Niepokorne czarodziejki - rozdział 11 (ostatni)

Wczoraj Piotr prosił, by Klaudia jak najszybciej podjęła decyzję i przekazała mu info. Dziewczyna wiedziała już, co chciała zrobić, ale musiała zrobić to sama. Mógł się martwić i złościć, ale to nieważne, później i tak na pewno przyzna jej rację.

Miała plan, wysłała więc wiadomość do Niny i czekała na umówioną godzinę. Rodzicom powiedziała w zasadzie prawdę: jedzie spotkać się z koleżanką. Obiecała wrócić przed osiemnastą, chociaż nie była pewna, czy zdoła dotrzymać słowa. Nieważne, najwyżej dostanie następne kazanie, nie uważała tego za wielki problem.

Problemem była realizacja tego, co wymyśliła wczoraj. W nocy wszystko wydawało się takie łatwe. Teraz, za dnia, nachodziło ją coraz więcej wątpliwości, które szybko odganiała. Tak, to niebezpieczne, ryzykowne i Piotrek chciał dobrze, prosząc ją, by nie pakowała się w środek tej całej afery. Ale… No właśnie – ale, te wszystkie „ale”, których nie mogła zignorować, zacisnęła więc zęby i wzięła się do pracy.

Udała, że wychodzi na autobus, a potem – jak zwykle – teleportowała się zza przystanku prosto do mieszkanka w Zielonej. Sprawdziła czas: do przybycia Niny zostało mniej niż kwadrans. Ciastka, mogła kupić jakieś ciastka… Nie, nie pójdzie przecież do sklepu, w końcu dziś miało jej tu w ogóle nie być. Usiadła wygodnie w fotelu, skupiła magię, przyciągnęła ją do siebie, jak magnes przyciąga opiłki żelaza. Pomyślała o szafce, w której trzymali słodycze na wypadek nagłej wizyty gości lub napadu chętki na coś słodkiego. Po kilkunastu sekundach na fotelu zostało bezwładne ciało; świadomość Klaudii unosiła się pośrodku kuchni w rodzinnym domu. Podpłynęła do szafki, przeniknęła przez front. W środku było ciemno. Zabawne, nie miała oczu, a nie mogła widzieć… Czasem magia rozmijała się z logiką o całe lata świetlne. Rozświetliła wnętrze mebla małym srebrzystym ognikiem i skoncentrowała moc na paczce wafelków w czekoladzie, wyrywając ją z Radowic i przenosząc tutaj, do Zielonej Góry. Kiedy wróciła do ciała, w rękach trzymała czerwono-białe opakowanie słodyczy.

Nina spóźniła się, i to prawie pół godziny. Cholernie długie trzydzieści minut… Klaudia zdążyła cztery razy przearanżować układ wafelków na talerzyku, aż w końcu zdecydowała się na coś w stylu wieży rodem z jengi. Bawiła się telekinezą, by nie myśleć o innych rzeczach. Nie sądziła, że Nina zacznie od przeczytania jej zamiarów, ale głupio byłoby zdradzić się tak zaraz na wejściu. Wiedziała, że wszystkie potrzebne przedmioty są na swoich miejscach, plan jest prosty i wykonalny, a konsekwencjami będzie martwić się później.

– Sorry, ale zeszło mi trochę w Warszawie.

Podskoczyła, gdy usłyszała za sobą głos Niny. Etykieta nakazywała, by teleportować się przed czyjeś drzwi albo poza granice posesji, lecz Nina najwyraźniej nie zamierzała jej przestrzegać.

– Cześć! Wstawię wodę, a ty powiedz, co ci zaparzyć.

Klaudia weszła w rolę milutkiej gospodyni. Pomyślała, że musi być jak Piotrek, prowadzić rozmowę w taki sposób, by ludzie robili to, o co ich poprosi. Na pewno dało się tego jakoś nauczyć.

– Zielona, biała, niebieska? Mam też parę czarnych, nową cejlońską do spróbowania i tego dobrego earl greya z porządnym dodatkiem bergamotki – trajkotała jak najęta.

– Daj zwykłą, ale w jakiejś dużej szklance, z cytryną i lodem – zażądała Nina. – Gorąco dziś jak jasna cholera.

Zwykłą… W kolekcji Klaudii nie było żadnej „zwykłej”. Wybrała cejlońską, wrzuciła liście do zaparzacza. A cytryna? Wczoraj sprawdzała lodówkę, ale przez to wszystko totalnie zapomniała o jej zawartości. Znalazła jedną, nawet ładną sztukę, którą umyła i pokroiła w plasterki, czekając, aż woda się zagotuje.

– Coś ciekawego robiłaś w Warszawie? – zapytała od niechcenia.

Lodu nie było na pewno, nie musiała sprawdzać. Ale od czego była magia? Zmiana temperatury substancji była jedną z pierwszych rzeczy, jakich uczyli się początkujący czarodzieje. Zrobiła zgrabne kostki z kranówki, wypełniła nimi całą miseczkę. Do tego powinny być szczypce, ale ich również nie miała na stanie. Zwykła łyżka musiała wystarczyć.

– A wiesz, szukałam tych pijawek, co to pracowały dla twojego kuzyna, takiej rudej i wysokiego przystojniaka. To jest niesprawiedliwe, że one wszystkie są takie ładne. No i mieszkanie przystojniaka stoi puste, znalazłam tylko gazety sprzed paru dni i spleśniałe kocie żarcie w misce, ruda też zniknęła, a jej rodzinka trzyma się razem i nie bardzo jak miałam wyciągnąć któreś z nich na spytki. Co ja pierdolę, jaka rodzina, one mają klany, nie rodziny.

Klaudia przytakiwała każdemu słowu Niny.

– Nooo, klany… – powtórzyła.

Jak zwał, tak zwał, związki między członkami niektórych wampirzych klanów były silniejsze niż w niejednej ludzkiej rodzinie. Nie z reguły, nie w większości, ale istniała wzrostowa tendencja zacieśniania więzów społecznych przez krwiopijców, rozmawiali kiedyś o tym z Voltaliusem. Nina też to wiedziała, ale pewnie zapomniała, dla wygody. Łatwiej było udawać, że to potwory i nie ma w nich nic ludzkiego.

Wreszcie przygotowała mrożoną herbatę, podała ją w dużym dzbanku. Nalała Ninie, która natychmiast dorzuciła do szklanki kilka kostek lodu. Choć dzień był ciepły, w mieszkanku panowała przyjemna temperatura. Klaudia lepiej radziła sobie z chemią niż z fizyką, ale ogarniała podstawy i potrafiła obłożyć swoje lokum zaklęciami działającymi nie gorzej od klimatyzacji.

– No to… Co na to wszystko twój kuzyn? – spytała ostrożnie Nina, gdy obie już usiadły przy kuchennym stole i zaczęły popijać herbatkę.

– Nie bardzo wiem. Powiedział, żebym trzymała się od tego z daleka. – Klaudia niby obojętnie wzruszyła ramionami. – Od tamtej pory nie byłam na zamku.

Nie kłamała, nie mówiła też całej prawdy.

– Z daleka. Okej, niech będzie z daleka. – Nina rzuciła koleżance dziwne, oceniające spojrzenie, ale nie użyła magii do sprawdzenia prawdziwości jej słów.

– Piotrek cały czas traktuje mnie jak dziecko – westchnęła Klaudia z irytacją.

Nie musiała udawać negatywnych odczuć. Przecież była dla niego małą kuzynką, którą trzeba schować gdzieś do szafy, zamknąć i nie wypuszczać, aż zrobi się bezpiecznie.

– A przecież jesteś czarodziejką, która mogłaby… – Nina urwała nagle, wyprostowała się na krześle. – Myślałaś kiedyś nad tym? Żeby zacząć, no wiesz, rządzić.

– Co ty, ja się przecież nie nadaję. – Klaudia roześmiała się nerwowo. – Ty wiesz, ile rzeczy trzeba ogarnąć? Ile trzeba wiedzieć o handlu, podatkach i takich różnych?

– Nauczyłabyś się, no i przecież jest Rada. A ja bym ci doradzała w sprawach magii.

– Nie no, weź, ja sobie siebie nie wyobrażam. Zresztą po Piotrku władzę najpewniej przejmie Lena. A ty możesz przecież doradzać temu królowi, co go teraz mamy, niekoniecznie mnie – spróbowała zmienić temat.

Nina zamilkła, dopiła herbatę, nalała z dzbanka nową porcję.

– Z tym królem to ja się już chyba nie dogadam – powiedziała cicho. – Ale ty? Może będziesz dla niego pracować? Rozmawialiście o tym? Nie chciałabyś móc czegoś zrobić?

– No… nie wiem. Jeszcze mam rok szkoły, no i rodzice chcą, żebym poszła na studia. A Piotrek mi niczego nie proponował, przynajmniej na razie. Ale to miałoby być tak, że ja doradzam jemu, a ty mnie?

– Widzisz, to ma sens, nie? Ty jesteś jego oficjalną czarodziejką, a my się spotykamy prywatnie i razem obgadujemy najważniejsze sprawy. I może udałoby nam się pokątnie wyeliminować paru skurwieli krwiopijców.

Rozmawiały tak przez jakiś czas: Nina snuła plany, Klaudia wyrażała zainteresowanie, ale nie godziła się na żadne konkrety. Nie przypominała też koleżance, że jest poszukiwana za morderstwo – szefowa magów zdawała się o tym nie wiedzieć. Myślała, że skoro zabiła niewolnicę, to nikt się tym nie zainteresuje? Najwyraźniej tak.

Czas mijał, mrożona herbata zniknęła, a i wafelków było już mniej niż na początku.

– Mówiłaś, że masz jakąś niebieską herbatę, tak? – zapytała Nina. – Jest w ogóle coś takiego, czy to twój magiczny wyrób?

Klaudia czekała na to bądź podobne pytanie. Nina zapewne myślała, że będą siedzieć do późna, jak ostatnio, i wypiją przy tym mnóstwo herbaty, a może i czegoś mocniejszego. Nie chciała robić tego od razu, ale teraz nadszedł właściwy moment. Chyba. O ile w tym przypadku istniało coś takiego jak właściwy moment.

– Jest, ale to generalnie nie herbata, tylko inna roślina, klitoria ternateńska. Takie pnącze z niebieskimi kwiatkami – dodała, widząc niezrozumienie na twarzy rozmówczyni. – Zaraz zrobię, sama zobaczysz.

Wstawiła wodę, wyjęła kubki z borokrzemowego szkła, aby przez ich podwójne, przezroczyste ścianki mogły dobrze widzieć intensywny błękit naparu. Ze wszystkich sił starała się zachować spokój i zachowywać się normalnie. Co na jej miejscu zrobiłby Piotrek? Zagrałby mistrzowsko, jak najlepszy aktor świata. Próbowała więc oddychać równo i nie wykonywać nerwowych ruchów. Grzebiąc pomiędzy puszkami z różnymi herbatami, sięgnęła po małą buteleczkę po olejku do ciasta, którą schowała tu wcześniej.

Miała ich kilka, każda zawierała wzmocniony magicznie wyciąg z innej rośliny. Bieluń, wilcza jagoda, lulek czarny, tojad, owoce cisu… Jakieś półtora roku temu przechodziła fascynację truciznami. A że naprawdę dobrze radziła sobie z chemią, potrafiła podkręcić śmiercionośnie właściwości roślin do takiego stopnia, że do zabicia kogoś wystarczyła dosłownie jedna kropla.

Wybrała lulka, zwanego też szalejem. Kiedyś kojarzono tę roślinę z czarownicami, chociaż oczywiście prawdziwa magia miała bardzo mało wspólnego z ludowymi wierzeniami. Był groźny nawet „na surowo”, ale w jej wersji natychmiastowo wywoływał halucynacje, zaburzenia rytmu serca i paraliż oddechowy – przynajmniej miała taką nadzieję, bo nigdy nie testowała swoich trucizn na niczym żywym.

– A jakby dodać do tego cytrynę, to zmieni kolor na fioletowy, ale to może następnym razem, bo nie mam już cytryny – paplała beztrosko, krzątając się przy szafkach i kuchence.

Do jednego kubka dodała lulka, po czym zaparzyła niebieskie kwiaty i podała herbatkę, by Nina mogła zobaczyć, jak nabiera barwy ciemnego błękitu. Czy przypadkiem się nie pomyliła? Byłoby głupio umrzeć otrutą swoją własną trucizną. Nie, kubek z lewej był czysty i to właśnie jego przełożyła do prawej dłoni zaraz po tym, jak postawiła ten zaprawiony lulkiem przed Niną.

– Ja mogę temu zmienić kolor na jebitny róż, jak moja aura – zaśmiała się Nina. – Albo jakiś seledynowy żółty, wiesz, jak w kamizelkach odblaskowych.

– Ja też tak mogę, ale to się dzieje samo, naturalne reakcje. Rośliny mają czasem niezwykłe właściwości.

Klaudia nie wiedziała, jak udało jej się zachować nienaturalny spokój w tej sytuacji. Może miała trochę spocone dłonie, może uśmiechała się odrobinę za szeroko, ale chyba w sobie też odkryła jakieś niezwykłe właściwości, bo Nina nie podejrzewała niczego.

Rozmawiały normalnie o roślinach, kolorach, iluzjach i aurach, potem wyjęły zaparzacze na spodek.

– Ładne to jest – podsumowała Nina. – A w smaku? Nie kwaśne?

– Mnie przypomina zieloną herbatę, czyli dość delikatne. Chcesz miodu? Niektórzy mówią, że pasuje.

– A no tak, ty nie słodzisz niczego. Spróbuję najpierw takiej, najwyżej dam tego miodu potem.

Nina podniosła do ust kubek, wzięła łyk, potem drugi. Dla Klaudii trwało to wieki… Obserwowała każdy jej ruch z napięciem. Zapomniała, że powinna udawać wyluzowaną.

– No, całkiem niezła – stwierdziła Nina.

Nagle rozejrzała się po kuchni, próbując skupić wzrok na czymś, co szybko poruszało się po pomieszczeniu. Klaudia pomyślała, że chyba zaczęły się halucynacje.

Na twarzy dziewczyny malowało się całkowite niezrozumienie. Wysłała impuls sondujący, ale magia nie wykryła niczego – oprócz śladów po truciźnie w kubku, który rozjarzył się słabą różową poświatą.

– Co jest… Co ty… – wydusiła z trudem i zaczęła łapać powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg. A więc zaczęły się też problemy z oddychaniem…

Spojrzenia czarodziejek spotkały się. W tym momencie Nina musiała zrozumieć wszystko, gdyż zaatakowała Klaudię całą mocą. Nie był to jednak atak tak potężny, jak kilka dni temu na Wawelu – magiczka traciła siły na próby uzdrowienia się. Ciemnoróżowe prądy jej magii natrafiły na naprędce postawioną osłonę Klaudii, która początkowo ugięła się, ale potem – o dziwo – wytrzymała to starcie. Iskrzyło, różowe błyski próbowały przedrzeć się przez bladofioletowe pole ochronne, ale traciły impet, rzedły i gasły. Dla zwykłego człowieka ten spektakl kolorów byłby niewidoczny, no może poza najbardziej intensywnymi wyładowaniami, ale magiczki dobrze widziały swoje aury i magiczne prądy.

Klaudia wzmacniała osłonę, wplatała w nią coraz to nowe nitki mocy; rozszerzała ją, by trzymać magię Niny jak najdalej od siebie. Ledwo rejestrowała fakt, iż Nina zużywała coraz więcej energii na doprowadzenie się do porządku. Posiniała od braku powietrza, rękę położyła na sercu i walczyła o utrzymanie się przy życiu. Ale trucizna była mocna, a osłabione ciało czarodziejki coraz gorzej przetwarzało magię… W końcu upadła twarzą na stół, ostatnim świadomym ruchem strąciła kubek z niebieskim napojem, który spadł i rozbił się na wyłożonej terakotą podłodze. Wszystkie różowe iskry zgasły.

I… to już wszystko? – pomyślała zdezorientowana Klaudia.

Powoli i ostrożnie zwinęła tarczę, przyciągnęła magię w głąb siebie, by odzyskać jak najwięcej zużytej mocy. Nina leżała na stole bez ruchu. Czy to tak miało wyglądać? Czy powinna sprawdzić, upewnić się, że nie żyje? Nie, nie chciała jej dotykać. Niemal nieświadomie wypiła swoją herbatkę, bo pojedynek nadszarpnął jej siły. Potem wysłała delikatny impuls sondujący. Chciała dotknąć umysłu Niny, ale natrafiła na pustkę. Nie było żadnych barier, tylko jałowa przestrzeń bez śladu aktywności. Zbuntowana czarodziejka była martwa.

Klaudia otarła łzy, które mimowolnie napłynęły jej do oczu. Otruta dziewczyna była jej koleżanką przez pięć lat. Razem wymyślały skomplikowane iluzje świetlne, razem pierwszy raz próbowały piwa, razem obgadywały trochę starszych magów, którzy czasem prowadzili lekcje, by nauczyć młodzież tego, w czym sami byli dobrzy. To jej Nina zwierzała się w zeszłym roku z każdego etapu związku z Przemkiem, dwudziestolatkiem z sąsiedniego bloku. Klaudia znała wszystkie szczegóły: od pierwszego wspólnego wyjścia do kina, do pamiętnego ogniska kilka miesięcy później, na które to Nina niby przypadkiem nie została zaproszona, a potem dowiedziała się, że Przemek obściskiwał i całował inną…

Tak, Nina ostatnio zmieniła się na gorsze, jakby moc uderzyła jej do głowy. Zaczęła nawet zabijać i planować straszne rzeczy, ale to nijak nie przekreśliło tamtych pięciu lat, gdy była częścią życia Klaudii. Voltalius zawsze powtarzał, że powinni być jak rodzina, powinni sobie ufać i móc na siebie wzajemnie liczyć. Nina jej ufała, przychodziła tutaj i nadal mówiła o wszystkim. Chyba nawet nie podejrzewała, że Klaudia mogłaby na nią donieść Piotrkowi, nie mówiąc już o czymś takim.

Dziewczyna, tknięta nagłym impulsem, gwałtownie wstała od stołu, niemalże przewracając przy tym krzesło. Stanęła przy oknie, niewidzącym wzrokiem zapatrzyła na osiedle, byle tylko nie widzieć Niny, nie widzieć zwłok… Drżące dłonie zacisnęła na krawędzi parapetu. Co ona najlepszego zrobiła? Teraz wcale nie była lepsza od niej. Co teraz miała zrobić? Może… zabicie… zamordowanie… kogoś było łatwe, wystarczyła herbata i parę kropli szaleju, ale co dalej? Skąd miała wiedzieć…?

Ale był ktoś, kto wiedział. Sięgnęła po telefon i, wciąż drżącymi rękami, wciąż przez łzy, wybrała numer Piotrka.

 

***

 

Cicha melodyjka zakłóciła Piotrowi ostatnie przygotowania przed mającą rozpocząć się za dosłownie dziesięć minut ważną audiencją, na której miał przyjąć przedstawicieli Cesarstwa Japonii. Spotkanie miało zakończyć się konferencją prasową z udziałem telewizji, więc nakładano mu teraz makijaż i poprawiano fryzurę. Tatiana siedziała obok, więc to nie ona dzwoniła. Matka, ojciec, Lenka? Niewiele osób miało ten numer i wszyscy wiedzieli, że powinni korzystać z niego tylko w wyjątkowych sytuacjach.

Wyjął telefon i zerknął na wyświetlacz. Klaudia. Albo podjęła decyzję i chciała mu o tym powiedzieć, albo stało się coś wyjątkowego. W pierwszym przypadku rozmowa zajmie chwilę, w drugim powinien odebrać bez względu na okoliczności. Przeprosił makijażystkę i odszedł w głąb pomieszczenia, by zachować chociaż resztki prywatności.

– Cześć, co tam słychać u mojej ulubionej kuzynki? – radośnie zaczął rozmowę.

Klaudia nie była w dobrym nastroju, poznał to od razu po przedłużającej się ciszy.

– Bo Nina… Ona nie żyje… Zabiłam ją… – wyrzuciła z siebie i pociągnęła nosem.

To była przełomowa wiadomość. Więc Klaudia zlikwidowała buntowniczkę. Jak? I dlaczego uznała, że powinna to zrobić? Piotr przez chwilę intensywnie myślał, w końcu doszedł do wniosku, że dobrze się stało. Może sprawa nie rozwiązała się tak, jakby sobie tego życzył, ale jakoś się rozwiązała. Nina przestała być problemem, nieprzewidywalnym elementem układanki, który dość mocno krzyżował mu plany.

– Spokojnie, wiem, jak to brzmi, ale postaraj się uspokoić, dobrze? Gdzie jesteś? – zadał proste pytanie.

– U siebie, w Zielonej Górze.

– Dobrze. Ty i Nina, tak? Czy może ktoś jeszcze?

– Nie, tylko ja… Ona… Jest przy stole. Otrułam ją…

– Klaudia, proszę, słuchaj uważnie. – Spróbował odwrócić jej uwagę, bo młoda zaczynała się rozklejać. Nie podejrzewał, że była zdolna do morderstwa. Owszem, miał nadzieję, że zabraniając jej mieszania się w sprawę, sprowokuje kuzynkę do jakiegoś ruchu, ale spodziewał się powolnej rozgrywki rodem z dramatów szpiegowskich. A tu proszę, trup. – Wyjdź do innego pomieszczenia. Nie patrz na nią, nie wracaj tam – mówił stanowczym tonem.

Dziewczyna nie odpowiadała, ale słyszał, że zamknęła za sobą jakieś drzwi, więc raczej postąpiła według jego poleceń.

– Ktoś się pojawi i tym zajmie, jak najszybciej, obiecuję – powiedział i pokazał zniecierpliwionej żonie dłoń z szeroko rozstawionymi palcami, co miało oznaczać, że potrzebuje jeszcze pięciu minut. – My porozmawiamy wieczorem, dobrze? Zadzwonię, albo lepiej, pojawisz się u mnie, okej? I nie rozmawiaj na razie o tym z nikim, jasne? – Ostatnie pytanie wypowiedział z inną intonacją, by nie miała wątpliwości, że oczekuje odpowiedzi.

Kogo by tam wysłać… Pierwszym wyborem była Weronika, ale to jeszcze chwilowo było niemożliwe. Voltalius i Aria, tak, dwójka magów na pewno da sobie radę. Magowie narobili bałaganu, więc niech to posprzątają.

– Tak, nie rozmawiać z nikim, pewnie… – potwierdziła Klaudia bez entuzjazmu.

– Super, Klaudia, dasz radę, ja w ciebie wierzę. Będę się rozłączał, a ty trzymaj się, wszystko będzie dobrze. Podeślę do ciebie Volta.

– O… Dobrze, to ja będę czekać.

– Świetnie. Jesteś bardzo odważna, wiesz? Mówię ci, wszystko będzie dobrze.

– Tak myślisz? – Westchnęła. – Okej.

– A później się widzimy. Wcześniej zadzwonię. Dziękuję, Klaudia. Dzięki za wszystko.

Wysłuchał niemrawego pożegnania i zakończył połączenie. Schował telefon do wewnętrznej kieszeni surduta i uśmiechnął się do żony. Było dobrze. Nina nie żyła, Klaudia będzie wymagała szczególnej uwagi, ale to mała cena za spokój. Zacisnął zęby, gdy pomyślał, do czego mógł doprowadzić bunt jednej niepokornej czarodziejki, ale zaraz zapanował nad twarzą. Japończycy, rozmowa z przedstawicielami cesarza, teraz to było ważne. Wrócił do stanowiska makijażystki i poddał się jej zabiegom.

Zauważył zatroskane spojrzenie Tatiany i postanowił ją uspokoić:

– Potem pogadamy. Wszystko jest w porządku.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (6)

  • MKP 8 miesięcy temu
    Ech... Ta końcóweczka nadal mi nie pasuje do Klaudii, ale co ja mogę.
    Nic nie mogę...
  • Vespera 8 miesięcy temu
    Ponarzekać, li i jedynie.
  • droga_we_mgle 8 miesięcy temu
    ...no, to już mi się nie kojarzy z Winx Klubem.

    Serio, czuję się po tym rozdziale, jakbym czytała historię o dzieciaku, który chciał się zemścić na nauczycielce i była przekonana, że podłoży jej pierdzącą zabawkę na krzesło czy coś w tym stylu, a on podłożył bombę w jej gabinecie.
    Mniej więcej tak. Dziwię się, że Piotrek przyjął to tak spokojnie, ale chyba go nie doceniłam😅

    Jednocześnie mam wrażenie, że to tylko tak wygląda, jakby główny problem został już rozwiązany... zwłaszcza biorąc pod uwagę, że masz dalsze historie w planach :)

    I zdecydowanie będę na nie czekać, bo cała seria ma u mnie 5+ na 5. Wbrew pozorom nie tylko za Piotrka ;-)

    Pozdrawiam :)
  • Vespera 8 miesięcy temu
    Dziękuję bardzo! 5+/5 to bardzo dobra ocena, cieszę się, że tak uważasz!
    Piotrek... Kazik śpiewał kiedyś "polityka to tarzanie się w błocie i każdy się musi ubrudzić". Wiedz, że Piotrek jest już całkiem nieźle upaćkany i coś takiego, jak śmierć jednej dziewczyny, która mu bruździ, nie robi na nim wrażenia.
    A te wydarzenia będą miały jakiś wpływ na całe uniwersum, bardziej na postaci niż na historię świata, ale na pewno o niczym nie zapomnę, jeśli będę pisać coś, co dzieje się chronologicznie później. Również pozdrawiam!
  • droga_we_mgle 8 miesięcy temu
    Miałam na myśli, że bardziej niż śmierć Niny mógł nim wstrząsnąć fakt, że Klaudia posunęła się do zaplanowanego morderstwa (czego się po niej nie spodziewał), ale to pewnie da się wytłumaczyć podobnie.
  • Vespera 8 miesięcy temu
    droga_we_mgle A to akurat na nim wywarło pewne wrażenie, ale jego pierwsze myśli biegły ku korzyściom politycznym.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania