Kama cena życia rozdział XVI
Kama poświęciła się całkowicie pracy i swoim pacjentom . W krótkim czasie zdobyła zaufanie kilku osób które przychodziło na spotkania indywidualne. Lubili ją i ona ich też , bardzo zaprzyjaźniła się z Michaliną , poznała też jej mamę i młodszą siostrę Kasię .
Pewnego dnia trafił do niej mężczyzna około czterdziestoletni , miał sympatyczny wygląd i miłą twarz , był grzeczny , uprzejmy
i nie widać było po nim żadnego skrępowania .Usiadł wygodnie w fotelu dla pacjentów i czekał . Trochę ją to czekanie zdezorientowało .
-Dzień dobry . W czym mogę panu pomóc?-zapytała grzecznie
— Przepraszam, zamyśliłem się — odpowiedział lekko zachrypniętym, ale miłym głosem. — Jestem Bruno. — Wyciągnął do niej rękę.
— Kama. To o co chodzi? Ma pan problem, tak?
— Nie „pan”, tylko Bruno. Tak, mam problem, ale to nie dotyczy sfery psychicznej ani stanu mojego zdrowia.
— Nie rozumiem... — Spojrzała na niego. Miał ciemne włosy i duże, prawie czarne oczy. — To powiedz mi, Bruno, o co chodzi?
— O ciebie — roześmiał się.
— W dalszym ciągu nie rozumiem — zaczęła się denerwować.
— Nie bój się mnie, ja nie mam zamiaru nic złego ci zrobić. Obserwuję cię od jakiegoś czasu. Podrzucam tu czasami swojego brata, on jest tobą zachwycony, to postanowiłem cię poznać. Dasz mi się poznać, Kamo?
— A wiesz, że w tym momencie jesteś... no, powiedzmy, trochę bezczelny?
— Ja? — zdziwił się. — Tylko dlatego, że chcę cię poznać? Co mam zrobić? Zapisać się na terapię? Specjalnie zapisałem się na dzisiaj, nawet zapłaciłem, bo nie mam skierowania od lekarza. Ale chyba sama zauważyłaś, że nie jestem chory — zachowywał się bardzo swobodnie.
— Jaki to ma związek ze mną, Bruno? Twój brat to który?
— Mój brat to Borys. Kojarzysz go?
— Borys? Tak, oczywiście. Młodszy brat, tak?
— Młodszy o trzynaście lat. Fajny chłopak, tylko jest w spektrum autyzmu. Taki się urodził, ale funkcjonuje w miarę normalnie. Można z nim nawet pogadać, dopóki się nie zawiesi.
— Wiem — uśmiechnęła się w końcu Kama. — Lubię go bardzo, zawsze rozśmiesza naszą grupę. On mieszka z rodzicami?
— Tak, świata poza nim nie widzą. Mama go ubóstwia, a ojciec uczy życia. Nawet byłem o to zazdrosny, jak się urodził. Wiesz, jak to jest być jedynakiem i naraz takie małe coś, rozkrzyczane, zabiera ci całą uwagę rodziców.
— Tego akurat nie wiem, ja nie miałam młodszego rodzeństwa. A ty, Bruno, czym się zajmujesz? — zapytała.
— Ja? Ja jestem lekarzem, ale leczę zwierzęta, nie ludzi — roześmiał się. — Skończyłem weterynarię. Prowadzę małą klinikę na obrzeżach Warszawy, pacjentów też mi nie brakuje.
Zaczęło im się fajnie rozmawiać, ale Kamę wzywały obowiązki. Przeprosiła Bruna, a on zapytał, czy pójdzie z nim na kawę. Zgodziła się. Wymienili się numerami telefonów i obiecali sobie, że będą w kontakcie.
Bruno zadzwonił do Kamy po kilku dniach, umówili się na spotkanie w kawiarni. Kiedy przyszła, on już tam był. Wstał, jak ją zobaczył. Podeszła do stolika i wyciągnęła do niego rękę, którą mocno uścisnął.
— Cieszę się, że przyszłaś — powiedział. — Kawa?
— Tak, poproszę — uśmiechnęła się.
— Jakieś ciastko? Mają dobry sernik z polewą czekoladową, wiem, bo straszny ze mnie łasuch.
— Dobrze, zaufam ci i ocenię po zjedzeniu, czy rzeczywiście warto było się skusić.
Bruno poszedł do bufetu, a Kama obejrzała się za nim. Był miły i grzeczny, ale też miał w sobie taką ogromną siłę bezpośredniości. Dosyć wysoki, dobrze zbudowany, mógł się podobać kobietom. Wrócił do stolika, zaraz potem kelnerka przyniosła im zamówienie. Mieszając cukier w filiżance, Kama pomyślała, że Bruno też jej się podoba.
— O czym myślisz? — zapytał, tak jakby wyczuł, że o nim.
— A nic takiego... — uśmiechnęła się.
Spojrzał na nią tymi swoimi dużymi, czarnymi oczami i się roześmiał.
— Pani psycholog, pewnie myślisz, że nie jesteśmy z Borysem podobni do siebie? No, nie jesteśmy.
— Ale ja nie, naprawdę, nawet mi to przez myśl nie przeszło — odpowiedziała zmieszana. — To, że jesteście braćmi, nie znaczy, że musicie być podobni.
— Powiem ci dlaczego. Bo widzisz, Kama, ja jestem adoptowanym synem, a Borys rodzonym. Miałem dwa lata, jak moi rumuńscy rodzice zginęli w wypadku, tu w Polsce. Moi obecni rodzice mnie adoptowali, bo nie mogli mieć swoich dzieci. Kocham ich bardzo, oni mnie też. Ale po dziesięciu latach od adopcji mama urodziła Borysa. Byłem zazdrosny, ale oni mnie nie odrzucili, kochali tak jak przed Borysem. Jestem im za to bardzo wdzięczny. Dbali o nas dwóch tak samo, no może o brata bardziej, bo on wymagał większej opieki.
— Macie kochanych, mądrych rodziców. Jak się dowiedziałeś o adopcji? Bo swoich rodzonych rodziców raczej nie pamiętasz?
— Nie pamiętam, ale mama i tata nigdy nic przede mną nie ukrywali. Zawsze mówili, że urodziła mnie inna mama i był też inny tata, ale oni musieli pójść do nieba, dlatego jestem teraz z nimi i oni bardzo mnie kochają. Wpajali mi miłość od zawsze.
Kama słuchała go i myślała, ile jest w nim ciepła dla rodziców. Było jej tęskno za tym, czego sama nie otrzymała ani od matki, ani od ojca. Oni kochali tylko Pawła, a ją traktowali jak piąte koło u wozu. Była, bo była, ale jakby jej nie było, to też by nic się nie stało.
— Wzruszyła mnie twoja odwaga, że mi, obcej przecież osobie, o tym powiedziałeś. Dziękuję za zaufanie.
— Jesteś psycholożką, terapeutką, no to jak miałbym nie mieć zaufania? — roześmiał się.
Znów spojrzała w te jego oczy i po prostu się w nim zakochała. Zauważył to, jej zmieszanie, nagłą nieśmiałość, i podobało mu się . Rozmawiali jeszcze troszkę, zanim się pożegnali.
Już na dworze Bruno przyciągnął Kamę do siebie, a ona się nie opierała.
— Mam nadzieje, że się jeszcze spotkamy? — zapytał.
— Dobrze — odpowiedziała — ale ja mam zajęte do niedzieli wszystkie dni.
— Nie szkodzi, spotkamy się w niedzielę. Będziesz mogła, moja piękna?
Nie czekając na odpowiedź, pocałował ją i odszedł do swojego auta.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania