Dzień dziewiętnasty

Chłodne powietrze, wciąż wilgotne po nocy, przenikało ubrania. Gniewko biegł przodem. Z wysokich traw strącał lśniące krople rosy. Agnieszka zwolniła. Chwyciła Roberta za rękaw, ściągając go w tył.

— Musimy porozmawiać — głos jej uwiązł, wskazała głową na znikającego chłopca. — Widziałeś wczoraj, te dzieciaki? One go zaszczuwają. Dlaczego nie cieszą się, że przeżył?

— Bo nie tak to widzą. — Milczał chwilę. — Pamiętasz słowa Jagny… nie pytaj, bo się dowiesz. Co miała na myśli?

— Za dużo od niego wymagamy — rzucił w końcu przez zaciśnięte zęby. — Zapomnieliśmy, że to jeszcze dzieciak. Potrzebuje czasu dla siebie na zwyczajne zabawy. Dzieciaki Stanimira wyglądają na porządne.

Wsunęła dłoń pod jego ramię, przytulając się mocno. — Będziesz dobrym ojcem.

Po kąpieli sprawdzili pułapkę. W więcierzu tkwiła mała rybka. Miotając się, uderzała o wierzbowe pręty. Włożyła ją z powrotem do wody. — Płyń — szepnęła. — Podziękuj Welesowi za wczorajszy dar.

— Zmełłam trochę mąki, wystarczy na zakwas — oznajmiła przy ognisku. Na wspomnienie wczorajszego wysiłku rozmasowała sobie barki. — Ale na chleb już nie wyrobię. Żarna to nieludzki wysiłek.

— Przejmuję to — odpowiedział bez wahania. — Pokręcę nimi wieczorami.

Przenieśli wzrok na Gniewka. — Słuchaj, nasz mały myśliwy — uśmiechnęła się łagodnie. — Dzisiaj wolne od trawy. Robisz, co chcesz. Chłopiec znieruchomiał z łyżką w pół drogi do ust.

— Naprawdę? — wytrzeszczył oczy.

— Naprawdę — potwierdził Robert.

— To… to idę ciskać z procy! — wrzasnął.

Odprowadzili go wzrokiem. Popędził w stronę ugoru, zbierając po drodze kamienie. Rozglądał się. Nikt za nim nie szedł. Nikt nie patrzył.

— Skoczę do Jagny, zaproszę ją na obiad. Może wyciągnę od niej jakieś nowe patenty kulinarne. A potem pójdę na torfowisko po wiklinę.

* * *

Ze Stanimirem robota szła sprawnie. Do południa wyrobili kolejną porcję gliny i nacięli sporo trzciny.

W południe w obejściu stanęła Jagna. Robert właśnie skubał kuropatwę.

— No — mruknęła staruszka. — Mała, ale tłusta. Skubiesz? — prychnęła, widząc jego zdziwienie. — Nie trzeba. Glinę nałóż wprost na pióra. Wyjdzie czysta, zobaczysz.

— W glinę? Chciałem ją nad ogniem upiec.

— Żeby mięso na wiór wyschło. Pamiętasz, co zrobiliśmy z węgorzem? — Masz tu liście chrzanu i jagody jałowca. Wetknij w nią, całą zaklej i prosto w żar.

Ustawili w ognisku misę z zupą, do której wrzucili podroby.

— A gdzie Dziewanna? — zapytała.

— Poszła na torfowiska, wikliny naciąć na nowy kosz dla Gniewka — odparł beztrosko, dokładając drewna do ognia.

Zamarła. Jej wzrok powędrował ku stojącemu w zenicie słońcu. Uśmiech zniknął z jej twarzy.

— Sama?! — głos, pełen niedowierzania, ciął powietrze. — I pozwoliłeś jej pójść samej na mokradła w samo południe!

Odsunął się od ognia, wytrącony z równowagi jej gwałtownością.

— Czy nie mówiłam, że w południe budzą się one, że tylko czekają na samotne, młode kobiety? — niemal krzyczała, a w jej oczach płonął strach. — Żeby im w łonie dzieci podmienić, je same w odmęty wciągnąć!

* * *

Trzymała się wydeptanej ścieżki. Ciężki kosz z wikliną zasłaniał drogę, zmuszając do szukania równowagi przy każdym kroku. Szła dłużej, niż zamierzała. Nie zauważyła, kiedy krajobraz się zmienił. Otoczenie nie pasowało już do ścieżki, którą pamiętała.

W uszach dźwięczały jej ostrzeżenia Jagny. Rusałki. Duszność. Zgubne południe. Mgła unosiła się z mokradeł, zasłaniając drogę powrotną.

— Spokojnie — szepnęła. — To tylko mgła. Różnica temperatur.

Zrobiła jeszcze jeden krok. Grunt uciekł spod stopy. Noga zapadła się w zimną, gęstą maź aż do łydki.

Spróbowała wyszarpnąć stopę, ale przy każdym gwałtownym ruchu zapadała się głębiej. Gęste bagno trzymało mocno.

Serce waliło jej coraz szybciej. Przez moment miała absurdalne wrażenie, że coś ciągnie ją od spodu. Zamknęła oczy. Oddychała powoli, aż drżenie trochę ustąpiło. Dopiero wtedy, wolno wysunęła nogę z gęstej brei.

Mokradło zamknęło się za nią ciężkim mlaśnięciem.

— Jestem sama z rusałkami. Cała moja wiedza nic tu nie daje, gdy grunt usuwa się spod nóg.

Spanikowana, usiadła na pieńku.

Jej palce drżały. Wciągnęła głęboko powietrze. Znieruchomiała. Odurzył ją ostry, żywiczny zapach kamfory i terpentyny. Zamknęła oczy. Natychmiast wróciły obrazy sterylnego laboratorium i woń odczynników. Trwała chłonąc znajomy aromat.

Wróciły myśli o Gniewku. Dobrogost zaszczepił w dzieciach nienawiść, uderzając w syndrom ocaleńca. Dlaczego? Przecież to jego bratanek.

Jak mam go chronić, skoro nawet nie potrafię odczytać znaków tego świata? Muszę znaleźć rozwiązanie, powód tej nienawiści.

Czekała, aż mgła opadnie.

* * *

Zamarł. Pierwotny lęk Jagny udzielił mu się. Agnieszki nie było. Zbyt długo.

Dziecko? Czy Jagna... widzi coś, czego my nie widzimy? Czy wie więcej od Agnieszki? Świat mitów i duchów w jednej chwili nabrał groźnych, śmiertelnych kształtów.

— Idę po nią — powiedział głucho, chwytając za najbliższą żerdź.

Ale w tej samej chwili wyłoniła się zza zakrętu. Szła powoli, uginała się pod ciężarem lśniących witek.

Podbiegł do niej. Z twarzą białą jak płótno, wyrwał jej kosz czując, jak w gardle zaciska się supeł.

— Dlaczego tak długo? — zapytał w końcu drżącym głosem.

Spojrzała na niego, a potem na Jagnę, która wciąż stała z zaciętą, pełną lęku miną. Na jej ustach pojawił się lekki uśmiech.

— Tańczyłam z rusałkami — odparła, uśmiechając się lekko. — Zgubiłam się, czekałam, aż mgła opadnie. Wszystko w porządku, nie ma się o co martwić.

Miał mętlik. Wracały jej słowa: „będziesz dobrym ojcem”… i tamto wcześniejsze: „nie zostaniesz ojcem”.

Obserwował jej twarz. Lekki ton nie przyniósł ulgi. Przeciwnie – niepokój tylko narastał. Wciąż dźwięczały mu słowa Jagny.

— A poza tym… — wykrztusił szeptem. — Chcesz mi jeszcze coś powiedzieć?

Patrzyła mu prosto w oczy przez długą chwilę. Jej tajemniczy uśmiech nie znikał. Potem, nie odpowiadając, odwróciła się, podeszła do Jagny i bez słowa mocno ją przytuliła.

— Nie — odpowiedziała w końcu, a jej słowo było skierowane bardziej do zatroskanej staruszki niż do niego.

Stał bez ruchu. Patrzył, jak dwie kobiety tworzą szczelny krąg porozumienia, w którym nie było dla niego miejsca.

* * *

— Widziałeś?! — wyrzucił z siebie z daleka, jeszcze zanim dobiegł. — Trafiłem wiele razy!

— W co? — Robert uniósł brew.

Chłopak wskazał ręką za ugór.
— W pień. Ten krzywy. Najpierw z bliska, ale potem już prawie spod miedzy.

Robert spojrzał we wskazanym kierunku.
— Prawie?

Zmieszał się na moment.
— No… z połowy ugoru. Ale trafiałem. Mocno. Aż kora odpadła.

Robert skinął głową, chwycił się za brodę.
— Jeszcze trochę a kuropatw zabraknie na łące.

Chłopak parsknął. Obrócił procę w dłoni i rozejrzał się odruchowo ku wsi. Nikogo nie było. Nikt go nie obserwował.

— Pójdę jeszcze po strawie — rzucił ze śmiechem.

* * *

Aromat pieczonego mięsa, ziół i wytapianego tłuszczu wypełnił obejście. Robert położył na kamieniu kuropatwę.

— To zdobycz Gniewka.

Delikatne mięso samo odchodziło od kości. Obok Agnieszka postawiła misę z gęstą, parującą zupą.

— Chodź, Stanimirze, siadaj z nami! — zawołał radośnie Robert, wskazując na kłodę przy ogniu. — Dzisiaj uczta.

Cieśla zawahał się; w jego oczach błysnęło zakłopotanie. Przeniósł wzrok z pachnącego ptaka na Roberta, a potem na Agnieszkę.

— Dziękuję, ale... — zaczął, drapiąc się w głowę. — Nie godzi się. Sami macie mało. Dzielenie się mięsem, gdy w spichlerzu pusto, to nierozsądne. Głupota, nie gościna.

Agnieszka podeszła do niego. — A czy rozsądne jest jeść samemu, gdy przyjaciel stoi w progu? — zapytała cicho. — Siadaj. — Klepnęła dłonią miejsce obok siebie.

Zaczął jeść. Powoli, z wahaniem odrywał małe kęsy mięsa.

Gniewko przeżywał polowanie raz jeszcze, wymachując rękami. Robert uniósł kawałek mięsa, zastygł z dłonią w pół drogi. Śmiał się razem z nimi, lecz spojrzeniem uciekał w dal.

Będziesz dobrym ojcem. Zdanie wracało do niego od rana.

Wzrok wędrował ku żonie. Śmiała się, wycierając tłuszcz z policzka chłopca. Wyglądała na szczęśliwą i zrelaksowaną. W uszach wciąż dźwięczał mu głos Jagny. Jej przerażone oczy. Podmieniają dzieci w łonach. Dla niego to zabobon, dla Jagny prawda, a ona znała ten świat jak nikt inny.

Zmrużył oczy, przywołując w pamięci sylwetkę żony sprzed tygodnia.

Tańczyłam z rusałkami. Co miała na myśli?

Patrzył, jak podaje Gniewkowi kawałek mięsa. Jej dłoń na moment zatrzymała się na brzuchu.

— Jutro nie pracujemy — oznajmił Stanimir.

— Rozumiem, masz swoje obowiązki — odparł Robert.

— Synowie dają radę. Jutro dzień bani. Chłopy muszą drwa nanieść. Przyjdź w południe.

— A ja? — zapytała urażonym głosem Agnieszka.

— Baby przychodzą wieczorem, na gotowe — zaśmiał się.

* * *

Położyli się w posłaniu. Odwróciła się do męża plecami, szukając wygodnej pozycji w szorstkich, baranich skórach.

Leżał bez ruchu. Myśli pulsowały mu w skroniach. W końcu przysunął się i ostrożnie położył dłoń na jej brzuchu.

Gest ją zaskoczył. Lekko zesztywniała.

— Co jest? — zapytała cicho w ciemność.

Nie odpowiedział od razu.

— Naprawdę myślisz, że będę dobrym ojcem? — zapytał w końcu, głos brzmiał głucho, pełen niepewności.

Pytanie tak ją zaskoczyło, że gwałtownie obróciła się twarzą do niego. W półmroku widziała tylko jego zarys.

— Co sobie wkręcasz? — zapytała z irytacją w głosie. — O co ci chodzi?

— No wiesz... — zaczął, a słowa wylewały się z niego w nieskładnym potoku. — Rano nad rzeką mówiłaś, a później Jagna... i pomyślałem...

Patrzyła na niego przez chwilę. W kącikach ust drgnął cień uśmiechu – widziała absurdalną układankę, którą ułożył w głowie. Pocałowała go krótko, ale stanowczo.

— Będziesz dobrym ojcem — szepnęła. — Ale dla Gniewka.

Po tych słowach obróciła się z plecami do niego zamykając.

Przysunął się do niej, wtulając twarz w jej włosy pachnące dymem i moczarami. Objął ją tak, jak robił to zawsze — pewnie, opiekuńczo, z dłonią na jej piersi.

— No — zamruczała z zadowoleniem, wtulając się w jego uścisk.

Czuł stratę czegoś, czego nigdy nie miał. Czegoś, co nigdy nawet nie istniało.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania