Krąg - Rozdział 7 - Tuama

Dochodziła godzina dwudziesta druga, kiedy wchodziłem do sali treningowej. Miałem ochotę poćwiczyć jeszcze na wahadle, co było rzeczą dość niespotykaną, patrząc się na to, z jaką łatwością przychodziło mi to ćwiczenie. Zazwyczaj byłem stronnikiem ćwiczenia rzeczy trudnych, mimo mojej frustracji, kiedy coś mi nie wychodziło. Był to jakiś naturalny pociąg, pomieszany z paradoksem. Jednak dzisiaj postanowiłem powrócić do korzeni. Tym bardziej, że miałem zalecenia od Fotyna, bym poćwiczył na wahadle nad moją równowagą.

Przejście. Unik. Odbicie.

Polecenia Fotyna, odbijały się echem w moich uszach, gdy unikałem kolejnych kłód mahoniowego drewna. Postanowiłem podwiesić aż trzy wahadła, jednak i takie utrudnienie nie sprawiało mi jakiś wielkich trudności.

Odbicie. Przejście. Odskok. Półpiruet.

***

Minął rok odkąd dołączyłem do Kręgu.

Moja relacja z Aleksandrą dalej się rozwija. Nie puszczę słów na wiatr, jeżeli powiem, że zaczyna mi na niej zależeć. Moja relacja z Fotynem, zaczęła powoli przypominać tą jaką dzieliłem z Janem.

Najważniejszą rzecz zostawiłem na koniec. Przeszedłem szkolenie.

***

- Imię? – zapytała starsza pani, znajdująca się po drugiej stronie biurka.

Siedziałem w gabinecie Urzędu Państwowego Yornem. Cała sala była wykończona ciemnym dębowym drewnem, a jej kształt był idealnie kwadratowy. Z nisko zawieszonego sufitu, schodził malutki żyrandol. Cała komnata była wypełniona regałami książek. Podłoga była wykonana również z czarnego dębu, jednak po środku sali rozpościerał się czerwony dywan. Biurko, przy którym siedzieliśmy, znajdowało się naprzeciwko wejścia.

- Anter. – odpowiedziałem, po chwili zamyślenia.

- Nazwisko? – indagowała przyjemną dla ucha manierą głosu.

- Nieznane, nie posiadam. – odpowiedziałem automatycznie, rozglądając się po pokoju. Kobieta po usłyszeniu moich słów, wyciągnęła pieczęć i wcisnęła ją w miejsce, gdzie miało się znajdować moje nazwisko.

- Imię ojca?

- Nieznane.

- Imię matki?

- Nieznane.

- Imię dotychczasowego opiekuna?

- Jan.

- Rok urodzenia?

- Tysiąc trzysta siódmy.

Po kilku minutach dalszego przepytywania, w końcu wyszedłem z pokoju z potrzebną dokumentacją.

Budynek Urzędu Państwowego Yornem, znajdujący się w Nome, był pełen przepychu. Połączenie białego marmuru z jasnoniebieskim dawało uczucie bogactwa. Budowla składała się z dwóch pięter, z czego parter był sferą załatwiania dokumentów dla pospólstwa. Pierwsze piętro, było bardziej krużgankiem wewnątrz budynku, prowadzącym do kolejnych pokoi, w których wyżej postawieni mieszkańcy mogli wyrobić potrzebne im dokumenty. Wejściem na pierwsze piętro były ogromne schody, wyłożone czerwonym dywanem. Cała budowla dawała wrażenie bardziej otwartej niż w prawdzie była. Wszystko tutaj było zrobione nad wyraz, poczynając od złotego żyrandola, po drogocenne ozdoby, jak marmurowe popiersia lub posągi królów.

Wyszedłem z budynku, przepychając się przez masy ludzi.

Przy wyjściu stała Aleksandra, ubrana w perłowo biały płaszcz. Jej czarne, proste włosy, opadające na ramiona, pięknie kontrastowały z płaszczem. Jednak jak mówią, ładnemu we wszystkim ładnie.

Pogoda jednak nie sprzyjała nam tego dnia. Mocno zachmurzone niebo zwiastowało zbliżającą się burzę.

- Masz wszystko? – zapytała chłodno.

- Mam wszystko. – odparłem ze znudzeniem, oglądając widoki.

Budynek Urzędu, znajdował się na wzniesieniu, z którego pięknie było widać panoramę miasta. Uwagę przykuwał wielki pusty plac, znajdujący się trochę w oddali, którym był rynek. Na środku znajdował się wielki posąg króla Amela Drugiego Wielkiego. Jednak z tej odległości był ledwo widoczny.

- Zabierajmy się stąd – zaczęła, schodząc po schodach. – Fotyn na nas czeka. – dodała, ponaglając mnie ręką.

***

- Jutro wczesnym ranem wyjeżdżacie – zaczął Fotyn, stojąc plecami do nas. Znajdowaliśmy się w Sali Egza, a dokładniej mówiąc w prywatnej części tej sali, przeznaczonej wyłącznie dla Fotyna. Sam mag, wyglądał przez wielkie okno.

Na zewnątrz rozpętała się burza. Głuchy dźwięk kropli deszczu, odbijających się od szkła, wypełniał salę.

- Udacie się do Banu, na północ. Spotkacie się tam z naszym łącznikiem, który wyjaśni wam szczegóły misji. – dokończył, odwracając się w naszą stronę.

- Trafiamy do Banu za pomocą portalu? – zapytała zaniepokojonym głosem Aleksandra.

- Naturalnie. – odpowiedział mag, uspokajającym tonem.

- Czego będzie dotyczyć misja? – zapytałem, spoglądając na Aleksandrę. Jej twarz była kompletnie beznamiętna.

- W okolicach Banu… Dokładnie na jego wschodnich rubieżach. Wykryto… Pewien magiczny ewenement.

- Kolejne przebudzenie?

- Nie wiemy jeszcze. Dlatego wysyłam was… Zwiadowców. – oznajmił, beznamiętnym tonem. – Idźcie się przespać. – dodał, odwracając się w stronę okna.

Wyszliśmy bez słowa.

***

- Przejmujesz się? – zapytała empatycznym tonem głosu.

Byliśmy akurat w moim pokoju. Nie mam kompletnego pojęcia dlaczego, jednak tak się złożyło.

- Sam nie wiem. – odpowiedziałem wzdychając, jednocześnie leżąc na łóżku oraz wpatrując się w sufit.

- Wyglądasz jakbyś się przejmował. – oznajmiła, rozsiadając się wygodniej w fotelu, znajdującym się naprzeciwko łoża.

- Po prostu nie wiem z czym będę miał do czynienia. To mnie jedynie martwi. – odparłem znużony, przecierając oczy.

- Fotyn też nie ma pojęcia, ja również. Jutro dowiemy się szczegółów. – powiedziała, wyciągając swoje stopy na ramę łóżka. – Nie przejmuj się tym aż tak. – dodała, uśmiechając się.

- Jest jeszcze jedna sprawa – zacząłem, zmieniając pozycję na siedzącą. Oparłem się o ścianę przy łóżku. – Ostatnio znowu nie mogę spać. Znowu się budzę w środku nocy. Słysząc głosy, krzyki. – dokończyłem. Patrzyliśmy sobie głęboko w oczy. Z każdą kolejną sekundą, czułem się jakbym się zbliżał do Aleksandry. Przy niej czułem się… Bezpiecznie.

Aleksandra wstała z fotela, usiadła obok mnie, na łóżku.

- Rozmawiałeś o tym z Fotynem? – zapytała, trzymając moją dłoń.

- Nie, nie rozmawiałem.

- Powinieneś…

- Kiedy indziej…

- Nie dokończyłam – rzekła, kładąc swój palec na moich ustach. – Nachyl się.

- Po co?

- Po prostu to zrób.

Usłuchałem.

- Tha gaol agam ort… - szepnęła czule.

***

Tej nocy nic mnie nie wybudziło, co było miłą odskocznią od ostatnich dni. Obudziłem się w tej samej pozycji, w której zasnąłem, czyli siedząc na łóżku. Po wybudzeniu się, popatrzyłem na zegar. Zgadywałem, że jeszcze miałem około godziny do wyjazdu.

Zrobiłem kilkadziesiąt pompek, przygotowałem mój miecz, wraz z innymi częściami ekwipunku.

Szybko się umyłem oraz ogoliłem. Ściągnąłem moje codzienne ciuchy i założyłem strój zwiadowcy. Zestaw składał się z brązowych, skórzanych oraz wysokich butów, ciemnych, trochę ciasnych spodni, które wchodziły do wewnątrz buta. Spodnie same w sobie były umocnione twardym materiałem na kolanach. Na górę zakładało się ciemną, lekką zbroję. Dla wykończenia, zakładaliśmy jeszcze biały płaszcz.

Po około trzydziestu minutach byłem gotowy.

Wyszedłem z mojej kwatery, uprzednio ją uporządkowując.

Na korytarzu stała, oparta o ścianę Aleksandra. Miała na sobie to samo ubranie, jedynie w wersji bardziej damskiej. Wyglądała olśniewająco, jak najpiękniejsza kobieta na świecie.

- Dzień dobry – powiedziała entuzjastycznie. – Jak się spało? – dodała, z uśmiechem.

- Co to było? To z ostatniej nocy? – zapytałem lekko zdezorientowany.

- Elfia magia. – odpowiedziała uśmiechnięta. – Taka… Mała sztuczka. – dodała, namiętnym głosem.

***

Staliśmy na końcu korytarza. Na ścianie znajdował się obrys portalu, który w tym momencie był wygaszony. To był ten sam portal, do którego zostałem wepchnięty rok temu, ten sam, z którego wypadłem.

- Jesteście gotowi? – zapytał chłodnym tonem Fotyn. – Pamiętajcie. Macie się skupić na misji. – dodał, włączając portal.

Przed naszymi oczami, na białym marmurze, ukazała się pustka. Z pustki wydobywały się głuche dźwięki.

- Gotowi.

Przeszliśmy przez portal.

***

Przetransportowało nas do jakiejś małej jaskini. Było w niej cholernie ciemno. We wnętrzu pachniało żelazem. Najbliższe źródło światła znajdowało się około pięćdziesięciu metrów od nas, a było nim wyjście z jaskini.

Wyszliśmy.

Naszym oczom ukazały się Równiny Agro. Kraina rozległych pól pszenicy oraz białych wiatraków. Wszystko to okraszone górską scenerią, oddaloną od równin o wiele kilometrów. Same równiny były dość nierówne. Już z daleka było widać, że pola oraz wiatraki znajdują się na różnych wysokościach. Pomiędzy polami, powolnym tempem przepływały małe rzeczki.

Po lewej stronie, wypiętrzały się wysokie góry, z których stoków, spływały wodospady. Po prawej stronie rozpościerał się ogromny dębowy las.

Powietrze było przyjemnie ciepłe. Niebo było lekko zachmurzone. Co jednak mnie zastanawiało, to to, że na horyzoncie nie widziałem żadnego miasta.

- Gdzie jest to całe „Banu”? – zapytałem, oglądając widoki.

- Banu, to nie jest miasto per se. Banu to pola i wiatraki, które widzisz. – odpowiedziała entuzjastycznie Aleksandra, lekko przymrużając oczy.

- To jak oni tutaj żyją?

- W wiatrakach. Jeden wiatrak może być karczmą, inny warsztatem rzemieślnika a kolejny po prostu domem.

Zeszliśmy z podwyższenia, na którym mieściła się jaskinia.

Weszliśmy na ubitą ścieżkę. Droga miała kolor lekko żółtawy. Wyglądała trochę jak wyblakły piasek.

- Tutaj! – krzyknął, nieznany nam człowiek. Podejrzewaliśmy, że był to nasz łącznik.

Łącznikiem okazał się mężczyzna. Na oko miał trzydzieści parę lat. Miał krótko obcięte, brązowe włosy oraz dość potężny zarost, tego samego koloru. Jedna rzecz natomiast rzucała się w oczy. Człowiek nie posiadał nosa.

Mężczyzna był ubrany w ciemne szaty, z widocznymi wzmocnieniami na kolanach oraz łokciach.

- Jestem Gael. – powiedział, lekko zdyszany.

- Jestem An…

- Znam wasze imiona. – oznajmił stanowczo. – Chodźcie za mną. – dodał, odwracając się do nas plecami.

- Można wiedzieć, gdzie dokładnie idziemy? – zapytałem z dozą niepewności.

- Do grobowca Iorwenna.

Droga do tego owianego legendą miejsca była kręta. Przechodziliśmy przez dębowy las. Zapach jaki unosił się tutaj w powietrzu, od razu przypomniał mi o Svalbred. Mieszanina aromatów ściółki leśnej z mokrą korą drzewną, był niesamowity. Piękna symfonia ćwierkających ptaków rozgrywała w oddali.

Po kilku godzinach wędrówki, w końcu wyszliśmy z lasu. Naszym oczom ukazał się cel podróży.

Przez nazwę grobowiec, wyobrażałem sobie raczej jakieś wielkie pogorzelisko, ewentualnie jakaś jaskinię. Co prawda, nigdy nie widziałem ani jednego obrazu przedstawiającego to miejsce, a wszystkie opisy tego obszaru, traktowały raczej o jego legendarności, niżeli jego wyglądzie.

Wracając do meritum. Grobowiec ten okazał się wielkim, opuszczonym pałacem.

Strzeliste, w połowie zapadnięte wierze oraz zniszczona kopuła głównej sali budowli, dawały poczucie grozy. Cały pałac był zbudowany z dziwnego białego materiału, który zdążył się mocno ubrudzić i wyblaknąć. Belweder był otoczony zniszczonym murem. Jedynym wejściem, był ledwo utrzymujący się most. Całość efektu potęgował fakt, że fosa, która stała przed budowlą, zdążyła zamienić się w jedno wielkie bagno. Wszystko wokół było obrośnięte liliami i mchem.

Niegdyś piękny pałac, naprawdę stał się grobowcem. Niegdyś miejsce rozstrzygnięcia Drugiej Wielkiej Wojny, teraz, kolejny upadły pałac.

-Witamy w Tuama Iorwenn.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Clariosis 8 miesięcy temu
    Witaj. :)
    Czytam od pewnego czasu historię, ale jakoś nigdy nie przychodzi mi do głowy żaden komentarz, najpewniej z powodu specyfiki opowiadania. Postanowiłam więc, że po prostu puszczę Ci szczegółową, długą recenzję gdy już skończysz całość, ale piszę ten komentarz byś wiedział, że ktoś tu jednak jest i czyta. Jeżeli chodzi o moje aktualne uczucia, na razie są mieszane, ale jednak nadal śledzę dalsze części, więc coś mnie tu musi mimo wszystko trzymać. Nad szczegółami, jak już wspomniałam, będę się rozpisywać na sam koniec, w długiej recenzji. :)
    Pozdrowionka!
  • fraaFili 8 miesięcy temu
    Dziękuję za komentarz :).

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania