Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Krąg - Rozdział 10 (Część Druga) - Gambit

- A jak u was sprawy w Yornem? Jak u króla? – zapytałem grzecznie.

- Wydaje mi się, że dobrze. Gildia Kupców ugrała kolejne poluźnienia w akcyzach. Kilka produktów zeszło ze statusu kontrabandy. Wojna handlowa z Hundią wydaje się mieć ku końcowi… Oczywiście na naszą korzyść. – opowiadał Kristoff. Jego szorstki głos w ogóle nie pasował do jego gładkich rysów twarzy. Warto również nadmienić, że hrabia był mniej więcej wzrostu Aleksandry.

- Czy którekolwiek z tych zasług można przypisać królowi? – zapytałem lekko sarkastycznie.

- Oczywiście, że nie. Aczkolwiek jeżeli już mowa o jego zasługach… Ostatnio dość głośno jest… Przynajmniej w moich kręgach… Ostatnio mówi się o planach założenia Królewskiej Rady Magów. Aparat polityczny podobny do waszego Stołu Stu Zjednoczonych.

- Czyli chcesz mi powiedzieć, że do tej pory panował u was absolutyzm monarszy?

- Nie… Oczywiście, że nie. W końcu nie byłbym suprematem. U nas władza wygląda troszeczkę inaczej. Widzisz… U was tytuł szlachecki jest jedynie symboliczny. Nie niesie za sobą żadnej władzy… U nas natomiast… Władza rośnie wraz z tytułem. Supremat jest najwyższą rangą. Nas, czyli Suprematów, jest tylko trzech… Środki, jakimi dysponujemy są niemal nieograniczone…

- Jaką macie władzę? Szczerze tylko to mnie interesuje.

- Jeżeli wiemy jak operować naszymi środkami... Wtedy mamy władzę praktycznie nieograniczoną. Bo widzisz… Różnica pomiędzy nami jest taka. Wy macie o wiele więcej narzędzi do wyrządzenia komuś krzywdy, jednak nie macie na to przestrzeni. U nas natomiast jest duże pole do popisu, jednak narzędzia trzeba sobie samemu zorganizować.

Weszliśmy do ogrodu. Trawa z tej perspektywy wydawała się być jeszcze bardziej zielona. Woń kwiatów, która unosiła się w powietrzu od paru dobrych minut, stała się jeszcze bardziej intensywna. W oddali słychać było szum potoku. Na niebie pojawiły się pierwsze chmury.

- Patrząc się na to, jaką masz teraz pozycję… Wnioskuję, że masz trochę doświadczenia w organizacji narzędzi. Czy może jednak ułatwieniem było duże pole do popisu… Dla takiego laika jak ja… Powiedz mi szczerze… Czy dałbym radę, dajmy na to, obalić koronę? Czy byłbym w stanie zostać nowym monarchą? – zapytałem, rozglądając się po okolicy.

Ogród był pełny przepychu. Na każdym kroku można było znaleźć albo marmurowy posąg albo wysepkę z kwiatami albo pomieszanie jednego z drugim.

Na teren domu braci Grymm przybywała coraz to większa ilość gości. Niektórzy byli ubrani w okazałe szaty, niektórzy jednak byli ubrani dość biednie jak na tutejsze standardy. Był to swoją drogą ciekawy kontrast, jedna osoba miała na sobie ubranie tak złożone, że znajdowały się na nim dosłownie wszystkie kolory, a inna poszła w odcienie szarości.

- Zależy jak byś operował… Musisz mieć na uwadze to, że zazwyczaj takie operacje prowadziło się na zaciszu, w cieniu. Oczywiście sam nie mam w tym doświadczenia, jednak… Na pewno znajdą się osoby z mojego otoczenia, które będą mogły coś na ten temat powiedzieć. – odparł entuzjastycznie. – Cóż… Widzę, że mnie wzywają. Mam nadzieję, że będzie się pan wyśmienicie bawił. – dodał, kłaniając się skromnie i odchodząc.

Miałem teraz chwilę na rozglądnięcie się po tym miejscu. Jednak przez większość czasu i tak szukałem Aleksandry, błądząc po ogrodzie. System dróg składał się z wypolerowanych płyt marmuru, wbitych pomiędzy trawę. Przez to, miało się wrażenie jakby chodziło się po chmurach.

Przystanąłem na chwilę w miejscu. Podszedłem do najbliższego lokaja i zabrałem lampkę z czerwonym winem. Wymieszałem je przez chwilę w kieliszku. Wsadziłem nos do naczynia. Wino posiadało ostre nuty trawiaste, wyczuć można również było nuty dębowej beczki. Wziąłem łyk. Wino było przyjemnie cierpkie, z lekko słodkawym finiszem. Co jednak mnie bardziej zaskoczyło to przebijające się nuty wanilii oraz cynamonu.

- Cabernet Sauvignon… - powiedział damski głos za moimi plecami. – Dość pospolity szczep winorośli. – dodała, zarzucając swoje długie rude włosy za uszy.

- Hrabia Ante…

- Wiem dobrze kim pan jest. – oznajmiła grzecznie. – Jak minęła panu podróż? – zapytała uśmiechając się szczerze. Kobieta na oko miała około pięćdziesięciu lat. Posiadała wyraziste rysy twarzy oraz mocno zarysowane kości policzkowe. Ubrana była w turkusową sukienkę z drobnymi, złotymi pasemkami na przeszyciach. Było niewysokiego wzrostu.

- Zaskakująco przyjemnie…

***

- Musicie być cierpliwi… Szlachta uwielbia rozmawiać o niczym. – opowiadał król, zajadając się comberem. Na zewnątrz znowu zabłysnęło.

- Mamy jedynie rozmawiać? Żadnej obserwacji? – pytałem, odsuwając pusty talerz. Napiłem się szklanki wody.

-Jeżeli chodzi o obserwację, to jest ona jak najbardziej wskazana. Jednak jak już wcześniej mówiłem, nie jesteście jedynymi ludźmi, których tam wysyłam. Dlatego waszym zadaniem będzie głównie rozmowa. Doszukujcie się poszlak w detalach. Nawet najmniejsze potknięcia będą miały duże znaczenie. – kontynuował Benedykt, wodząc wzrokiem po sali.

- Mamy wysuwać wnioski na miejscu, czy ograniczać się z osądzaniem? – zapytała Ola, patrząc się beznamiętnie na monarchę.

- W jakim kontekście pytasz?

- Czy jeżeli już wpadniemy na jakiś konkretny trop… Mamy być bardziej bezpośredni?

- Wolałbym, żebyście pozostali w cieniu. Poza tym, wątpię żebyście się natknęli na coś naprawdę konkretnego. Uznałbym was za pewnego rodzaju dopełnienie, bardzo ważne dopełnienie.

- Ile osób „od ciebie” będzie się tam znajdowało? – indagowałem lekko zaintrygowany.

- Ta informacja będzie wam zbędna. Tak czy inaczej, nie będą wam wchodzić w drogę, więc na pewno ich nie zauważycie.

***

- A jak mają się sprawy w Imperium, panie Hrabio? – dopytywała dociekliwie hrabina Margaret.

- Proszę, przejdźmy na ty. Tak będzie wygodniej dla nas obu. – odpowiedziałem uprzejmie. Weszliśmy razem z hrabiną do jednej z altan znajdujących się w ogrodzie. Budowla oczywiście musiała być zbudowana z białego marmuru, co z jednej strony było dobrym zabiegiem estetycznym, z drugiej jednak siedzenia były cholernie twarde i zimne.

- No dobrze... Zatem jak w Imperium Anteriuszu?

- Sprawy mają się stabilnie. Handel kwitnie, wojna z Kraten się niedawno skończyła.

- A jakieś wieści z Wielkiej Ekspedycji?

- Na Wyspie Sund ponoć dalej nie znaleziono krasnoludów… Jednak ekspedycja dopłynęła tam zaledwie miesiąc temu, tak więc mają jeszcze trochę czasu. A jak u was? Jak u króla?

Hrabina rozsiadła się wygodniej, wyzywająco zakładając nogę za nogę.

- Wydaje mi się, że raczej dobrze. A przynajmniej wskazywałaby na to obecna sytuacja w państwie. W końcu nastał czas stabilizacji naszej waluty. Gildia Kupiecka świętuje poluźnienia w akcyzach. Sam król wydaje się być popularny wśród pospólstwa i wojska…

- A jak sprawa ma się wśród szlachty? – indagowałem z coraz większym zaciekawieniem. Dobrze wiedziałem, że mogę coś z tej rozmowy wynieść, nawet najmniejszą poszlakę.

- Cóż… Tutaj już będzie ciężko o jednogłośny werdykt. – zaczęła niepewnie Margaret. – Jeżeli miałabym być zwięzła to określiłabym sytuację jako „niepewną”. Jedyną wiadomą jest niskie poparcie wśród bloku Suprematów oraz Grandów…

- Czy to jednak nie urosło do miary standardu?

- Tutaj mamy do czynienia z ekstremą. Poparcie w sejmie spadło praktycznie do zera.

- Jednak sejm nie gra pierwszych skrzypiec w Yornem, nieprawdaż? – indagowałem z coraz większym zapałem. Musiałem coś od niej wyciągnąć.

- Naturalnie, jednak to nie jest tak, że nie ma żadnych kompetencji. Poza tym, obalenie króla nigdy nie odbędzie się w sali plenarnej. To zawsze odbywało się za jej kulisami.

- Jednak czy tym razem tak będzie? Jak to mówią, najciemniej pod latarnią.

Dzień powoli miał się ku końcowi. Od zachodu dzieliła nas niecała godzina. Ptaki dokoła altany powoli cichły. Szum liści otaczających nas drzew stał się nieco bardziej intensywny. Na niebie pojawiło się troszeczkę więcej chmur.

Szlachecka śmietanka zdawała się bawić w najlepsze. Raz na jakiś czas można było usłyszeć odgłosy tłuczącego się szkła. Śmiech oraz ryk coraz to bardziej pijanego towarzystwa stawał się powoli wszechobecny. Nie był on jednak bardzo dekoncentrujący, a przynajmniej dla mnie.

- Spisek zawsze lepiej przyszykować w cieniu. – odparła beznamiętnie Margaret. Zaczęła mnie zabijać swoim wzrokiem. Jej fiołkowe oczy były śliczne, oraz bardzo złowieszcze.

- A czy jakiś spisek się szykuje? – zapytałem, odwzajemniając spojrzenie. – Pytam wyłącznie z ciekawości. – dodałem, lekko fałszując moją pewność siebie. Serce zaczęło mi troszeczkę szybciej bić.

- Wolałabym o tym nie mówić. – oznajmiła nieśmiało kobieta.

- Czemuż to?

- Ci ludzie, o których teraz mówimy… Oni potrafią niszczyć życia. Oni…

- Oni? Jacy oni?

- Oni działają od zawsze. Oni są zawsze obecni.

***

- Gdy już zdołacie coś wyciągnąć… Zmieńcie temat najszybciej jak potraficie. Wasz informator ma jak najszybciej poczuć się swobodnie. – opowiadał król, zajadając się deserem.

Ciasto czekoladowe było małym rarytasem, patrząc się na to, że kakao było importowane aż z Kontynentu Soho. Statek z proszkiem kakaowym wpływał do portu raz na sześć miesięcy.

- Pamiętajcie jednak, że jeżeli już uda wam się coś od kogoś wyciągnąć… Jeżeli już czegoś się dowiecie, wasza misja nadal trwa…

Na zewnątrz nadal błyskało.

***

- Mam nadzieję, że nie wystraszyłem pani. – odparłem najbardziej uprzejmym głosem.

- Minimalnie… Aczkolwiek, rozumiem, że u was panują inne obyczaje. – odpowiedziała lekko się uśmiechając.

Wyszliśmy z altany, przechadzając się powoli po zagajniku, znajdującym się tuż obok niej.

- Naprawdę jeszcze raz przepraszam, jednak niestety nie jestem w stanie się wyzbyć niektórych z moich przyzwyczajeń.

***

Po dziesięciu minutach błądzenia po ogrodzie, w końcu udało mi się odnaleźć Aleksandrę. Stała przy jednym ze stołów z jedzeniem. Rozmawiała z jakimś mężczyzną. Nie chciałem jej przeszkadzać.

Podszedłem do najbliższego lokaja, po kolejną lampkę wina. Tym razem zapach był mniej trawiasty, przypominał bardziej suszone owoce. Do tego dochodziła wyraźna nuta ziemi. Wymieszałem oraz wypłukałem trunkiem buzię. Ciemno rubinowy alkohol miał mniej wyrazistą nutę cierpkości, za to był o wiele lepiej zbalansowany, jednak co za tym szło, był winem dość pospolitym w smaku.

Podszedłem do najbliższego zgromadzenia nie pijanych szlachciców, a o tej porze było o to coraz ciężej.

- Witam hrabię Anteriusza. – przywitał mnie przyjaźnie Kristoff. – Proszę państwa, przed wami hrabia Anteriusz. Jedyny człowiek na tym zjeździe z Kontynentu Falla. – dodał, kładąc swoją dłoń na moim ramieniu.

- Witamy. – odpowiedzieli niektórzy z zebranych. Inni natomiast skromnie się ukłonili.

- Hrabia Bernard. – powiedział wysoki oraz szczupły mężczyzna, podając mi swoją ogromną dłoń. Szlachcic miał krótkie, jasne włosy. Posiadał on również dość subtelne rysy twarzy, która kształtem przypominała romb. Posiadał on również potężnego pieprza na lewym policzku. – Mam nadzieję, że podróż odbyła się bez większych problemów.

- Na szczęście dotarliśmy tutaj bez większych utrudnień oraz opóźnień. – odpowiedziałem grzecznie, w tym samym czasie witając się z kolejnymi członkami tego skromnego zgromadzenia. Całość liczyła sobie pięć osób.

- A jak sprawy mają się w Imperium Silin? – zapytał jeden z mężczyzn. Był nim hrabia Treton, niski mężczyzna o dość potężnych gabarytach. Jako jedyny z zebranych był ubrany w kompletnie białe szaty. Dla odróżnienia, Bernard był tym typem człowieka, który na ubraniu posiadał każdy istniejący w naturze kolor. Treton odróżniał się również swoimi włosami, które były starannie zaczesane w lewą stronę. Z bliska wyglądały trochę jak peruka.

***

- Z czasem pewnie znudzi was klepanie tych samych formułek. Jak szybko zależy już tylko od waszego typu osobowości. Jednak taki już urok waszej pracy. Nie zapominajcie się…

***

-… Tak więc tak, Imperium trzyma się naprawdę dobrze. – opowiadanie tego samego w kółko już powoli mnie męczyło. Mój organizm powoli zaczął się wyłączać, jednak po raz ostatni musiałem z niego wykrzesać maksimum energii. – A jak u państwa?

Kristoff odszedł bezszelestnie. Została nas tylko czwórka.

- Bardzo dobrze. Supremaci nigdy nie mieli się lepiej. Patrząc się na to, że Gildia Kupiecka ma coraz lżej, mogę śmiało powiedzieć, że żyje mi się jak w niebie. – odpowiedział Bernard.

- U Grandów sytuacja ma się podobnie. Handel staje się o wiele łatwiejszy, tym bardziej handel cukrem. – odparł Treton.

Kolejny mężczyzna odszedł bezszelestnie, udając się do najbliższego stolika po jedzenie.

- A u Pana? – zapytałem ostatniego.

- U mnie… U mnie nic ciekawego, aczkolwiek z chęcią posłuchałbym więcej o sprawach w Imperium. – oznajmił starszy mężczyzna. Na oko miał około pięćdziesięciu lat. Jego łysa głowa pokryta była różnego rodzaju zmarszczkami. Jego ubiór należał do kategorii tych bardziej ubogich. Był mniej więcej tego samego wzrostu co ja. Co jednak najważniejsze, zamiast prawej ręki, posiadał kikuta. – Zechciałby Pan może udać się na mały spacer po zagajniku? – indagował, zabijając mnie wzrokiem.

Nie odmówiłem.

***

- Nie dajcie się zaciągnąć w pułapkę. Nie dajcie się rozpoznać. To wy musicie dyktować warunki, nie zapominając o grzeczności. – kontynuował król, kończąc ciasto.

Znowu zabłysnęło. Zaczął padać grad.

***

 

Znowu znajdowałem się w zagajniku, jednak tym razem po jego innej stronie. Co odróżniało ją od poprzedniej, to obecność małego jeziorka o barwie jasno turkusowej.

Ludzi tutaj praktycznie nie było. Wiatr zaczynał wiać jeszcze mocniej, a słońce powoli chowało się za horyzontem.

- Skąd tak naprawdę jesteś? – zapytał zaciekawiony mężczyzna. Wzrokiem dalej patrzył jedynie przed siebie. – To, że nie jesteś z Imperium jest mi już wiadome. – dodał po chwili ciszy.

- Obawiam się, że nie wiem o co panu chodzi. – odpowiedziałem najgrzeczniej jak potrafiłem. Serce podskoczyło mi do gardła.

- Dobrze wiesz o co mi chodzi, młody człowieku. Powtórzę moje pytanie zatem… Skąd tak naprawdę jesteś? – indagował spokojnie. – Twoja historia o Imperium Silin zawiera jeden mały błąd. Gadka o Ekspedycji była jak najbardziej poprawna, jednak wojna z Kraten? Miałeś chyba na myśli Apoll… Poza tym, jesteś zbyt bezpośredni jak na człowieka z Silin.

***

- Jeżeli już was ktoś zdemaskuje, jeżeli będziecie zbyt bezpośredni… Wtedy już musicie działać na własną rękę… Improwizacja będzie waszym najlepszym przyjacielem. – kontynuował król. Jego głos wskazywał na lekkie zmartwienie.

Na dworze dalej szalała burza.

Aleksandra spojrzała na mnie swoimi pięknymi oczami.

Znowu zabłysnęło.

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania