Kroniki Elorien - Rozdział 11
Śmierć zwiadowcy całkowicie odmieniła atmosferę panującą w twierdzy. Jeszcze godzinę wcześniej większość mieszkańców miała nadzieję, że poszukiwania będą długie, żmudne i przede wszystkim bezpieczne. Teraz wszyscy wiedzieli już, że przynajmniej jeden z demonów nie zamierza ukrywać się w nieskończoność. Wieczorny posiłek zakończył się wyjątkowo szybko, a niedługo później Zheron ponownie wezwał młodych magów do sali narad.
Sala narad po raz kolejny wypełniła się światłem świec. Za oknami zapadła już noc, a kamienne mury twierdzy skutecznie tłumiły wszelkie odgłosy z dziedzińca. Na długim stole leżały rozłożone mapy okolicznych gór, szkice starych kopalni oraz raport sporządzony przez zwiadowców, którzy zaledwie godzinę wcześniej wrócili z nieudanego starcia. Atmosfera była zupełnie inna niż podczas poprzednich narad. Nikt nie zastanawiał się już, czy demony rzeczywiście opuściły portal. Teraz wiadomo było, że przynajmniej jeden z nich ukrywa się w opuszczonej kopalni srebra i potrafi zabić wyszkolonego człowieka.
Zheron przez chwilę milczał, wodząc wzrokiem po zebranych.
– Jutro o świcie wyślę do kopalni oddział magów twierdzy. Nie możemy pozwolić, aby to stworzenie pozostało tam na dłużej.
Lucien od razu wyprostował się na krześle.
– W takim razie my również wyruszymy.
Staruszek spojrzał na niego spokojnie.
– Nie.
– Dlaczego?
– Bo jeszcze wczoraj wysłałbym was na zwykły zwiad. Dzisiaj wiem już, że w tej kopalni znajduje się przeciwnik zdolny zabić jednym uderzeniem. To zasadnicza różnica.
– Właśnie dlatego powinniśmy tam pójść – odpowiedział Lucien. – Do tej pory poruszaliśmy się praktycznie po omacku. Teraz przynajmniej wiemy, czego możemy się spodziewać. Wiemy, że demon ukrywa się w ciemnych tunelach, wiemy, że jest bardzo silny i że nie wolno go lekceważyć. Jesteśmy przygotowani psychicznie na znacznie więcej niż kilka dni temu.
– Przygotowanie psychiczne nie zatrzyma rogów wielkiego demona.
– Nie zatrzyma. Ale pan sam uczył nas od początku pobytu w twierdzy, że największym błędem jest lekceważenie przeciwnika. My już go nie lekceważymy.
Zheron odwrócił wzrok.
– To wciąż za mało.
Tym razem odezwała się Kadir.
– Kapitanie, chciałabym zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz. Przez ostatnie dni uczyliśmy się tropienia demonów, analizowaliśmy ich ślady i sposób działania. Nie jesteśmy już grupą absolwentów, którzy dopiero opuścili szkołę. Oczywiście nadal brakuje nam doświadczenia, ale właśnie dlatego powinniśmy je zdobywać. Jeżeli za każdym razem najtrudniejsze zadania będą wykonywać wyłącznie starsi magowie, nigdy nie nauczymy się podejmować odpowiedzialnych decyzji w prawdziwych sytuacjach.
– Zdobywanie doświadczenia nie może odbywać się za cenę życia.
– Oczywiście, że nie. Ale doświadczenia również nie zdobywa się wyłącznie podczas ćwiczeń na dziedzińcu.
Bram, ku zaskoczeniu wszystkich, sam postanowił poprzeć jej słowa.
– Nigdy nie sądziłem, że będę namawiał kogokolwiek do wejścia do opuszczonej kopalni pełnej demonów, ale... Kadir ma rację. W obozie przez lata powtarzano nam, że praktyka jest równie ważna jak teoria. Jeśli teraz sami uznamy, że jesteśmy zbyt niedoświadczeni, to za rok znajdziemy kolejny powód, żeby zostać z tyłu. A za pięć lat nadal będziemy mówić, że jeszcze nie jesteśmy gotowi.
– Odwaga i upór to dwie różne rzeczy – odpowiedział Zheron.
– Wiem. Dlatego nie mówię, że chcę tam iść dla przygody. Szczerze mówiąc, wolałbym przespać cały jutrzejszy dzień. Ale skoro już tu jesteśmy, to chciałbym zrobić coś więcej niż oglądać raporty.
Na twarzy Zherona pojawił się cień uśmiechu, który jednak szybko zniknął.
Mag ziemii chwilę zbierał myśli.
– Nie przepadam za aktywnością. Nigdy nie przepadałem. Ale jeśli demon rzeczywiście ukrywa się w kopalni, to być może uda mi się wyczuć jego obecność wcześniej niż innym. Może pod ziemią szybciej coś zauważę.
– To rozsądny argument.
Laeria również zabrała głos, znacznie ciszej niż pozostali.
– Jest jeszcze ten list.
Zheron spojrzał na nią pytająco.
– Nie powinniśmy go traktować jak rozkazu. Wiem. Ale autor wyraźnie napisał, że to my mamy odnaleźć i wyeliminować te demony. Jeżeli rzeczywiście od początku nas obserwuje, to zapewne będzie wiedział, kto wszedł do kopalni. Jeżeli wyśle pan innych magów, może uznać, że nie podjęliśmy wyzwania.
– Naprawdę zamierzasz przejmować się zdaniem człowieka, który otworzył Portal Demonów?
– Nie. Ale przejmuję się tym, że najwyraźniej wszystko planuje z dużym wyprzedzeniem. Nie chciałabym dawać mu kolejnego powodu, by zrobił coś jeszcze bardziej nieprzewidywalnego.
W sali ponownie zapadła cisza.
Zheron przez dłuższą chwilę chodził powoli wokół stołu, nie odzywając się ani słowem. W końcu zatrzymał się przy oknie.
– Nie podoba mi się żaden z waszych argumentów.
Lucien westchnął.
– To chyba źle.
– Nie. To znaczy, że są dobre.
Odwrócił się w ich stronę.
– Macie rację. Doświadczenia nie zdobywa się wyłącznie podczas ćwiczeń. Macie rację, że od początku tej sprawy ktoś najwyraźniej próbuje wciągnąć właśnie was do swojej gry. I macie rację, że teraz jesteście znacznie lepiej przygotowani niż kilka dni temu.
Na twarzach młodych magów pojawiła się ostrożna nadzieja.
– Ale ja również mam rację.
Nadzieja natychmiast osłabła.
– Jutro wejdziecie do miejsca, którego nie znacie. Będzie tam ciemno, ciasno i niebezpiecznie. Przeciwnik doskonale wykorzystuje takie warunki. Nie zamierzam udawać, że to zwykła misja zwiadowcza.
Podszedł do jednej z szaf stojących przy ścianie i wyjął z niej stary szkic pancerza.
– Dlatego nie pozwolę wam tam wejść w takim wyposażeniu, jakie macie teraz.
Rozłożył pergamin na stole.
– Przed świtem zbrojmistrz przygotuje dla każdego z was lekką zbroję wykonaną specjalnie dla magów. Nie ogranicza ruchów ani rzucania zaklęć, ale znacznie lepiej chroni przed uderzeniami niż zwykłe szaty. Dostaniecie również runiczne lampy, które nie gasną od byle podmuchu, mocne liny, haki wspinaczkowe, zapas mikstur leczniczych oraz amulety ostrzegające przed nagłymi skokami energii magicznej.
Przesunął dłonią po mapie kopalni.
– Jeżeli już mam pozwolić wam wejść do tej kopalni, zrobię wszystko, aby zwiększyć wasze szanse na powrót.
Lucien skinął głową.
– Dziękujemy.
– Nie dziękuj mi jeszcze.
Głos Zherona ponownie stwardniał.
– Bo pozwalam wam tam pójść tylko dlatego, że uznałem wasze argumenty za rozsądne. Jedna lekkomyślna decyzja, jeden niepotrzebny popis, jedno zignorowane ostrzeżenie i natychmiast zawracacie do twierdzy. Nie interesuje mnie, jak blisko będzie demon.
Spojrzał przede wszystkim na Luciena, który tym razem nawet nie próbował protestować.
– To nie będzie sprawdzian odwagi. To będzie sprawdzian rozsądku. I radzę wam o tym pamiętać, zanim postawicie pierwszy krok w tamtej kopalni.
Ja zaś, siedząc jak zwykle wysoko pod sklepieniem sali, doszedłem do wniosku, że chyba po raz pierwszy od początku tej wyprawy obie strony miały rację. Młodzi magowie rzeczywiście potrzebowali prawdziwego doświadczenia. Zheron natomiast doskonale wiedział, że doświadczenie ma wyjątkowo wysoką cenę.
Reszta nocy upłynęła zaskakująco spokojnie. Po zakończeniu narady twierdza powoli wyciszała się, jakby nawet jej kamienne mury rozumiały, że następny dzień może okazać się znacznie trudniejszy od wszystkich poprzednich. Strażnicy zajęli miejsca na murach i w basztach, w kuźni dogasał ogień, a z dziedzińca stopniowo znikały ostatnie sylwetki żołnierzy wracających do koszar. Jedynie od czasu do czasu rozlegał się stukot okutych butów patrolu lub cichy głos strażnika meldującego zmianę warty.
Młodzi magowie również szybko rozeszli się do swoich pokoi. Nikt nie miał już ochoty na długie rozmowy ani planowanie kolejnych strategii. Wiedzieli, że wszystko, co mogli ustalić, zostało już powiedziane przy stole narad. Teraz pozostawało jedynie odpocząć.
Lucien jeszcze przez kilka minut siedział przy oknie swojej komnaty. Wpatrywał się w ciemne zarysy gór majaczących za murami twierdzy. Po raz pierwszy od rozpoczęcia wyprawy nie wyglądał na podekscytowanego. Raczej skupionego. Kilkukrotnie wyciągał dłoń i pozwalał niewielkim płomykom tańczyć pomiędzy palcami, lecz nie robił tego dla popisu. Powtarzał dobrze znane ruchy, jakby chciał uspokoić własny umysł. Ostatecznie zgasił ogień, odłożył medalion na stolik i położył się spać znacznie wcześniej niż zwykle.
Zhana wykorzystała ostatni wieczór w nieco bardziej praktyczny sposób. Jeszcze raz sprawdziła zawartość plecaka, uporządkowała fiolki z miksturami, dokładnie obejrzała swój kostur i wymieniła skórzany rzemień mocujący pochwę z krótkim nożem. Wszystko miało swoje miejsce. Wszystko było przygotowane. Dopiero wtedy pozwoliła sobie na odpoczynek.
Bram przez dłuższą chwilę przekonywał samego siebie, że skoro następnego dnia ma wejść do starej kopalni pełnej demonów, to powinien porządnie się wyspać. Problem polegał na tym, że im bardziej próbował zasnąć, tym więcej miał przed oczami opowieści o ogromnym cienistym byku. W końcu westchnął ciężko, odwrócił się na drugi bok i stwierdził, że skoro demon będzie chciał go zjeść, to przynajmniej zrobi to człowiekowi wypoczętemu.
Kadir jeszcze przez godzinę analizowała mapę kopalni otrzymaną od Zherona. Porównywała stare szkice z nowszymi raportami zwiadowców, próbując odgadnąć, którymi tunelami demon mógł się poruszać. Wiedziała, że większość tych rozważań okaże się jutro bezużyteczna, ale sama czynność porządkowania informacji pomagała jej zachować spokój.
Filius wyszedł na chwilę na niewielki dziedziniec wewnętrzny. W ciszy podlewał rośliny rosnące przy murach twierdzy i przez kilka minut siedział obok niewielkiego klombu z górskimi ziołami. Był chyba jedynym człowiekiem, który przed wejściem do kopalni postanowił spędzić ostatni spokojny wieczór właśnie wśród roślin.
Laeria długo nie mogła zasnąć. Leżała z otwartymi oczami, wsłuchując się w odgłosy twierdzy. W pewnym momencie nawet podeszła do okna i spojrzała na rozgwieżdżone niebo. Było wyjątkowo czyste. Gwiazdy świeciły jasno nad szczytami Gór Srebrzystych, a ona przez chwilę zastanawiała się, ile podobnych nocy minęło nad tym miejscem, odkąd zbudowano twierdzę. Ilu magów wcześniej patrzyło na to samo niebo przed wyprawami, z których nie wszyscy wrócili.
Ja natomiast, zgodnie ze swoim zwyczajem, jeszcze przez jakiś czas krążyłem po twierdzy pod postacią muchy. Zaglądałem do strażnic, na mury i do stajni. Nawet odwiedziłem loch, w którym zamknięto małego Demonka. Spał zwinięty w idealną czarną kulkę, od czasu do czasu cicho pochrapując swoim charakterystycznym, trudnym do opisania, demonicznym sposobem. Gdyby ktoś nie wiedział, czym jest, mógłby uznać go za wyjątkowo dziwne futrzaste zwierzątko. Dopiero przypomnienie sobie listu oraz cienistego byka skutecznie odbierało ochotę do podobnych porównań.
Noc minęła bez żadnych alarmów.
O świcie twierdza obudziła się znacznie wcześniej niż zwykle. Dziedziniec szybko zapełnił się żołnierzami rozpoczynającymi służbę, z kuźni ponownie popłynął dźwięk młotów, a w zbrojowni od rana panował wyjątkowy ruch. Właśnie tam skierowano młodych magów zaraz po śniadaniu.
Zbrojownia mieściła się w grubym kamiennym budynku przylegającym do wewnętrznego muru. Pachniało tam stalą, olejem i świeżo wyprawioną skórą. Na drewnianych stojakach wisiały miecze, tarcze, kusze i włócznie, lecz ich uwagę od razu przyciągnęło sześć kompletów wyposażenia przygotowanych na specjalnym stole.
Nie przypominały ciężkich pancerzy noszonych przez rycerzy. Były znacznie lżejsze. Napierśniki wykonano z cienkich stalowych płyt połączonych elastyczną skórą, dzięki czemu nie ograniczały ruchów. Naramienniki były niewielkie, podobnie jak osłony przedramion i goleni. Na wewnętrznej stronie każdej części wyryto drobne runy, które delikatnie połyskiwały błękitnym światłem. Obok leżały lekkie hełmy z otwartą twarzą, do których przymocowano niewielkie kryształy oświetlające drogę miękkim, białym blaskiem.
– No... – powiedział Lucien z wyraźnym uznaniem. – Przyznam, że wyglądają świetnie.
Zbrojmistrz parsknął cicho.
– Dobrze byłoby, gdyby równie dobrze działały.
Lucien bez wahania założył napierśnik. Obrócił się kilka razy. Wyprostował. Zrobił kilka wymachów ramionami.
– Nawet nie przeszkadza.
– Taki był zamysł.
– Wyglądam trochę jak bohater z legend.
– Raczej jak człowiek, którego trudniej przebić włócznią.
– To też brzmi dobrze.
Bram założył swój pancerz znacznie mniej entuzjastycznie. Po kilku sekundach westchnął.
– Już mi ciężko.
– To waży niecałe osiem kilogramów – odpowiedział zbrojmistrz.
– Właśnie.
– To naprawdę niewiele.
– Dla pana może.
Spróbował się schylić.
– Och.
Potem ponownie się wyprostował.
– Och.
Zrobił dwa kroki.
– Och.
Lucien spojrzał na niego z rozbawieniem.
– Ty narzekasz nawet na zbroję, która została zaprojektowana właśnie po to, żeby było ci wygodniej.
– Oczywiście.
– Dlaczego?
– Bo wcześniej było jeszcze wygodniej.
Zhana tymczasem zupełnie nie zwracała uwagi na wygląd pancerza. Sprawdzała każdy pasek, każdą sprzączkę i każde mocowanie. Kilka razy wykonała szybkie uniki, obroty i ruchy kosturem.
– Nie ogranicza barków – stwierdziła z zadowoleniem.
Potem uklękła. Wstała. Ponownie przykucnęła.
– Dobrze wyważony.
– Mówiłem – odparł zbrojmistrz z wyraźną dumą.
– Da się w tym walczyć.
– Nawet taki był plan.
Kadir dokładnie oglądała wyryte na płytach runy.
– To zaklęcia ochronne?
– Wzmacniają odporność materiału i częściowo rozpraszają energię uderzenia.
– Czyli nie zatrzymają wszystkiego.
– Nie.
– Ale mogą uratować życie.
– Właśnie po to tam są.
Filius z największym zainteresowaniem przyglądał się niewielkiemu kryształowi umieszczonemu przy hełmie.
Gdy założył go na głowę, światło rozbłysło samoistnie.
– Reaguje na obecność użytkownika – wyjaśnił zbrojmistrz. – W kopalni nie będziecie musieli nosić pochodni.
Laeria z kolei długo regulowała paski swojego napierśnika, aż w końcu uśmiechnęła się z ulgą.
– Spodziewałam się, że będzie znacznie cięższy.
– Większość ludzi też tak myśli – odpowiedział zbrojmistrz.
Po kilkunastu minutach cała szóstka stała już w pełnym wyposażeniu. Wyglądali zupełnie inaczej niż podczas opuszczania Obozu Magów. Zniknęły lekkie podróżne szaty kojarzące się z młodymi adeptami. Teraz bardziej przypominali prawdziwy oddział magów przygotowujących się do niebezpiecznej ekspedycji.
Patrzyłem na nich z belki pod sufitem zbrojowni i musiałem przyznać, że robili znacznie lepsze wrażenie niż jeszcze tydzień wcześniej. Zbroje nie czyniły ich potężniejszymi ani mądrzejszymi. Nie dodawały im doświadczenia. Ale sprawiały, że po raz pierwszy wyglądali jak ludzie, którzy naprawdę zamierzają zmierzyć się z czymś znacznie groźniejszym od szkolnych ćwiczeń. I miałem szczerą nadzieję, że zbroje okażą się równie skuteczne, jak przekonywał ich zbrojmistrz.
Brama twierdzy otworzyła się powoli, a ciężkie drewniane skrzydła zaskrzypiały głucho, odbijając echo od okolicznych skał. Poranne słońce zdążyło już wspiąć się ponad wschodnie grzbiety Gór Srebrzystych, rozświetlając szczyty chłodnym, złocistym światłem. Powietrze było rześkie i niezwykle czyste. Na tej wysokości każdy oddech wydawał się lżejszy, choć jednocześnie chłodniejszy niż w dolinach. W oddali unosiły się pojedyncze smugi mgły, powoli ustępujące miejsca kolejnemu pogodnemu dniu.
Szóstka młodych magów opuściła twierdzę pieszo. Tym razem nie było powozu ani wygodnych dróg handlowych. Górskie ścieżki były zbyt wąskie i zbyt strome, by mogły przejechać nimi wozy. Każdy niósł własny plecak z zapasami, liną, miksturami i niezbędnym wyposażeniem. Nowe zbroje początkowo wydawały się nieco sztywne, lecz już po kilkunastu minutach marszu ruchy stawały się coraz bardziej naturalne. Runiczne pancerze rzeczywiście zaprojektowano z myślą o magach, a nie o ciężkozbrojnych rycerzach.
Ja, rzecz jasna, wybrałem znacznie wygodniejszy środek transportu. Mucha nie musi przejmować się stromymi podejściami ani ciężarem plecaka. Czasem zastanawiałem się, czy moja niezwykle wyspecjalizowana zdolność przemiany nie była jednak darem bardziej praktycznym, niż początkowo sądziłem. Owszem, trudno wygrać bitwę jako mucha. Za to obserwowanie ludzi staje się wtedy wyjątkowo wygodne.
Droga od początku prowadziła w górę. Nie były to już łagodne wzgórza, przez które podróżowali kilka dni wcześniej. Tutaj teren stawał się coraz bardziej surowy. Ścieżka wiła się pomiędzy ogromnymi blokami jasnego granitu, raz zbliżając się do stromych zboczy, raz opadając w niewielkie skalne obniżenia, z których wypływały cienkie, lodowato zimne strumienie. Woda była tak przejrzysta, że bez trudu można było dostrzec każdy kamyk spoczywający na dnie.
Rosły tu przede wszystkim niskie sosny i poskręcane od nieustannego wiatru świerki, których korzenie z niezwykłą wytrwałością wrastały pomiędzy szczeliny skał. W miejscach bardziej nasłonecznionych pojawiały się połacie fioletowych wrzosów oraz drobnych, żółtych kwiatów, których nazwę Filius zapewne znałby bez najmniejszego problemu. Wyżej roślinność stawała się coraz uboższa. Pozostawały już tylko kępy twardych traw i niskie krzewy przywierające do ziemi, jakby same próbowały ukryć się przed górskim wiatrem.
Od czasu do czasu ścieżka wychodziła na odsłonięte skalne półki. Rozciągał się z nich szeroki widok na doliny pozostające daleko w tyle. Twierdza szybko zamieniła się w niewielką plamę jasnego kamienia, niemal wtapiającą się w otaczające ją skały. Jeszcze dalej można było dostrzec wijące się trakty handlowe, którymi przed kilkoma dniami sami podróżowali. Z tej wysokości wozy wyglądały jak powolne, ciemne punkty przesuwające się po cienkich nitkach dróg.
W górach panowała charakterystyczna cisza. Nie była to jednak cisza całkowita. Składały się na nią setki drobnych dźwięków, które dopiero razem tworzyły prawdziwy obraz tego miejsca. Gdzieś wysoko krzyczał samotny ptak drapieżny. Z oddali dochodził szum niewidocznego wodospadu. Wiatr przesypywał drobny żwir po skalnych półkach, a od czasu do czasu spod nóg magów umykały niewielkie jaszczurki, błyskawicznie znikające pomiędzy kamieniami.
Kilka razy natrafili również na pozostałości dawnej działalności górników. Przy ścieżce leżały spróchniałe belki, które kiedyś prawdopodobnie podtrzymywały wejścia do niewielkich szybów poszukiwawczych. W innym miejscu spod ziemi wystawały resztki zardzewiałych szyn, po których przed dziesiątkami lat wywożono urobek. Czas i pogoda zrobiły swoje. Drewno pociemniało niemal do czerni, metal pokrył się grubą warstwą rdzy, a większość dawnych wyrobisk zarosły trawy i krzewy.
Pomyślałem wtedy, że góry mają wyjątkową cierpliwość. Ludzie przez pokolenia kują w nich tunele, budują kopalnie, wycinają lasy i wytyczają drogi. A potem odchodzą. Góry zaś spokojnie czekają kilkadziesiąt czy kilkaset lat i odzyskują wszystko, co kiedyś im odebrano. Skały osuwają się do szybów, drzewa wyrastają na dawnych hałdach, a ścieżki znikają pod warstwą mchu. Natura nigdy się nie spieszy. W przeciwieństwie do ludzi doskonale wie, że czas i tak pracuje na jej korzyść.
Słońce wspinało się coraz wyżej, lecz mimo to temperatura pozostawała przyjemnie chłodna. Lekki wiatr nieustannie przynosił zapach żywicy, mokrego kamienia i górskich ziół. Pogoda sprzyjała wędrówce, a niebo pozostawało niemal całkowicie bezchmurne. Gdyby nie cel wyprawy, można by odnieść wrażenie, że jest to zwyczajna górska wycieczka.
Po dwóch godzinach marszu ścieżka zaczęła stopniowo zanikać. Zamiast wydeptanego traktu pozostał jedynie wąski pas kamieni wijący się pomiędzy skałami, jakby od wielu lat nikt nie zadawał sobie trudu jego utrzymywania. Coraz częściej musieli omijać osuwiska, przechodzić przez powalone pnie sosen i przeciskać się pomiędzy wielkimi głazami, które przed wiekami oderwały się od stromych zboczy. W końcu nawet pojedyncze ślady dawnych górników zniknęły. Została już tylko surowa, niemal dzika górska przyroda.
Pierwszy dostrzegł ją Bram. Nie powiedział ani słowa, jedynie uniósł rękę i wskazał przed siebie. Kilkaset metrów dalej, u podnóża wysokiej skalnej ściany, znajdował się ogromny ciemny otwór. Wejście do kopalni było znacznie większe, niż ktokolwiek z nich sobie wyobrażał. Miało szerokość kilkunastu metrów i wysokość dorosłego drzewa. Nad nim wciąż tkwiły resztki dawnej kamiennej konstrukcji wzmacniającej strop. Większość belek dawno spróchniała lub zawaliła się pod własnym ciężarem, lecz kilka nadal trwało na swoim miejscu, jakby uparcie odmawiały poddania się upływowi czasu.
Przed wejściem leżały zwały szarego kamienia, resztki dawnych hałd oraz kilka przewróconych drewnianych wózków górniczych, z których pozostały już właściwie tylko zardzewiałe obręcze kół. Nieco dalej stały fundamenty niewielkiego budynku, zapewne dawnej wartowni lub magazynu narzędzi. Dach zapadł się wiele lat temu, a ściany porastał mech i drobne paprocie.
Najbardziej rzucała się jednak w oczy cisza. Nie było śpiewu ptaków. Nie było szumu owadów. Nawet wiatr zdawał się omijać to miejsce. Powietrze wokół wejścia wydawało się chłodniejsze niż jeszcze kilkaset metrów wcześniej. Z wnętrza kopalni nieustannie wypływał delikatny podmuch zimnego, wilgotnego powietrza, niosąc ze sobą zapach mokrego kamienia, starego drewna i czegoś jeszcze. Czegoś trudnego do określenia. Nie był to zapach rozkładu ani siarki, jak opisywano niektóre demony w starych księgach. Raczej dziwna, metaliczna woń, przypominająca mokre żelazo.
Magowie zatrzymali się kilkadziesiąt metrów od wejścia. Nie było sensu od razu schodzić pod ziemię. Najpierw należało przygotować się najlepiej, jak potrafili. Rozłożyli niewielki obóz na płaskim fragmencie skały. Nie rozpalali ognia. Pogoda była dobra, a dym jedynie utrudniałby obserwację okolicy. Każdy usiadł na chwilę, zdejmując plecak i korzystając z ostatnich minut światła dziennego.
Posiłek był prosty. Suchary, suszone mięso, kawałki twardego sera oraz kilka jabłek zabranych jeszcze z twierdzy. Nikt nie jadł powoli. Nie dlatego, że się spieszyli, lecz dlatego, że myślami byli już gdzie indziej. Od czasu do czasu któreś z nich spoglądało w stronę ciemnego wejścia do kopalni, jakby spodziewało się, że zaraz coś z niego wyjdzie.
Po jedzeniu rozpoczęły się ostatnie przygotowania. Każdy jeszcze raz sprawdził zawartość plecaka. Mikstury wróciły na swoje miejsca. Liny zostały zwinięte tak, aby można było rozłożyć je jednym ruchem. Haki dokładnie przymocowano do pasów. Kostury obejrzano pod kątem najmniejszych uszkodzeń, choć żaden nie nosił nawet śladu pęknięcia. Potem przyszła kolej na zbroje. Dokręcono paski przy naramiennikach, poprawiono zapięcia napierśników i sprawdzono, czy żaden element nie ogranicza ruchów. Hełmy z runicznymi kryształami założono dopiero na samym końcu. Gdy tylko znalazły się na głowach właścicieli, mlecznobiałe światło rozbłysło łagodnym blaskiem. Nie raziło oczu, ale wystarczało, by rozświetlić kilka metrów przed każdym z nich. Amulety ostrzegające przed nagłymi zmianami energii magicznej zawisły na szyjach, chłodne i zupełnie nieruchome. W tej chwili nie zdradzały żadnej aktywności.
Filius uklęknął jeszcze przy wejściu do kopalni i przez kilka chwil dotykał dłonią ziemi oraz porastających skały mchów. Szukał jakiegokolwiek śladu obcej energii. Roślin było tu niewiele, a te, które przetrwały, wydawały się słabsze niż gdziekolwiek indziej w górach. Nie potrafił jednak stwierdzić, czy odpowiada za to demon, czy po prostu surowe warunki panujące w tym miejscu.
Ja usiadłem na jednej z belek dawnego szybu i przez chwilę przyglądałem się całej szóstce. Wyglądali inaczej niż podczas wyjazdu z Obozu Magów. Nawet ich ruchy były spokojniejsze. Mniej było młodzieńczego pośpiechu, więcej rozwagi. Nie znaczyło to oczywiście, że nagle stali się doświadczonymi magami. Nadal byli młodzi. Nadal mogli popełniać błędy. Ale po raz pierwszy od początku tej wyprawy odniosłem wrażenie, że naprawdę rozumieją, czym różni się szkolna misja od prawdziwego zagrożenia.
W końcu nadszedł moment, którego nie dało się dłużej odwlekać. Plecaki ponownie trafiły na ramiona. Każdy odruchowo spojrzał jeszcze raz na wejście do kopalni. Ogromny otwór przypominał paszczę jakiegoś pradawnego stworzenia cierpliwie czekającego na kolejnych śmiałków. Z wnętrza nadal płynął chłodny podmuch, a ciemność kończyła się zaledwie kilka metrów za wejściem. Dalej światło dnia przegrywało z mrokiem całkowicie.
Magowie ruszyli powoli. Najpierw przekroczyli granicę cienia rzucanego przez skalny strop. Potem zrobili kolejne kroki. Słońce zostało za ich plecami. Runiczne światła zamocowane przy hełmach rozbłysły wyraźniej, odbijając się od wilgotnych ścian wykutego przed wiekami korytarza. Kamienne sklepienie zamknęło się nad ich głowami, a każdy krok zaczął odbijać się głuchym echem, które niosło się gdzieś daleko w głąb opuszczonej kopalni.
Ja również wleciałem do środka. Nigdy nie przepadałem za jaskiniami. Muchy zdecydowanie wolą miejsca, gdzie można liczyć na trochę światła i znacznie mniej skał.
Pierwsze metry prowadziły szerokim korytarzem wykutym jeszcze przez dawnych górników. W przeciwieństwie do naturalnych jaskiń, które tworzy przyroda przez tysiące lat, wszystko tutaj nosiło ślady ludzkiej pracy. Ściany były stosunkowo równe, miejscami wciąż widoczne były równoległe ślady kilofów, a strop podtrzymywały masywne drewniane belki, choć wiele z nich wygięło się już pod ciężarem skały. Drewno pociemniało niemal do czerni, gdzieniegdzie porastały je grzyby i grube warstwy wilgotnego mchu.
Runiczne lampy rzucały mlecznobiałe światło, które odbijało się od wilgotnych ścian. Krople wody powoli spływały po kamieniu, a ich rytmiczne kapanie niosło się echem znacznie dalej, niż powinno. W zamkniętej przestrzeni każdy dźwięk zdawał się żyć własnym życiem. Nawet cichy oddech któregoś z magów wracał po chwili z ciemności jako ledwie słyszalne echo.
Powietrze było chłodne i ciężkie. Pachniało mokrą skałą, starym drewnem oraz metalem. Zapach srebra oczywiście nie istniał — ludzie często wyobrażają sobie, że kopalnie cennych kruszców mają jakąś charakterystyczną woń. Nie mają. Pachną przede wszystkim wilgocią i kamieniem. To jedno z tych rozczarowań, których człowiek doświadcza dopiero po odwiedzeniu pierwszej kopalni.
Kadir szła na czele grupy z rozwiniętą mapą. Pergamin otrzymany od Zherona przedstawiał główne korytarze oraz szyby, choć wiele dopisków wykonano znacznie później innym charakterem pisma. W kilku miejscach widniały ostrzeżenia o zawalonych przejściach, niestabilnym stropie i głębokich wyrobiskach. Co jakiś czas zatrzymywała się przy rozwidleniach, porównując układ ścian z rysunkiem. Nie śpieszyła się. W kopalni zgubienie właściwej drogi mogło okazać się znacznie groźniejsze niż sam demon.
Pozostali zachowywali odstępy, których uczono ich podczas ćwiczeń. Nikt nie szedł samotnie, ale też nikt nie tłoczył się zbyt blisko pozostałych. Dzięki temu światła sześciu hełmów tworzyły przedziwny ciąg jasnych plam przesuwających się powoli przez podziemny mrok.
Co pewien czas mijali boczne tunele. Niektóre kończyły się już po kilku metrach ślepą ścianą, gdzie górnicy najwyraźniej zrezygnowali z dalszego wydobycia. Inne znikały gdzieś w ciemności, prowadząc do mniejszych komór lub starych szybów wentylacyjnych. Zdarzało się, że przy wejściach leżały porzucone kilofy, zardzewiałe łopaty albo fragmenty drewnianych skrzyń, których zawartość dawno rozsypała się i zmieszała z pyłem.
W jednej z większych komór natrafili na resztki dawnego stanowiska pracy. Zachowały się przewrócony stół, kamienne palenisko oraz kilka beczek, których obręcze ledwie trzymały się spróchniałego drewna. Na ścianie wciąż można było dostrzec wyblakłe znaki wykonane białą farbą. Zapewne oznaczenia brygad górniczych lub kierunki prowadzące do poszczególnych szybów. Dzisiaj były już niemal całkowicie nieczytelne.
Pomyślałem wtedy, ilu ludzi przez dziesięciolecia schodziło codziennie do tych tuneli. Dla nich nie było to miejsce tajemnicze ani przerażające. Było po prostu miejscem pracy. Rozmawiali tutaj, śmiali się, narzekali na przełożonych, jedli posiłki podczas przerw i zapewne nieraz przeklinali pył wciskający się do oczu. Dopiero gdy kopalnię opuszczono, mrok zaczął odzyskiwać swoje dawne prawa. Ludzie mają niezwykłą zdolność oswajania nawet najbardziej niegościnnych miejsc. Problem polega na tym, że kiedy odchodzą, natura i ciemność bardzo szybko przypominają wszystkim, do kogo należały wcześniej.
Marsz trwał dalej. Korytarze raz zwężały się tak bardzo, że magowie musieli iść niemal jeden za drugim, innym razem otwierały się w wysokie komory, których sklepienia ginęły poza zasięgiem światła. W takich miejscach lampy wydawały się zaskakująco małe. Blask rozpraszał jedynie najbliższą przestrzeń, pozostawiając resztę sali w nieprzeniknionej czerni.
Od czasu do czasu spod nóg uciekały drobne jaszczurki jaskiniowe lub niewielkie białe pająki, które najwyraźniej od pokoleń nie widziały światła dnia. Kilkakrotnie nad głowami przemknęły również nietoperze, zirytowane obecnością niespodziewanych gości. Ich skrzydła zaszeleściły pod sklepieniem, po czym zwierzęta zniknęły w bocznych szczelinach.
Filius co pewien czas zatrzymywał się na moment, przykładając dłoń do ściany lub przyglądając się nielicznym porostom rosnącym przy wilgotniejszych fragmentach tuneli. Szukał śladów obcej energii, podobnych do tych, które wyczuł wcześniej przy tropach na pastwiskach. Tym razem jednak nie znajdował niczego, co jednoznacznie wskazywałoby na obecność demona.
Również amulety zawieszone na szyjach magów pozostawały całkowicie nieruchome. Nie pulsowały. Nie świeciły. Nie wydawały żadnych dźwięków. To z jednej strony uspokajało, z drugiej zaś budziło coraz większy niepokój. Demon, który zabił zwiadowcę, musiał gdzieś tutaj być.
Ja natomiast latałem kilka metrów przed grupą, korzystając z przewagi, jaką dawały mi niewielkie rozmiary. Zaglądałem do szczelin, przelatywałem przez wąskie przejścia i sprawdzałem zakręty, zanim dotarli do nich pozostali. Nie dostrzegłem jednak niczego poza kamieniem, wodą i ciemnością. A to, ku mojemu doświadczeniu, bywało znacznie bardziej niepokojące niż natychmiastowe spotkanie z przeciwnikiem. W miejscach takich jak to cisza często nie oznaczała bezpieczeństwa. Oznaczała jedynie, że coś jeszcze nie postanowiło się ujawnić.
Szli już od dłuższego czasu, gdy korytarz zaczął łagodnie opadać. Ściany zwęziły się, a strop obniżył na tyle, że najwyżsi z nich musieli instynktownie pochylać głowy. Powietrze stało się jeszcze chłodniejsze. Krople wody spadały z sufitu w równych odstępach, a ich odgłos mieszał się z miarowym stukiem butów o kamienne podłoże.
Nagle wszyscy zatrzymali się niemal jednocześnie. Nie dlatego, że coś zobaczyli. Usłyszeli.
Początkowo był to ledwie uchwytny szept. Tak cichy, że można go było pomylić z szumem powietrza przeciskającego się przez skalne szczeliny. Jednak z każdą kolejną sekundą stawał się wyraźniejszy. Nie dochodził z jednego miejsca. Zdawał się rozbrzmiewać jednocześnie z każdej strony. Z przodu. Z tyłu. Z góry. Jakby sama kopalnia zaczęła mówić.
– Witam was... młodzi adepci.
Głos był spokojny. Niski. Niezwykle wyraźny. Nie było w nim gniewu ani szaleństwa. Przeciwnie. Brzmiał jak wykład wygłaszany przez uczonego, który z pełnym przekonaniem przedstawia własną teorię.
Echo powtórzyło ostatnie słowa, niosąc je daleko w głąb tuneli.
– Muszę przyznać... że nie zawiedliście moich oczekiwań. Wielu ludzi deklaruje odwagę, dopóki nie spojrzy jej w oczy. Wy natomiast, mimo świadomości zagrożenia, postanowiliście zejść pod ziemię. To... godne pochwały.
Magowie instynktownie zaczęli rozglądać się po korytarzu. Nie było nikogo. Jedynie światło runicznych lamp przesuwało się po mokrych ścianach.
– Cieszę się również, że przyjęliście moje wyzwanie. Obawiałem się przez chwilę, iż wasi starsi koledzy zakażą wam uczestnictwa w tej próbie. Byłoby to... niezwykle rozczarowujące. Świat nie potrzebuje bowiem kolejnych ostrożnych administratorów cudzych decyzji. Świat potrzebuje ludzi, którzy potrafią sięgnąć dalej niż pozwalają im zasady.
Przez chwilę zapanowała cisza. Tylko echo jeszcze raz powtórzyło ostatnie zdanie. Potem głos odezwał się ponownie.
– Mam szczerą nadzieję, że pewnego dnia będziemy mogli spotkać się osobiście. Nie jako przeciwnicy. Nie jako nieznajomi. Lecz jako magowie zdolni prowadzić rozmowę ponad ograniczeniami, które od stuleci więżą naszą społeczność.
Słowa wypowiadane były z niezwykłą kulturą. Nie brzmiały jak groźby. Bardziej przypominały zaproszenie.
– Oczywiście... do tego spotkania musi najpierw dojść pewien warunek. Musicie udowodnić, że jesteście tego warci. Że nie jesteście jedynie kolejnym pokoleniem uczniów opuszczających szkołę z głowami pełnymi regulaminów i lęku przed własnym potencjałem. Mam nadzieję, że okażecie się kimś więcej.
Ja natomiast poczułem bardzo nieprzyjemne ukłucie. Nie dlatego, że zgadzałem się z tym człowiekiem. Ale dlatego, że doskonale wiedziałem, jak łatwo piękne słowa potrafią uwodzić ludzi. Najgroźniejsi fanatycy, jakich spotkałem przez osiem stuleci, niemal nigdy nie krzyczeli. Mówili spokojnie. Rozsądnie. Logicznie. Właśnie tak jak on.
– Widzicie... od dawna obserwuję świat magów. Z bólem patrzę, jak istoty obdarzone niezwykłym darem dobrowolnie rezygnują z własnej wielkości. Zadowalają się rolą rozjemców wiejskich sporów, doradców możnych i uzdrowicieli drobnych ludzkich dolegliwości. Czy naprawdę do tego sprowadza się dziś powołanie maga? Czy tak wygląda dziedzictwo tych, którzy przed wiekami zmieniali bieg historii?
Echo rozniosło pytania po całej kopalni. Nikt nie odpowiadał.
– Ja uważam, że nie. Magowie nie zostali stworzeni po to, aby służyć światu. To świat powinien korzystać z ich mądrości. Istnieje subtelna, lecz niezwykle istotna różnica pomiędzy służbą a przewodnictwem. Dzisiejsze pokolenia całkowicie o niej zapomniały.
Lucien nie wytrzymał.
– Nie ma najmniejszych szans, żebyśmy do ciebie dołączyli! – zawołał głośno, a jego głos odbił się od ścian z taką siłą, że przez chwilę zagłuszył wszystko inne. – Nie wiem, kim jesteś, ale otworzyłeś Portal Demonów, zginęli przez ciebie ludzie i jeszcze próbujesz udawać, że robisz coś wielkiego. Nigdy nie będziemy po twojej stronie!
Zapadła cisza. Długa. Tak długa, że przez moment można było odnieść wrażenie, iż tajemniczy rozmówca po prostu zniknął.
Po chwili jednak z głębi kopalni dobiegł cichy śmiech. Nie był szyderczy. Nie był histeryczny. Brzmiał raczej jak rozbawienie starszego człowieka słuchającego odpowiedzi wyjątkowo pewnego siebie ucznia.
– Ach... młodość.
Śmiech ucichł.
– Powiedziałeś to z przekonaniem. I właśnie dlatego twoja odpowiedź mnie cieszy.
Magowie spojrzeli po sobie zdezorientowani.
– Człowiek, który nie potrafi stanowczo bronić własnych przekonań, nie jest wart przekonywania. O wiele ciekawsze jest spotkanie z kimś, kto wierzy, że ma rację. Tacy ludzie potrafią się rozwijać. A czas... czas bywa wyjątkowo cierpliwym nauczycielem.
Głos na moment zamilkł.
– Być może kiedyś przypomnisz sobie własne słowa i dojdziesz do zupełnie innych wniosków.
Krótka przerwa.
– A być może nie.
– Jeszcze zobaczymy.
W kopalni ponownie zapadła cisza. Tak głęboka, że słychać było jedynie kapanie wody. Po chwili głos odezwał się po raz ostatni.
– Dosyć jednak filozofii. Nie chciałbym zatrzymywać was dłużej. W końcu przyszliście tutaj w konkretnym celu.
Ton pozostał uprzejmy. Wręcz serdeczny.
– Czas na wasze pierwsze prawdziwe wyzwanie. Życzę wam powodzenia. Szczerze liczę, że mnie nie rozczarujecie.
I wtedy głos zamilkł. Nie było po nim nawet echa. Przez kilka sekund panowała absolutna cisza. A potem... Gdzieś bardzo głęboko. Daleko przed nimi. Rozległ się potężny ryk.
Nie przypominał głosu żadnego zwierzęcia żyjącego w górach. Był niski, gardłowy i tak donośny, że zdawało się, iż całe wnętrze kopalni zadrżało. Z sufitu posypał się drobny pył, a gdzieś w oddali dało się słyszeć stukot osuwających się kamieni.
Ryk odbił się od dziesiątek korytarzy. Powrócił. Rozmnożył się. Przez krótką chwilę wydawało się, że ryczy nie jedno stworzenie, lecz cała armia ukryta pod ziemią.
Ja natomiast nie patrzyłem już w ciemność przed nami. Patrzyłem na twarze młodych magów. Bo właśnie zrozumieli coś, czego wcześniej jedynie się domyślali. To była kolejna część przedstawienia naszego nemezis.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania