Krąg - Rozdział 11 (Część Pierwsza) - Preludium

Słońce powoli wschodziło z nad horyzontu. Na niebie nie było ani jednej chmury. W łóżku obok mnie, ku mojemu dużemu zaskoczeniu, leżała Aleksandra.

Kosmyki włosów spadały jej na twarz, przesłaniając oczy. Delikatnie zacząłem poprawiać jej fryzurę, zakładając jej włosy za uszy.

Na jej twarzy pojawił się subtelny uśmiech. Przybliżyła się do mnie.

- Co się stało? – zapytałem lekko przejęty.

- Nie mogłam spać… Więc przyszłam do ciebie. – odpowiedziała uśmiechnięta. Można było wyczuć zmęczenie w jej głosie.

Leżałem, patrząc się na sufit. Aleksandra głośno westchnęła.

- Hm? – zamruczałem, odwracając wzrok w jej stronę.

- Jak długo będziesz udawał, że między nami nic nie ma? – zapytała lekko poirytowana.

- A udaję?

- Takie pytania jedynie mnie utwierdzają…

- Ola.

Popatrzyła się na mnie z lekkim przerażeniem.

- Porozmawiamy o tym, ale proszę cię… Nie teraz.

Usłuchała się. Obrażona wyszła z łóżka.

Była półnaga. Jej zgrabne ciało podnieciło mnie. Nie miała na sobie biustonosza, przez co minimalna część, a raczej obrys jej jędrnych piersi był ledwo widoczny zza jej pleców. Jej skąpe majtki jedynie podkreślały kształt jej okrągłej pupy.

Oczywiście, że była boso.

***

Po kąpieli oraz goleniu, pierwsze co zrobiłem to ubrałem zbroję, której używałem w Kręgu.

Już dotykając materiału, z którego zbudowany był pancerz, doznawałem pewnego rodzaju deja vu.

Zacząłem wspominać moje treningi z Fotynem, te nieprzespane noce spędzone na czytaniu książek.

Przypomniała mi się moja pierwsza poważna misja na terenie Równin Agro.

Rozległo się pukanie do drzwi.

Słońce widoczne zza strzelistego okna sypialni zbliżało się do zenitu.

Musieliśmy wyjeżdżać.

***

- Teleportujecie się do Vende. Do Krainy Stu Ośmiu Wodospadów. Na miejscu spotkacie się z drużyną, która zaprowadzi was do rezydencji Kristoffa. – opowiadał zawzięcie król.

Weszliśmy do rozległego ogrodu, znajdującego się po lewej stronie pałacu.

Woń kwiatów była bardzo silna. Trawa, po której stąpaliśmy, była krótko oraz precyzyjnie ścięta.

- Cieszcie się tym widokiem. To już ostatnie dni, kiedy będziecie mogli zobaczyć te kwiaty w całej swojej okazałości. – oznajmił przestrzegawczo monarcha. – O ile to nie jest ostatni dzień. Od południa, przez następne kilka dni, będzie tu padał śnieg.

Kolorowość tego miejsca była w pewnych momentach aż przytłaczająca. Pewnego rodzaju odważnikiem były w takim razie marmurowe filary, altany lub posągi. Cokolwiek by to nie było, było koloru białego, co nadawało pewnej surowości.

Po kilku chwilach wędrówki, znaleźliśmy się przed szkieletem portalu. Aleksandra bez zawahania odpaliła go gestem rękoma.

- Powodzenia. – powiedział beznamiętnie król.

Weszliśmy bez chwili namysłu.

***

Kraina Stu Ośmiu Wodospadów stała przed nami otworem. Dolina ta była długa oraz kręta. Strome oraz co najważniejsze łyse zbocza otaczających ją gór, kontrastowały z pięknem przyrody w dolinie.

Wszechobecny szum opadającej wody był zadziwiająco kojący, gdyż natężenie hałasu nie było, aż tak dekoncentrujące.

Rejon był naprawdę malowniczy. Wszystko tutaj zdawało się tętnić życiem.

Co było jednak zaskakujące to ilość domów, która była zatrważająco mała. Była to wręcz sytuacja lekko paradoksalna, zważając na stan oraz ilość dróg, które prezentowały się o wiele lepiej od tych znajdujących się w pomniejszych miastach.

Zeszliśmy ze wzgórza, na którym znajdował się portal. Na dole czekała na nas drużyna, o której wcześniej wspominał król.

Wszyscy byli ubrani w grube, czarne zbroje wykonane z dziwnego materiału, którego faktura była mocno pofałdowana.

Pięcioosobowa grupa przywitała nas skromnymi skinieniami. Odpowiedzieliśmy z Aleksandrą tym samym.

- Zaczyna się wspaniale. – rzekła kąśliwie Ola.

Uśmiechnąłem się do niej lekko. Ta przygryzła swoją dolną wargę.

- Przed nami półgodziny marszu. – zaczął dumnie jeden z nich. Jego głos był bardzo głęboki, wręcz aksamitny. – Ruszajmy. – dodał, prowadząc kolumnę.

Początek podróży był niebywale niezręczny. Dosłownie nikt się nie odzywał.

Aleksandra zwęszyła okazję do rozmowy, gdy tylko jeden z nich zaczął wygwizdywać jakąś prostą melodię.

- O czym rozmawialiście wczoraj z królem? – zapytała widocznie zaciekawiona, patrząc się w moją stronę.

- O naszej przyszłości. – odpowiedziałem beznamiętnie.

- A jaka to nasza przyszłość?

- Ta, w której zostajemy mistrzami magii, a w konsekwencji członkami Rady Magów.

- To wszystko? – zapytała z niedosytem w głosie.

- Nie… Do tego dochodzi jeszcze dom w Vende.

Na twarzy Aleksandry pojawił się ogromny uśmiech.

***

Rezydencja stała przed nami otworem. Ogromny budynek był pełen majestatu. Trzypiętrowa budowla wyglądała bardziej jak budynek sejmu aniżeli dom. Co odróżniało ją innych posiadłości, to ogromna ilość arkad oraz strzelistych okien.

Na terenie posesji hrabi Kristoffa nie było ani jednej żywej duszy, przynajmniej na to wyglądało.

Drużyna zatrzymała się przed domem, my z Aleksandrą natomiast weszliśmy na teren rezydencji.

- Nie wchodzicie? – zapytałem zdziwiony.

- Dostaliśmy rozkaz czekania. – odpowiedział jeden z nich.

Szliśmy nie oglądając się za siebie.

***

Wchodząc do pokoju gościnnego, spodziewałem się spotkania z Kristoffem. Tak jednak nie było. Ogromna sala, pełna myśliwskich trofeów zawieszonych na ścianach wiała pustką. Wielki żyrandol, zawieszony wysoko nad naszymi głowami był jednak zaświecony. Kristoff musiał się tutaj znajdować.

Aleksandra poszła go szukać piętro wyżej, gdy ja zająłem się przeczesywaniem ogrodu.

Trawa tutaj była koloru ciemnozielonego, a roślinność nie należała do tych najbardziej rozmaitych. Co jednak było ciekawym zabiegiem estetycznym to fakt, że przez większość skweru przepływała drobna rzeczka.

Postanowiłem kierować się jej nurtem.

Po kilkudziesięciu sekundach drogi, ominąwszy uprzednio parę pomniejszych drzew oraz skupisk kamieni dotarłem do końca strumienia, który swoje miejsce miał w malutkim stawie, pośrodku zagajnika.

- Witaj Anterze. – odezwał się Kristoff. Siedział w drewnianej altanie, która znajdowała się po mojej lewej stronie. – Jak się sprawy mają w stolicy?

- Zadziwiająco dobrze… - odpowiedziałem, zachowując spokój.

- Jak u króla? – indagował, wstając majestatycznie. Jego postura była godna podziwu.

- Po staremu. – oznajmiłem lodowato.

Kristoff wyszedł z altany. Poprawił swój płaszcz, tym samym odsłaniając swój pas. Na jego prawym biodrze znajdowała się pochwa z mieczem w środku.

Głos butów stukających o marmurową podłogę znajdującą się wokół altany stał się coraz bardziej wyrazisty.

- Widzę, że przyszedłeś przygotowany. – powiedziałem lekko sarkastycznie.

- Wszystko było częścią większego planu.

- Oprócz części, w której prawda wychodzi na jaw.

- Ależ wy jesteście głupi. Wszystko wydaje wam się takie… Oczywiste, gdy tylko idzie po waszej myśli. Jeżeli coś już się zgadza z twoją koncepcją świata, to musi być to całkowita zgodność. Nigdy, ale to przenigdy, nie jesteście gotowi na wyjątek od reguły… Ale, przecież to wy wymyśliliście tę grę.

Zatoczyliśmy pierwsze koło. Staliśmy naprzeciwko siebie. Nerwowość sytuacji wzrastała z każdą sekundą.

- Anter… - kontynuował Kristoff. – Dołącz do nas. Stań po odpowiedniej stronie barykady. Stań po stronie Zakonu. Pomóż nam odbudować świat, taki jakim był setki lat temu…

- Jaki on był setki lat temu? – zapytałem udając zdezorientowanie.

- Był piękny, surowy. Był światem, gdzie magia nie była pospolitą siłą.

- Jesteście bandą hipokrytów… Używacie magii by zniszczyć magię.

- Nie… Po prostu używamy najskuteczniejszych narzędzi.

Ruszyłem do ataku jako pierwszy. Szybkim ruchem wyciągnąłem miecz z pochwy, która znajdowała się na moich plecach.

Wziąłem ogromny zamach, kierowany na głowę Kristoffa, jednak ten jakimś cudem ominął mój cios.

Za mocno się pospieszyłem, jeżeli chodzi o ofensywę. Przez ten cały pośpiech prawie wylądowałem na twarzą na jednym z wielu drewnianych filarów altany.

- Zastanów się Anter. Myśl. – opowiadał Kristoff, stojąc centralnie za mną.

- Zamknij się! – krzyknąłem pełen gniewu.

Uśmiech na twarzy Kristoffa był coraz szerszy oraz szczery. Szydził ze mnie. Moje myśli z jakiegoś powodu skupiły się na Aleksandrze oraz na tym co może teraz robić. Nie było jej na horyzoncie. Nie słyszałem miękkiego stąpania butów o trawę w oddali.

Wziąłem kolejny zamach. Szlachcic znowu go wyminął zgrabnym ruchem.

- Walcz!

- Wiem, że cię nie pokonam.

Kolejny zamach. Kolejny unik. To był męczący taniec. Wkurwiłem się.

Zgiąłem mały palec. Ustawiłem kąt siedemdziesięciu stopni pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym. Skupiłem się.

Wiązka ognia, która poleciała z mojej dłoni była największą, jaką do tej pory udało mi się uzyskać. Kristoff jednak nie drgnął. Jedynie zasłonił się płaszczem, który najwyraźniej go chronił.

Próbowałem jeszcze kilku innych zaklęć jednak te odbijały się od płaszcza Kristoffa.

- Jak… Jak? – pytałem z niedowierzania.

- Dołącz do nas. Stań po wygranej stronie.

- Zamknij ten pysk!!!

Wykonałem serię mocnych zamachów. Te jednak zamiast trafić mojego oponenta, jedynie bardziej mnie zmęczyły.

Byłem już naprawdę wkurwiony.

W oddali usłyszałem huk otwieranych drzwi.

- Anter! – krzyczała z drugiego końca ogrodu Aleksandra. W końcu nas usłyszała.

- Dołącz do nas chłopcze. – pierdolił Kristoff. Miałem go już naprawdę dość.

Aleksandra zbliżała się do nas w zawrotnym tempie.

Wziąłem ostatni zamach. Tym razem jednak, pchnąłem ostrzem prosto w brzuch. Kristoff specjalnie nie odskoczył.

Ola dołączyła do nas.

- Coś ty zrobił? – zapytałem zdezorientowany.

- Wyprowadziłem cię z równowagi. Dobrze wiesz, że nie musiałeś mnie zabijać. – zaczął szlachcic. – Teraz zasiałem w tobie ziarno niepewności. Od teraz będę cię prześladować. Wypełniłem swoje zadanie… Anter… Nastał czas Lotosu.

Z perspektywy czasu wiem, że ziarno to bardzo szybko wykiełkowało.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania