pod zasiekami, przez pole minowe, po czym udali porośniętym niskimi krzewami i zielskiem dnem zbiornika. Po drodze musieli ominąć „karuzelę”. Wyjąwszy tę anomalię, nie spotkali żadnej innej, aż do ostrego zakrętu w prawo na zachód. Kroczyli teraz wzdłuż zalesionego pagórka, który po drugiej stronie, na zachodzie bezpośrednio przylegał do wsi Much. Po raz kolejny należało przeprawić się przez rzekę. Krajobraz generalnie przez cały czas wyglądał bardzo podobnie. Zgniłozielona, szara roślinność, piach i błoto jak okiem sięgnąć. Szli szerokim wąwozem, ograniczonym na wschodzie i zachodzie lasem na wzgórzach. Przyszłe jezioro byłoby usytuowane w naprawdę urokliwej okolicy. Pośrodku, meandrami płynęła Awa. Kiedy dotarli do wcięcia w lesistym pagórku na zachodzie przed Skawcami, z zaniesionego ciężkimi chmurami nieba zaczęło siąpić. Drobno, równo, dotkliwie. Już po paru minutach marszu byli przemoczeni. Teren ponownie nasiąkł wodą, błoto rozmiękło i stanowiło zdecydowanie cięższą przeszkodę niż dotychczas. Brnęli jednak nadal odważnie przed siebie. W Skawcach, na wysokości wpół zalanego kamieniołomu Antares musiał zmienić Basi opatrunek na umięśnionej łydce, bo mokry bandaż zjechał aż do kostki dziewczyny. Zastąpił go elastycznym, niby wodoodpornym i zabezpieczył jeszcze codofixem. Tak przymocowany, nie powinien się więcej przemieszczać.

Teoretycznie.

Stalowoszare niebo wyglądało tak, jakby zamierzało nękać Zonę ulewą aż do jutra, więc nie szukali schronienia, by nie tracić czasu. Po drodze zmuszeni byli ominąć jeszcze „chmurę gazu”, „wulkan” i „wannę”. Za Skawcami, skręcając na wschód ponownie dotarli do koryta Awy, gdzie kończył się zbudowany wał przybrzeżny jeziora. Wspięli się po nim, ślizgając na mokrym, śliskim betonie. Na szczycie szli dalej, wzdłuż linii drzew, po drodze dla samochodów budowy, zmierzając do centrum Zembów. W połowie drogi natknęli się na cmentarzysko maszyn. Deszcz stukał po pozostawionych, rdzewiejących, metalowych karoseriach. Stały tam Kamazy, Tatry, ZiŁ-y, Krazy, Urale, koparki i spychacze. Większość całkowicie rozszabrowana, niszczejąca na deszczu, z rozbitymi lampami i szybami. Z daleka widzieli, że nie warto się do nich zbliżać. Wszystko co było w nich cenne, z pewnością zostało już ukradzione. Im bliżej maszyn, tym głośniej trzeszczały liczniki, sygnalizując podwyższone tło. Idąc błotnistą drogą dotarli do żartego przez rdzę mostu, skręcili w prawo na południowy zachód, gdzie za mostem znaleźli się między opuszczonymi, obskurnymi domami. Dalej mieli przed sobą skrzyżowanie. Kawałek w przodzie ujrzeli rynek w Zembach. Jego centrum dawniej zajmował kościół. Teraz była to zwęglona, czarna kupa drewna. Kościół spłonął trafiony piorunem w trakcie ostatniej Emisji. Nie zaszczycili pogorzeliska nawet spojrzeniem. Przeszli obok, w kierunku Posuchy. Zamierzali przejść górami, przez osiedle Gary. Tam też zamierzał udać się Dziki. Wyszli spomiędzy ostatnich zabudowań Zembów i szli dalej polami. W końcu doszli do miejsca gęsto porośniętego brzytwa–trawą, gdzie kiedyś znajdowało się pełnowymiarowe boisko piłkarskie. Tam urządzili dłuższy postój. Zatrzymali się przerdzewiałej, podziurawionej budce dla zawodników rezerwowych. Odpoczęli, nabrali sił i zjedli, by ruszyć dalej polem. U jego granicy skręcić w lewo, w las, borową, dość szeroką, wysypaną kamieniami ścieżyną. Wędrowali między drzewami, które nieco chroniły przed deszczem, aż wydostali się z gęstwy, a leśna ścieżka ustąpiła drodze asfaltowej. Byli już w Garach. Cyferblat na przegubie Antaresa wskazywał godzinę późno popołudniową. Z nieba wciąż się lało, lecz zdecydowanie słabiej. Wciąż jednak było duszno. Wynurzywszy się z lasu, po lewej i prawej mieli jakieś zmurszałe, stare i zaniedbane zabudowania. Ulica pięła się ostro w górę. Przy najostrzejszym podejściu zaatakowały ich ślepe psy. Udało się je przegnać seriami z karabinów. Jeden z nich, umykając, wpadł w usytuowanego na skraju ulicy tuż nad sporą przepaścią „tresera”, a wypadł już w dwóch kawałkach, sikając krwią. Na górce, podążyli za drogą, która skręcała w lewo, opadając z kolei. Potem znowu się wznosiła, ale już nie tak ostro. Tym sposobem dotarli do kolejnego zakrętu i kolejnego spadku, gdzie przez drogę przelewał się górski strumień. Wypływał wprost z lasu, niosąc drobne kamienie i otoczaki. Raźno przetuptali przez bród i udali się w dalszą drogę. Zbliżał się wieczór. Niewidoczne słońce musiało chylić się ku zachodowi. Przestało padać. Czystym przypadkiem na kolejnym, ostro zachodzącym w lewo zakręcie, zwrócili uwagę na znajdujący się poza drogą, w dole, spory lej w ziemi. Stało się tak, bowiem Antares wlazł w nieprawdopodobnie wielkiego ślimaka. W związku z tym, musiał przystanąć, co reszta wykorzystała, by dokładniej rozejrzeć się po okolicy i namierzyła zasłoniętą liśćmi studnię.

- Ollie, idziesz ze mną. Basiu, Antares zostańcie tu – zdecydował Zośka, po jej odkryciu – Sprawdzimy ten dół i wracamy.

- Pospieszcie się – poprosiła Baśka i razem z Antaresem przysiadła na poboczu.

Ollie i Zośka przedarli się przez gęste zarośla porastające nieduże zbocze i zniknęli w gęstwinie. Podeszli do krawędzi dołu. Miał on średnicę około półtora, dwóch metrów, z daleka nie sposób było odgadnąć, jak był głęboki. Kiedy zatrzymali się nad krawędzią, zerknęli w dół. Okrągła dziura miała dobre sześć metrów głębokości. Na jej spodzie ktoś siedział. Zorientowali się po chwili, że to trup jest. Wyłącznie wskutek deszczu, truchło nie było oblezione przez muchy. Denat siedział na dnie zagłębienia, opierając się o jego ścianę, niewątpliwie od co najmniej paru dni. Był łysawy. Ubrany w stalkerskie oporządzenie i zaopatrzony w sprzęt. Wokół niego tonęły w błocie jakieś rzeczy.

- Myślisz, że to on? – zapytała Ollie Zośkę.

- Kto? – ten spojrzał na nią, ale zaraz załapał – Dziki?

- Na moje opis się zgadza, a przynajmniej zgadzałby się, gdyby proces rozkładu nie postąpił tak daleko.

- Jesteś pewna?

- Nie.

- Jest jeden sposób by to sprawdzić, ściągnij tu resztę – zarządził Zośka.

Ollie sięgnęła do radiostacji.

- Tu Ollie. Chodźcie tutaj. Chyba go mamy – przekazała Antaresowi i Baśce.

- Zrozumiałam – odpowiedziała Baśka.

Zośka rozpiął swoje szelki i rozejrzał się za miejscem do założenia stanowiska linowego. O skoku w zagłębienie nie mogło być mowy. Już z góry widzieli, że potencjalny Dziki ma otwarte złamania obu nóg. Kości bielały na tle brunatnego błota, wymyte i oczyszczone przez krople deszczu. Po chwili nadeszli Antares i Baśka. Oboje nachylili się nad krawędzią.

- I co? – zapytał Antares - Że niby to on?

- Zaraz to sprawdzimy – odparł Zośka i wybrał odpowiedni pień.

Antares zdjął z siebie część sprzętu i pomógł mu budować stanowisko. Tymczasem Ollie i Baśka zbadały okoliczne krzaki w poszukiwaniu czegoś, lub kogoś ciekawego. Antares z Zośką owinęli grube drzewo liną z zawiązaną ósemką, Antares przewlekł i przewiązał węzeł, a Zośka włożył na siebie uprząż. Zamontował karabinek z lonżą. Antares przeciągnął linę jeszcze dalej i zrobił poręcz, tworząc stanowisko asekuracyjne na drugim drzewie, by mieć zabezpieczenie. Wpiął weń linę i rzucił ją do dziury. Przygotował sobie sprzęt zjazdowy w razie, jakby przyjaciel potrzebował pomocy. Zośka pozaciągał uprząż i zbliżył się do krawędzi. Związał i zapiął sobie półwyblinkę do lonży. Odczepił linę asekuracyjną. Powoli zaczął zjeżdżać w dół. Kiedy stanął pewnie na dnie, dał znać, że wszystko było w porządku. Tymczasem powróciły dziewczyny. Antares klęczał przy krawędzi i obserwował towarzysza. Stalker siedzący na dole wyglądał jak normalny, rozkładający się trup. Siedział, szeroko rozkrzyżowawszy połamane nogi. Wskutek złamań, jedna była krótsza od drugiej. Truposz zwiesił głowę na piersi. Uwagę Zośki w pierwszej kolejności przyciągnęło coś innego. Mianowicie, oparty o ścianę studni, austriacki, uniwersalny karabin wojskowy, zaprojektowany i produkowany od 1978 roku w zakładzie Steyr – Daimler – Puch. Zbudowany w układzie bullpup, AUG HBAR. Ten został wyposażony w lufę długości 508 milimetrów oraz przedni uchwyt. Oprócz tego, na wsporniku zamontowano celownik optyczny, a na nim jeszcze laserowy. Wziął broń do ręki. Odciągnął zamek i zajrzał do komory. Magazynek był pełny. Przyłożył celownik do oka. Ocenił przybliżenie razy cztery. Laser po przełączeniu włącznika działał bez zarzutu. Oj, Galil pójdzie w odstawkę, pomyślał. Zdecydował już, że karabin bierze ze sobą. Zawiesił go sobie na ramieniu i skupił się na samym trupie. Nie było trudno go zidentyfikować. Do kamizelki miał przyczepiony na rzepie pasek z ksywą. „DZIKI” widniało wyszyte czarnym szpagatem na sraczkowato – zielonym tle.

- To on – przekazał zespołowi – Mamy go. Przeszukam i wychodzę.

- Zrozumiałem – potwierdził Antares.

Zośka rozejrzał się wokół siebie. Wśród różnych przedmiotów jakie zalegały dno, leżały tam opakowania po batonikach energetycznych, pusta butelka i jakieś papiery. Oprócz nich znalazł na wpół utopioną w błocie książeczkę. Ciemną okładkę zdradzał wbity pionowo w błoto długopis. Wziął ją do ręki, otrzepał i przekartkował. Na każdej z zawilgoconych stron znajdowało się jedno, góra dwa zdania. Zaczął czytać tak, jak szło, po kolei. By odcyfrować nasiąknięte wodą inskrypcje musiał się mocno wysilić. Napis na pierwszej stronie brzmiał mniej więcej tak: „oby mnie nie szukali… kurwa… jeszcze gdzieś dziennik przesrałem… [fragment nieczytelny]… o, ale to się może nada… [fragment nieczytelny]. Na następnej: „zamiast kasy za arty dostałem dziecko, a przecież dzieckiem nie mógłbym się wykupić. Wziąłem je fakt, chciałem sprzedać, ale to by był błąd. Mam dwie córki w jej wieku… Musiałem ją odesłać. Po prostu. W imię zasad… [fragment nieczytelny] Odesłałem. Zapakowałem w skrzynię i wysłałem poza Strefę. Teraz muszę nazbierać artefaktów i unikać moich, dopóki nie uzbieram kasy… [fragment nieczytelny]. Kolejna strona: „wpadłem do jakiegoś pierdolonego dołu [fragment nieczytelny] chyba mam złamaną nogę… albo dwie…”. Dalej: „musiałem ich wezwać… przyszli tu… szybko dość… [fragment nieczytelny] …no i zostawili mnie… [fragment nieczytelny] …skurwysyny… [fragment nieczytelny] …mieli w sumie rację. Też bym się zostawił. Byłem im winny kasę. Dorwali mnie za wcześnie…”. Zośka przewrócił ostatnią zapisaną stronę: „mam nadzieję, że niedługo ktoś tu zajrzy, bo zaczynam robić się głodny…”. Koniec przekazu.

- Dobra, słuchajcie – powiedział Zośka do towarzyszy gapiących się na niego z góry – To on. Na sto pro. Dziki. Znalazłem jego drugi notes…

- Kuuurrwaaaaaa!! – gdzieś bardzo niedaleko rozbrzmiał wśród trawska donośny, liryczny sopran.

Stalkerzy aż podskoczyli z wrażenia. Baśka o mało co nie wpadła do studni. Przytrzymał ją Antares.

Głos wyraźnie kobiecy rozbrzmiał gdzieś blisko w zaroślach. Stalkerzy z wyjątkiem Zośki poderwali się i chwycili za broń.

- Wyłaź! – rzucił Antares do niego i zniknął z pola widzenia.

Zośka niewiele myśląc chwycił AUG-a, zarzucił go sobie na plecy, wepchnął notes Dzikiego do kieszeni i zaczął piąć się po ścianie na półwyblince. Usłyszał, że towarzysze gdzieś pobiegli.

- Znowu mnie, kurwa, zostawili – mruczał pod nosem, sunąc w górę i wpatrując w ziemiste przepierzenie.

Słyszał też dalsze przekleństwa jakiejś kobiety, która najwyraźniej miała ze sobą problem. Powoli

przesuwał się coraz wyżej. Kiedy tylko się wydostał, odpiął linę i odbezpieczył zdobyczną broń. Wycelował w niebo i pociągnął za spust. Karabin wypluł serię pocisków, niosąc echo po okolicy. Zośka ucieszył się jak dziecko. Zawsze chciałem taki mieć! – pomyślał.

- Zośka! – usłyszał w radiotelefonie Olkę – Gdzie jesteś… I po co marnujesz amunicję?! – Zośka przewrócił oczami.

- Wylazłem z dziury! - odpowiedział do mikrofonu – A wy gdzie?

- Idź w dół, na południowy wschód, jesteś tu potrzebny – poinstruował go Antares – Kieruj się na przekleństwa – dodał jeszcze.

- Przyjąłem – odparł mu Zośka.

Zaczął przedzierać się przez gęste i bujne zarośla. Istotnie, przekleństwa nie milkły, a wręcz przybrały na sile. To oznaczało tylko jedno. Antares i dziewczyny próbowali pomóc potrzebującej. Zośka wypadł z krzaków na małe wypłaszczenie, porośnięte niższą, ale za to bardzo śliską trawą i mchem. Poślizgnął się, robiąc ostatni krok. Nieco dalej, w hałdzie błota dosłownie tonęła dziewczyna. Ubrana po stalkersku. W mundur z oporządzeniem, obwieszona sprzętem. To ona tak mocno darła zachlapaną różnoodcieniowym brązem paszczę. Tkwiła po pas w głębokim szlamie. Zośka rozejrzał się po podmokłej łące. Antares gorączkowo wiązał linę do najbliższego większego drzewa, a Baśka wlazła po kolana w breję, próbując podać wrzeszczącej dziewczynie grubą gałąź. Ollie stała w miejscu nie bardzo wiedząc co ze sobą począć. Zośka stał przez chwilę nieco rozbawiony całą sytuacją. Oprzytomniał, gdy przyjrzał się dziewczynie. Coraz mocniej i szybciej zagłębiała się w błocie.

- Uważaj! – ostrzegła go Baśka – „Kurzawka”!

Pięknie, kurwa, pięknie! Laska wlazła idealnie w anomalię! W tak prostą, idiotyczną i kretyńsko łatwą do wykrycia anomalię! Jak to jest do ciężkiej cholery możliwe? Nie ma mocniej reagującego na śrubki i nakrętki szitu niż „kurzawka”! Ale cóż. Mniejsza z tym. Bywa i tak. Zośka podszedł do Baśki.

- Gotowe! – zakomunikował Antares – Trzymaj!

- Przywiąż mnie! – zażądał Zośka, wciąż mający na sobie uprząż. Antares wykonał polecenie – Wyciągnijcie nas na mój sygnał. Baśka, daj mi to i cofnij się!

Zośka pewnie wkroczył w głębokie błoto. Baśka podając Antaresowi rękę z trudem wydostała się z niego i stanęła obok Ollie. Zośka klął siarczyście, przejmująco i dosadnie. Nawet tonąca w gównie dziewczyna umilkła i nawet się zaczerwieniła ciut, słysząc jego wiązanki. Chwycił mocniej gałąź. Parł naprzód jak czołg, ale wpadając też coraz głębiej. Dziewczyna była już po obojczyki w mule. Całkiem ładna dziewczyna zresztą, przeszło mu przez myśl. Jej twarz, co prawda wykrzywiona w grymasie przerażenia, ale owalna i szczupła. Zabrudzone błotem włosy w kolorze kasztana sięgały nasady szyi i ramion. Ciemne oczy rozpaczliwie wypatrywały pomocy. Zagłębiała się coraz mocniej. Im bardziej próbowała się wydostać, tym bardziej się zapadała.

- Nie ruszaj się! – polecił Zośka.

- Tonę! Wyciągnij mnie! – krzyknęła, głos też miała ładny. I mocny.

Do niej musiał należeć liryczny sopran, jaki usłyszał siedząc w studni. Zośka pokusił się nawet o stwierdzenie, że mogłaby zrobić karierę solo, albo w jakimś chórze.

- Chwyć się gałęzi! – odpowiedział stalker tkwiąc już po pas w błocie.

Dziewczyna wyprężyła się i zarzuciła rękami, szukając końca patyka. Udało jej się dopiero za drugim razem.

- Trzymaj się mocno! Za cholerę nie puszczaj! – mówił Zośka – Antares, powoli do tyłu!

Dowódca poczuł pociągnięcie do tyłu. To pomagało mu robić kroki odklejać buty od zamulonego podłoża. Sam w życiu nie byłby w stanie wyleźć z anomalii. Stalkerzy stopniowo wyciągali dziewczynę z bajora. Brązową co prawda od linii klatki w dół, ale zgrabną. Etapami Zośka zdołał stanąć na w miarę stałym gruncie i wyharatać ją na tenże. Wkrótce oboje stanęli na relatywnie suchym terenie. Antares odczepił od Zośki linę.

- Dziękuję – wychrypiała dziewczyna opierając się rękoma o uda.

- Czyś ty kompletnie zdurniała?! – wydarł się na nią Zośka dysząc ciężko – Czemu nie sprawdziła śrubką? Przecież tę anomalię widać nawet bez sprawdzania!

- Na PDA nic nie było! – odwarknęła dziewczyna.

- Pedea sredea! – huczał dalej Zośka krążąc wokół jak rozdrażniony trzmiel – To elektroniczne gówno nie daje żadnych wiarygodnych odczytów! Masz, popatrz tylko – wyjął z zabłoconej kieszeni śrubę i cisną w okolice miejsca, gdzie chwilę wcześniej topiła się kasztanowłosa – Patrz, kurwa!

Śrubka, lecąc nagle zmieniła trajektorię i w miejscu, gdzie powietrze miało nieco inny kolor, została wessana w błoto przez nieznaną i niezidentyfikowaną siłę. Baśka i Ollie przyglądały się ciekawie z boku nie ingerując. Antares zwijał linę, czekając z zainteresowaniem co wyjdzie z tej scenki.

- Widziała?! – zapytał Zośka uspokoiwszy się nieco.

Dziewczyna obdarzyła takim spojrzeniem, że Antares mógłby przysiąc, iż gdyby jej wzrok mógł zabijać, Zośka właśnie spływałby razem z płynnym gównem w dół zbocza, łącząc się z innymi strumyczkami, stopniowo wsiąkając w mokre, trawiaste zbocze.

- Skończyłeś? – zawarczała dziewczyna.

- Coś za jedna? – zapytał ostro Zośka.

- Ty pierwszy! – niezła jest, pomyślał Antares, zarzucił sobie zbuchtowaną linę na ramię.

Stanął obok Baśki i Ollie, dalej przyglądając się przedstawieniu. Nie zauważyli, jak ruszył się wiatr. Od dłuższej chwili nie padało. Chmara kruków wzleciała z okolicznego zagajnika w powietrze i uleciała z wiatrem na zachód.

- Ja cię wyciągnąłem, mów! – warknął Zośka.

- Jestem Duśka! – krzyknęła dumnie dziewczyna, tupiąc nogą i zadzierając kształtnego noska.

- Skąd się tu wzięłaś? – dopytywał się dowódca.

- Tsaa, jasne. Teraz twoja kolej! – odpaliła ze złością Duśka.

Zośka już otwierał usta, by się jej odciąć, ale nie zdążył. Zobaczyli to. Niebo na wschodzie nagle poszarzało i zgęstniało mocno. W momencie zrobiło się niemal czarne. Błysnęły oślepiająco jasne błyskawice. Nienaturalnie długi grzmot wstrząsnął Zoną. Powietrze momentalnie wypełnił podnoszący się dźwięk syren alarmowych. Wschodnie niebo zapłonęło coraz intensywniejszym oranżem, przetykanym piorunami.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania