Krąg - Rozdział 8 (Część Pierwsza) - Marmur

Przechodziliśmy przez most zbudowany z wypolerowanego, białego cementu. Łącznik był cały obrośnięty mchem, w niektórych miejscach zapadał się, lub był zapadnięty. Pod mostem, rozpościerało się bagno.

Słońce znajdowało się centralnie nad naszymi głowami.

- Po co budowali tutaj fosę? – zapytałem lekko zdziwiony.

- To nie fosa. Tutaj… Mój drogi, przepływała kiedyś rzeka. – odrzekł Gael, z lekką protekcjonalnością w głosie.

- Kiedyś…

Weszliśmy na plac przed Tuama Iorwenn. Całość wyglądała o wiele bardziej makabrycznie teraz, gdy byliśmy bliżej. Pałac z tej perspektywy wyglądał jakby stał się jednością z otaczającym go lasem. Drzewa, powoli zaczęły wyrastać przy murach, trawy oraz mchy pokrywały praktycznie całość placu. Dziedziniec był po prostu jedną wielką ściółką leśną. W niektórych miejscach można było dostrzec kwiaty fioletowego koloru. Jeżeli natomiast, ktoś naprawdę wytężył wzrok, owa osoba mogła dostrzec ludzkie szkielety, walające się w różnych miejscach placu. Tak się złożyło, że kilka razy nadepnąłem na czyjeś spróchniałe pozostałości. Kości pękały z łatwością, wydając przy tym wyraźny trzask.

- Te ciała – zacząłem, rozglądając się z ciekawością po placu. – One są z Trzeciej Wojny czy z Wielkiej Entropii? – dodałem, spoglądając na Gaela idącego po mojej lewej stronie.

- Z Trzeciej Wielkiej Wojny. To tutaj umarła Arkadia, żona Amela Drugiego. – odpowiedział, beznamiętnym głosem.

- Myślałem, że Arkadia umarła w Nome… Na rok przed Trzecią Wielką Wojną. – odparłem zakłopotany.

Coraz bardziej zbliżaliśmy się do budowli pałacu.

Na krańcach budynku znajdowały się szpiczaste wieże, wysokie na około sto metrów, których stan jednak pozostawiał wiele do życzenia. Ich dawny perłowy kolor, zamienił się teraz w ciemną żółć, z domieszkami zieleni, w postaci różnorakich mchów. W niektórych miejscach, wieże były zapadnięte, natomiast wszystkie okna, mające kształt ostrych łuków, były wybite.

Po środku znajdowała się główna część pałacu, niższa od wież, jednak po środku znajdowała się potężna kopuła, przez co całość wydawała się o wiele wyższa. Tutaj również można było zobaczyć efekty działania natury, jednak z tą różnicą, że w centralnej części znajdowało się o wiele więcej mchów. Potężne filary, podtrzymujące arkadowe wejście do środka, były mocno zniszczone, a niektórych już po prostu nie było. Okna, zakończone ostrym łukiem, nie były już w większości wybite, jednak i takie się zdarzały. Z daleka dało się wyczuć chłód biegnący z wewnątrz budynku. Co najbardziej przykuwało uwagę jednak, to wielka kopuła, znajdująca się po środku tego wszystkiego. Wydawało się, jakby była z kompletnie innej bajki. Kopuła zachowała swój perłowy blask. Na jej powierzchni nie byłem w stanie dostrzec ani jednej skazy. Wyglądała tak, jakby była otoczona jakąś magiczną aurą.

- Jej śmierć była wyłącznie upozorowana. – zaczął Gael. – Arkadia, tak naprawdę, została ukryta tutaj, w Lùchairt Solais.

- Czy istniał ku temu jakikolwiek powód?

- Arkadia… Drugi raz zaszła w ciążę. Nie wiadomo jednak, dlaczego Amelo chciał ten fakt ukryć. Koniec końców jednak… Dziecko umarło.

Weszliśmy do środka budynku.

Wnętrze przedsionka było naprawdę chłodne. Całość była mocno porośnięta mchem, trawami oraz pnączami. Nawet w środku, zaczęły rosnąć małe drzewa.

Przedsionek był gargantuiczny. Ogrom przestrzeni był dość przytłaczający. Gdy się wchodziło, można było od razu zobaczyć, wielkie schody prowadzące na wyższe piętro. Kiedyś, na nich rozłożony był czerwony dywan, jednak teraz, jedynie kolor tego dywanu ledwo prześwitywał przez wszechobecny mech oraz trawy.

Filary rozłożone bo bokach tego kwadratu, były całe obrośnięte pnączami. Na niektórych z nich zaczęły nawet pokazywać się pojedyncze kwiaty.

- Chodźcie. Zjawisko miało miejsce w kopule. – ponaglił Gael, stąpając już po pierwszych stopniach schodów.

Gwoli ścisłości, w środku również można było natrafić na czyjeś szczątki. Te jednak były trudniejsze w złamaniu, gdy się na nie nadepnęło.

- Wiadomo kiedy to dziecko umarło? – zapytała zaciekawiona Aleksandra, wchodząc po schodach.

- Dziecko… Inaczej… Szczątków dziecka nigdy nie odnaleziono. Wiadomo jednak, że Arkadia umarła tutaj, w ostatni dzień Trzeciej Wielkiej Wojny– odpowiedział lekko rozemocjonowany. – Tak samo jak Amelo Drugi.

- Skąd znasz tę historię? – zapytałem zaciekawiony.

- W tych okolicach, to już pewnego rodzaju legenda. Jak w całym kraju, to miejsce jest znane z faktu, że umarł tutaj Iorwenn. Tak na Równinach Agro… To miejsce jest Pałacem Światła, oraz Grobowcem Arkadii. Sam natomiast interesuję się historią tego miejsca. Mieszkam tutaj od wielu lat i…

- Czyli jesteś stacjonarnym łącznikiem? – przerwałem, podążając za Gaelem.

Akurat weszliśmy na krużganek, rozciągający się nad przedsionkiem. Stąd było dokładnie widać, jak ogromna była to sala.

- Owszem. – odpowiedział, lekko zdenerwowany Gael. – Wracając jednak… Arkadia urodziła się w tych rejonach. Była, oraz jest uważana za patronkę tych równin.

Taras, po którym się przemieszczaliśmy był w o wiele lepszym stanie od parteru, na którym parę chwil temu się znajdowaliśmy. Mech nie porastał już większości powierzchni podłogi oraz ścian, a pnącza, mimo to, że się tutaj znajdowały w nie małej ilości, nie były już aż tak bujne.

Gdy akurat na ścianach nie znajdowało się długie pasmo pnączy, można było zauważyć pozostałości obrazów, które dekorowały tutejsze wnętrza. Raz na jakiś czas można było natknąć na popiersia jakiś ważnych person.

Po kilkudziesięciu metrach drogi w jedną stronę nareszcie skręciliśmy w prawo. W tym miejscu, krużganek się poszerzał. Lewa ściana była jednym wielkim oknem, z którego pięknie było widać plac przed pałacem. Prawa ściana natomiast była kolejnym pasmem szerokich schodów.

Weszliśmy na górę. Ogromne drzwi z ciemnego dębu, za którymi kryła się kopuła, były zamknięte. Po prawej i po lewej stronie rozciągały się długie oraz ciemne korytarze.

Pchnąłem drzwi.

Komnata wewnątrz kopuły była kompletnie czysta. Biały marmur aż lśnił w blasku po południowego słońca. Wyposażenie wnętrza było jak nowe, wszystkie stoliki, krzesła. Jednak co przykuwało wzrok najbardziej, to złoty miecz wbity centralnie w marmur, na środku sali. A za nim, jak gdyby nigdy nic, znajdował się stół z wielkim fotelem za nim. Cała komnata była przeszklona, jednak iluzja, powodowała, że na zewnątrz wszystko wyglądało na marmur.

- Blade Anam… Ostrze Dusz. – odezwał się Gael.

- Czy to… Komnata króla? – zapytałem, rozglądając się z ciekawością po sali.

- Owszem. Znajdujemy się w prywatnej sali króla. Tej samej sali, w której Amelo zabił Iorwenna. Tej samej sali, w której zmarła Arkadia. – odparł Gael, wzdychając melancholijnie.

- Wiadomo co miało tutaj miejsce? – indagowałem, chodząc po sali.

Widoki z okien były naprawdę przepiękne. Można było stąd dostrzec Wyspę Nord. Okna również umożliwiały widok na cały las ciemnego dębu, oraz na dużą część Równin Argo.

- W dni dwudziestej trzeciej rocznicy śmierci Arkadii. Miało tu miejsce zdarzenie natury magicznej… Lokus, który znajduje się pod moim wiatrakiem, wykrył owo zdarzenie. Od razu po tym incydencie skontaktowałem się z Fotynem. Nie jestem magiem więc i nie chciałem sprawdzać tego na własną rękę. – odpowiedział spokojnym tonem.

- No cóż… Chyba czas się przekonać, co tu się tak naprawdę stało. – rzekła lekko znudzona Aleksandra.

Wykonałem szybki ruch ręką. Zgiąłem środkowy palec, ustawiłem odpowiedni kąt pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym. Przekręciłem dłoń o dziewięćdziesiąt stopni.

Nic się nie stało.

- Czyli jednak… No dobra. Czas użyć magii złożonej. – oznajmiłem beznamiętnym tonem.

- Nochdadh Osynlig…

Po pokoju rozeszła się ledwo widoczna niebieska łuna, przypominająca falę uderzeniową. Nagle, tysiące malutkich i świecących punkcików rozeszło się po komnacie. Obiekty te przypominały świetliki. Większość krążyła bez powodu, błądziła. Jednak część z nich zaczęła się skupiać w jednym miejscu. Po chwili wszystkie znajdowały się kilka metrów od drzwi. Punkciki ułożyły się na kształt koła, oraz zaczęły emitować czerwoną barwę.

- Wygląda na to, że co daty nie możemy mieć wątpliwości. To… coś, rzeczywiście miało miejsce trzy dni temu. Jednak… Ognisko magii… Nie mam pojęcia co może spowodować tak punktowe skupienie energii. – powiedziałem, lekko zdezorientowany.

- Jedynie portal, mógłby przybrać formę tak skupionego ogniska. – odparła Aleksandra, krążąc dookoła świetlików.

- Lecz nie stacjonarny… W tej komnacie takiego nie ma. – orzekłem skonfundowany.

- Może powinniśmy się przekonać? – zapytała, poprawiając swoje włosy.

Zgiąłem serdeczny i mały palec przy knykciu. Zacząłem powoli zmniejszać kąt pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym.

Szybko wyprostowałem wszystkie palce, i pchnąłem dłonią w powietrzu.

Żaden portal się nie otworzył.

- Tak jak mówiłem. Teraz naszą główną zagwozdką jest, kto dostał się tutaj za pomocą magii. Gwoli ścisłości… Nikogo z Kręgu tutaj nie było?

- Nie… Bracia i siostry nie przemieszczają się za pomocą osobistych portali. A nawet jeżeliby chcieli… To Krąg ma pewien rodzaj tarczy, uniemożliwiający postawienie osobistego portalu. – odpowiedziała zmieszana Aleksandra.

Drzwi do komnaty otworzyły się z hukiem. Do pokoju wparowało pięć osób ubranych w czarne, bojowe stroje. Wszyscy byli zgoleni na łyso oraz wszyscy mieli czarny tusz przy oczach. Jednak jeden z nich odznaczał się jednym detalem. Stojący po środku osobnik miał na poziomie mostka biały herb, z głową jakiejś kobiety w środku. Wszyscy wyciągnęli miecze. Odpowiedzieliśmy tym samym. Zaczęliśmy taniec śmierci.

Jeden zaczął na mnie szarżować. Był ewidentnie czymś pobudzony, ponieważ w jego ruchach nie było gracji, jedynie zwierzęcy gniew. Sparowałem kilka ciosów, później wykonałem półpiruet a następnie atak z doskoku. Przeciwnik sparował. W między czasie dobrał się do mnie drugi delikwent. Moja walka przypominała teraz balet aniżeli bój. Ewentualne parowanie ciosów, przeplatałem z długimi seriami piruetów i skoków. W końcu jednak jeden z nich popełnił błąd. Człowiek znajdujący się za mną wykonał zbyt mocny zamach, przez co stracił równowagę i poleciał do przodu. W ten czas wykonałem szybki piruet i wziąłem szybki zamach. Końcówka ostrza przejechała po jego boku, poczynając od biodra a kończąc na ramionach. Drugi, gdy zobaczył tę scenę, mocno się wkurzył. Zaczął znowu mnie szarżować. Znowu sparowałem kilka ciosów, jednak tym razem przyjąłem inną taktykę. Poczekałem, aż przeciwnik straci równowagę. Nie trzeba było długo czekać, gdyż jego ataki opierały się na doskakiwaniu do mnie.

Los chciał, że akurat, gdy stracił równowagę, stał w jednej linii z jednym ze swoich kolegów. Wykonałem szybki doskok i pchnąłem mocno mieczem przed siebie. Miecz przeszył oba ciała. Zostało już tylko jeden, gdyż Aleksandra uporała się ze swoim przeciwnikiem. Gaelowi jednak, trafił się chyba najtrudniejszy przeciwnik. Był nim człowiek z herbem na piersi.

Zbliżyłem się do niego, tak samo jak Aleksandra. Otoczyliśmy go, jednak ten szybko wyrwał się z potrzasku. Kopnął Gaela w brzuch, oraz odrzucił Aleksandrę szybkim czarem.

Rzucił się na mnie, pełny nienawiści. Jego zamachy były mocne, jednak pełne finezji. Widać, że kontrolował przepływ adrenaliny. Teraz mogłem jedynie parować jego ciosy, chociaż nawet to było męczące.

Aleksandra oraz Gael się nie podnosili. Wykonałem szybki ruch ręką. Czar, nie odepchnął mojego przeciwnika, jedynie bardziej go wkurwił.

Wziął potężny zamach. Trafił mnie, na szczęście tylko w ramię, jednak rana krwawiła prze potwornie.

Odskoczyłem od niego. Obliczyłem, że mam około pięciu minut do momentu, gdy stracę przytomność. A to wszystko w najlepszym wypadku. Przybliżyłem się do wroga. Znowu zacząłem parować jego ciosy, w celu znalezienia jego słabego punktu. Po minucie parowania i robienia piruetów znalazłem.

Zamarkowałem stratę równowagi. Pochyliłem się mocno w prawo. Przeciwnik wziął potężny zamach z mojej lewej strony.

Wykonałem szybki piruet, doskoczyłem bliżej niego. Wziąłem szybki zamach.

Przeciąłem mu szyję, przechodząc centralnie pod jego ciosem.

Zauważyłem, że Aleksandra zaczęła się poruszać. Podbiegłem do niej ostatkiem sił. Uderzyłem o podłogę jak martwy, w połowie drogi.

***

- Gael pójdź już spać… Naprawdę. Zajmę się nim. Możesz mi ufać. – powiedziała spokojnym tonem Aleksandra, głaszcząc mnie po czole.

Znajdowałem się w jakimś okrągłym pomieszczeniu z drewnianym sufitem. Przy okazji warto napomnieć, że leżałem, mocno oszołomiony.

- Eh… No dobra. Jak coś to wołaj. – odparł zawiedziony, wychodząc pokoju.

- Wiatrak Gaela? – zapytałem cichym, obolałym głosem.

- KURWA! – krzyknęła przestraszona Ola.

- Co się stało? – zapytał z dołu Gael.

- Nie… Nie. Nic się nie stało. – odparła powstrzymując śmiech. Przyłożyła otwartą dłoń do moich ust. – Nie strasz mnie tak… - dodała ciszej.

- Możesz odpowiedzieć na moje pytanie? – zapytałem zza dłoni.

- Tak… To wiatrak Gaela… Jego dom. – odpowiedziała śmiejąc się. Jej uśmiech był najpiękniejszą rzeczą na świecie. – Możesz wstać? – dodała po chwili, rozglądając się po pokoju.

- Czas się przekonać.

Spróbowałem wstać. Udało się, jednak moje ruchy były naprawdę powolne. Rozeznałem się po pokoju. Ściany były stworzone z szorstkiego, białego betonu. Na ścianie naprzeciwko łóżka, mieściło się długie lecz wąskie okno. Podszedłem do niego, w akompaniamencie skrzypiącej podłogi.

Na zewnątrz rozpętała się burza. Głuchy dźwięk kropli odbijających się od szkła, wypełniał pokój.

Komnata była wyposażona w podwójne łóżko oraz dwa stoliki nocne. Nad łóżkiem wisiał wielki obraz, przedstawiający Równiny Agro.

Dotknąłem swojego prawego ramienia. Dopiero teraz zauważyłem, że bandaże przechodzą mi przez całą klatkę piersiową. Natomiast samo ramię bolało jak skur… Bardzo bolało.

- Może lepiej się połóż. – powiedziała Aleksandra, schodząc z łóżka. Podeszła do mnie, była bardzo blisko mnie. Była również o głowę niższa ode mnie.

- To jest mój pokój? – zapytałem, spoglądając w jej zielone oczy.

- Nasz. – odpowiedziała, z lekkim uśmiechem.

***

- Bałam się… Bałam się, że umrzesz. – powiedziała, leżąc koło mnie. Zaczęła nieśmiało bawić się moimi włosami.

Leżałem cicho.

- Co się stało, gdy zemdlałem? – zapytałem, spoglądając w jej ciemno szmaragdowe oczy.

- Gael i ja akurat przebudziliśmy się w porę. Stworzyliśmy prowizoryczny bandaż z kawałków moich spodni. Później Gael zaniósł cię na plecach przez las. Dopiero w „mieście” się ze mną zamienił. Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak cholernie ciężki jesteś…

- Przepraszam…

- Nie dokończyłam. – oznajmiła, przykładając swój palec do moich ust. – Wracając. Szliśmy przez miasto, Gael cały czerwony, ja w zbroi i majtkach, w dodatku z tobą na plecach. Wyglądaliśmy idiotycznie. Ale… W końcu, weszliśmy do jego domu. Dostałam jakieś tam spodnie, Gael zmienił ci opatrunek… I tak sobie leżałeś przez parę godzin.

- Są przynajmniej wygodne? – zapytałem. Aleksandra spojrzała na mnie dziwnie. – Te spodnie. – dodałem pospiesznie.

- Nie narzekam. – odpowiedziała obojętnie. – Czekaj… Co chcesz przez to powiedzieć?

- Nic.

- Dobrze wiem, że chcesz coś powiedzieć.

- Nic naprawdę.

- Powiedz.

- Nie…

- Natychmiast.

- Nic.

- W tej chwili.

- Lepiej wyglądasz bez spodni.

- Miałam nadzieję na coś bardziej wymyślnego.

- Czasami bywam zawodzący.

- Bardzo rzadko. – odparła cichym, ledwo słyszalnym głosem. Przewróciła się na drugą stronę. Objąłem ją lekko. Aleksandra przybliżyła się.

- Dobranoc Ant. – powiedziała, podniecającym głosem.

- Dobranoc.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania