Niepokorne czarodziejki - rozdział 6

Siedzący za kierownicą czarnego Volvo agent Bezpieczeństwa Wewnętrznego zaparkował samochód w bramie domu położonego naprzeciw małego muzeum archeologicznego, o którym Piotr nigdy nie słyszał, choć przecież mieszkał w tym mieście od urodzenia. Drugi agent również wysiadł, ale nie otworzył mu drzwi. Król wiedział, że strażnik musi mieć cały czas wolne ręce, gdyby nagle musiał sięgnąć po broń. Wyszedł więc sam, zapiął marynarkę stylizowaną na historyczny mundur i poprosił go, by towarzyszył mu do drzwi Aldony, nie dalej.

– Do środka wejdę tylko ja – oznajmił tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Dobrze wiedział, że było to niezgodne z procedurami, ale nie pierwszy raz je łamał. Strzegący go agenci pogodzili się z tym już dobre parę lat temu. Z trudem, ale jednak się pogodzili. Piotr nigdy nie pchał się w prawdziwie niebezpieczne sytuacje, poza tym dobrze wiedzieli, że jest wyszkolony podobnie jak oni. Nie mieli pojęcia, kiedy i gdzie nabył takie umiejętności, ale potrafił czasem przyjść na trening i ich zaskoczyć. Bił się całkiem nieźle, a bronią białą walczył lepiej niż niejeden strażnik. Jeśli chodzi o palną, to strzelał może bez wielkiej wprawy, ale na tyle dobrze, by bez problemów wpakować w kogoś kulkę. Piotr zdawał sobie sprawę, że to on był ostatnią linią obrony siebie i swojej rodziny. W trudnej sytuacji musiał dać radę.

Teraz jednak nie będzie potrzeby korzystać z tych umiejętności, przynajmniej taką miał nadzieję. Gdzieś w okolicy agenci z drugiego zespołu, którzy dotarli tu wcześniej, już tkwili na swoich pozycjach. Piotr może dałby radę ich zlokalizować, ale nie rozglądał się jakoś specjalnie. Przywykł do obecności ochrony, tej dyskretnej i tej ostentacyjnie wręcz kłującej w oczy.

Wszedł na podwórko Aldony – furtka była otwarta – i pewnym krokiem skierował się wprost pod drzwi. Wysypany jasnym żwirem podjazd był długi, poświęcił więc chwilę, by obejrzeć posesję. Ściany średniej wielkości całkiem nowego domu pomalowano na szaro, ciemny dach wyraźnie się od nich odcinał. Ogródek raczej praktyczny, ale zadbany, z równo przystrzyżonymi trawnikami. W kącie po lewej Piotr zauważył piaskownicę i porozrzucane wokół kolorowe dziecięce zabawki. Pomyślał, że mógłby tu mieszkać, okolica była spokojna, a dom wyglądał na przytulny.

Dziwiła go jedna rzecz: jeszcze nikt nie wyszedł mu na spotkanie. Nie wierzył, by Aldona nie miała magicznych zabezpieczeń informujących o pojawieniu się intruzów. Czyżby nie było jej w domu? Pod garażem stało co prawda ciemnoczerwone kombi, ale to jeszcze o niczym nie świadczyło. Zatrzymał się na podpartym dwoma kolumienkami ganku, przybrał uprzejmy wyraz twarzy i energicznie zastukał do drzwi. Strażnik stanął za jego plecami, by pilnować wejścia – nie było mowy, by w trakcie wizyty ktokolwiek wszedł do budynku. Po dłuższej chwili Aldona otworzyła drzwi. Dorównywała mu wzrostem, lecz Piotrowi zdawało się, że nad nim góruje – stała odrobinę wyżej. Wrażenie potęgowało gniewne spojrzenie, którym go obrzuciła. Na ręku miała około dwuletnie dziecko, chłopca.

– Dzień dobry, pani Wysocka – zaczął, jak zwykle bardzo uprzejmie. – Przepraszam za niespodziewaną wizytę, ale chciałbym z panią porozmawiać. Mogę wejść do środka?

Odpowiedziała mu złowroga cisza, która trwała dwie, może trzy sekundy.

– Zapraszam – odrzekła w końcu i odeszła w bok, by wpuścić go do domu.

Nie wykonała żadnego ukłonu, ani nawet skinięcia głową, ale w końcu trzymała dziecko… albo ze względu na dawne urazy nie chciała tego robić. Piotr rozumiał, choć nie był zadowolony. Lubił, gdy podczas powitania ludzie okazywali mu szacunek, choć później zwykle skracał dystans i starał się sprawiać jak najprzyjaźniejsze wrażenie. No chyba, że był zły, wtedy rozmowa wyglądała inaczej. Rzadko bywał naprawdę rozgniewany, a na pewno nie mógł pozwolić sobie na złość teraz, gdy przyszedł do czarodziejki po prośbie.

Przeszedł za kobietą do nowocześnie, minimalistycznie urządzonego salonu, w którym – jak na podwórku – panował delikatny nieporządek spowodowany obecnością małego dziecka. Piotr uśmiechnął się w duchu, bo sam doświadczał podobnych rodzicielskich problemów. On przynajmniej miał służbę, która wybawiała go od drobnych codziennych trudności. A Aldona miała magię, więc kwestia tego, kto z ich dwójki był bardziej uprzywilejowany, pozostawała otwarta.

Synek czarodziejki patrzył na króla szeroko otwartymi jasnobrązowymi oczętami, aż matka odłożyła go na kolorową matę, gdzie natychmiast przeniósł zainteresowanie na grające zabawki.

Ciekawe, czy Aldona sama mu to kupiła, czy dostała w prezencie od kogoś, kto jej nienawidzi… Może od Weroniki? – pomyślał Piotr. Przechodził już przez fazę wyjmowania baterii i odrywania kabelków od niemiłosiernie piszczących głośniczków.

– O czym będziemy rozmawiać?

Ostry głos kobiety przywrócił go do rzeczywistości. Żadnego „Może usiądziesz” czy „Czego się napijesz”. No dobrze, skoro chciała konkretów, to je dostanie.

– Nina Kowalik. Co pani o niej wie?

– Nowa liderka. Młoda, wydaje się miła. Rozmawiałam z nią raz. Czy to wszystko? Za jakąś godzinę wróci mój mąż, chciałabym już wtedy być sama. Chociaż jeśli mam jeszcze raz zostać aresztowana, to może lepiej poczekajmy na niego, żeby Nikoś nie został bez opieki – zakończyła jadowitym tonem.

Tamto aresztowanie… Wciąż miała pretensje, chociaż minęło pięć lat. Dla dobra sprawy Piotrek postanowił przyznać się do małej manipulacji.

– Pani Wysocka, wtedy została pani aresztowana tylko dlatego, że sprowokowałem panią do ataku. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że gdybym tamtego dnia zachowywał się inaczej, nie doszłoby do żadnego incydentu.

Matka lubiła powtarzać, że niczym nie da się bardziej upokorzyć agresywnego rozmówcy, niż zachowując wobec niego pełnię kultury. Piotr uważał, że czasem potrzeba czegoś więcej; uważał też, że matka nie zawsze bywała tak grzeczna, jak jej się wydawało. Teraz zwykła uprzejmość powinna wystarczyć, pozostał więc przy swoim trochę oficjalnym, a jednocześnie ciepłym tonie, którego zwykł używać podczas wystąpień publicznych. Co więcej, po ujawnieniu jednej rewelacji mówił dalej:

– Powinna pani mieć świadomość, że zrobiłem to niejako dla pani dobra, by nie dopuścić do podniesienia statusu pani małego kółka towarzyskiego do rangi organizacji terrorystycznej. I od razu zaznaczam, że pamiętny pożar przy Szkolnej nie był wynikiem pani działań.

Dopiero to zainteresowało Aldonę. Przymrużyła oczy, przez chwilę intensywnie nad czymś rozmyślała, aż w końcu zdecydowała się na normalną rozmowę.

– Dominika… Ona potem przestała się ze mną kontaktować. Nigdy nie powiedziała, co tak właściwie się wtedy wydarzyło.

Usiadła na kanapie, więc król również spoczął. Za to mały Nikodem wstał i zaczął powoli obchodzić stolik kawowy. Piotrek poczuł przemożną ochotę podejścia i asekuracji dziecka, choć przecież nie było jego, a matka posługiwała się telekinezą, którą uratuje malucha przed upadkiem szybciej, niż on zdołałby wyciągnąć ręce.

– Nie powiedziała, bo nie mogła. A panowie Adrian Lenica i Leszek Turzański nigdy nie wiedzieli, co tak naprawdę wydarzyło się tamtej nocy.

Piotr wciąż świetnie pamiętał nazwiska obu magów, zresztą zaraz wrócił myślami do sierpniowego wieczoru sprzed pięciu lat. Było groźnie, i to nie tylko dlatego, że w pożarze zginęło siedmioro ludzi. Trójka magów, w tym pracująca dla niego Dominika, wykorzystała trwające właśnie comiesięczne spotkanie krwiopijców i spaliła siedzibę jednego z nich, potężnego i wpływowego Angela. Coś takiego groziło wybuchem regularnej wojny. Wampiry zdążyły uciec, ale siedmioro niewolników nie miało takiego szczęścia. Niewolnicy… Niby wyłączeni spod jego jurysdykcji na mocy bardzo niejasnych i nigdzie nie spisanych ustaleń, ale dla opinii publicznej obywatele jak wszyscy inni. Zgodnie z literą prawa powinien ich chronić. Znów problem, ten cholerny problem niewolnictwa, którego rozwiązania ciągle nie widział… Przynajmniej poszkodowany Angelo za nic miał utratę majątku i nie szukał zemsty.

Dosłownie kilka dni wcześniej Aldona Wysocka stworzyła kanapową rebelię magów, której nie podobała się pobłażliwa – ich zdaniem – polityka w stosunku do wampirów prowadzona przez króla i Voltaliusa. Spiskowcy przeprowadzili tylko jedno spotkanie informacyjno-zapoznawcze, ale Piotr i tak postanowił zareagować dość ostro, dlatego zaprosił ją do siebie i skutecznie ją sprowokował. Dwa miesiące aresztu raz na zawsze wybiło jej z głowy politykę; niejasna – dla niektórych – śmierć największego zwolennika Aldony i partnera w magicznej rewolcie również mogła mieć na to wpływ. Potem, zgodnie z przewidywaniami króla, kobieta skupiła się na rodzinie.

– Czy jest sens pytać, co się wtedy wydarzyło?

A więc jednak była ciekawa. Mógł ujawnić strzęp informacji.

– Dominika znajdowała się pod wpływem obcych sił, którym nikt z nas nie jest w stanie się oprzeć, niestety – wyjaśnił krótko. – Ale nie przyszedłem tu, by wspominać dawne dzieje. Nina Kowalik… – powtórzył nazwisko czarodziejki. – Panie nie znają się bliżej, wierzę w to. Myślę jednak, że pod pewnymi względami dogadałyby się panie znakomicie. Nina podziela pani poglądy, przynajmniej te na temat wampirów w moim otoczeniu.

Zamilkł i obserwował reakcję Aldony: mieszankę zrozumienia i zaniepokojenia doskonale widoczną na jej twarzy.

– Coś się dziś stało. To była ona? Wyczułam zmianę w magii, jakieś echo…

– Rozniosła wszystkie bariery, którymi moi magowie przez lata otaczali Wawel, nic specjalnego – zbagatelizował Piotr. – A, no i jeszcze chce zabić wszystkie służące mi wampiry. Żadne wielkie rzeczy, prawda?

Aldona spuściła wzrok. Czyżby jej nienawiść do krwiopijców zmalała przez lata? Chyba tak, bo najpierw zapytała o kuzynkę:

– A co z… Weroniką?

– Żyje. – Uśmiechnął się pod nosem, bo wampiry nie były do końca żywe, nie w tradycyjnym rozumieniu tego słowa. – Siedzi w lochu, zamknięta w kręgu. Kowalik powiedziała, że zabije ją, jeśli kogokolwiek ugryzie, więc zadbałem o to, żeby nie ugryzła, aż do czasu, gdy będzie to bezpieczne.

– Bezpieczne znaczy… Czy masz zamiar zabić Ninę, mój panie?

Proszę, nagle przypomniała sobie tytuł. Piotr poczuł z tego powodu głęboką satysfakcję. No i zadała całkiem trafne pytanie.

– Mam zamiar przekonać ją do współpracy na dokładnie tych samych warunkach, jakie ustaliłem wcześniej z Voltaliusem – odpowiedział szczerze. – I Piotrek, dziś wystarczy Piotrek.

Uśmiechnął się do niej serdecznie i znów obserwował reakcję. Aldona straciła wojowniczy nastrój, wydawała się nieco przygaszona. Część uwagi poświęcała synkowi, ale większością świadomości odleciała gdzieś bardzo daleko. Postanowił pomóc jej wrócić na ziemię.

– Nina Kowalik – powtórzył. – Jeśli tu przyjdzie i będzie chciała z panią rozmawiać… Proszę tylko, byś opowiedziała jej swoją historię, pokazała dom, męża, dzieci. Pokazała coś, co może mieć, gdy przestanie bawić się w rewolucję. Tylko tyle. Mogę na ciebie liczyć?

Specjalnie przeszedł na „ty”, specjalnie poprosił o drobną w gruncie rzeczy przysługę. Nie była jego przyjaciółką, nigdy nie wyraziła najmniejszej chęci służenia królestwu, nawet z racji bycia magiczką nie do końca podlegała jego władzy, ale jeśli zdoła przemówić Ninie do rozumu, warto było przyjść tu i prosić. Gdyby nalegał, żądał i rozkazywał, mógłby uzyskać efekt wręcz przeciwny od zamierzonego.

Aldona niczego nie obiecała, nie składała przysiąg ani zapewnień, jedynie kiwnęła głową. Raz jakby nieśmiało, z roztargnieniem, po chwili bardziej zdecydowanie. Spojrzał w jej ciemne oczy i nie zobaczył niechęci.

Tyle wystarczyło Piotrowi. Pożegnał czarodziejkę, a potem, w samochodzie, rozmyślał o tej dziwnej sytuacji, której nikt nie przewidział. Jeszcze wczoraj żył normalnie, a jego największym zmartwieniem było zbliżające się posiedzenie Rady, na którym razem z Pawłem Krajewskim z Instytutu Nauki mieli dyskutować nad najlepszym sposobem ujawnienia jak dotąd utajnionego projektu. A dziś uzdolniona magicznie gówniara przewróciła do góry nogami coś, co budował od siedmiu lat. I działało, zazwyczaj ludzko-wampirzo-magiczna kooperacja sprawdzała się nadspodziewanie dobrze.

Co robić, gdy siedziało się głęboko w przysłowiowej czarnej dupie? Nie mógł wykorzystać swoich magów, by nie prowokować Niny do zaostrzenia konfliktu. Z oczywistych względów nie dysponował również wampirami. Nie miał prawa zaangażować w to całego aparatu państwowego, w końcu oficjalnie magiczka nie zrobiła niczego złego. Pozostali ludzie, starzy, dobrzy przyjaciele: Justyna, która jeszcze o niczym nie wiedziała, Michał, którego wysłał już na obserwację, i Anka, która… Która odeszła, rzuciła bewu i przeniosła się do policji, bo przycisnął ją trochę za mocno. Myślał, że dziewczyna zdoła zastąpić Weronikę po tym, co… Po tym, co się stało, ale zrzucił jej na barki za duży ciężar.

Dlatego też postanowił nie zawracać głowy Ance, a i Justynę poinformować raczej w ostateczności. W końcu problemem nie była wroga armia, anarchokomuniści, działania obcego wywiadu, nawet nie gangsterzy ani zwyczajni bandyci, tylko jedna, na razie osamotniona w radykalnych poglądach dziewiętnastolatka.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (7)

  • MKP 5 miesięcy temu
    Nie mieli pojęcia, kiedy i gdzie nabył takie umiejętności, ale potrafił czasem przyjść na trening i ich zaskoczyć. - a ja wiem🤭🤭🤭

    Matka lubiła powtarzać, że niczym nie da się bardziej upokorzyć agresywnego rozmówcy, niż zachowując wobec niego pełnię kultury. - mądra Królowa. Nic tak nie pieni wkurzonych ludzi, co spokój.

    tylko jedna, na razie osamotniona w radykalnych poglądach dziewiętnastolatka. - taka nastolatka i bez mocy to apokalipsa
  • Vespera 5 miesięcy temu
    Ej, ja jak miałam dziewiętnaście lat, to już byłam w miarę normalna... Ale jakbyś zobaczył mnie dwa lata wcześniej ]:->
  • MKP 5 miesięcy temu
    Vespera ja, jak miałem 19 lat, to byłem normalny, za to teraz...
  • Vespera 5 miesięcy temu
    Teraz to już szkoda gadać...
  • droga_we_mgle 5 miesięcy temu
    Coraz więcej wątków i nowych postaci się pojawia i wychodzi Ci to świetnie, ale ja się zastanawiam również, gdzie nasza Klaudia się podziała? :)

    "Piotrek poczuł przemożną ochotę podejścia i asekuracji dziecka" - też mam takie skrzywienia... nieważne, że dziecko nie moje, że jest z opiekunem, i tak popatruję dyskretnie (mam nadzieję), czy wszystko w porządku, dopóki nie zejdzie mi z pola widzenia... Kiedyś usunęłam trzylatka spod drzwi otwierających się na zewnątrz... na 10 sekund zanim ktoś je zamaszyście otworzył.

    Bardzo lubię określenie ,,kanapowa rebelia magów" 😄

    "Dla dobra sprawy Piotrek postanowił przyznać się małej manipulacji." - dziwne zdanie, to miało tak być...?

    Pozdrawiam ~
  • Vespera 5 miesięcy temu
    Klaudia gdzieś tam jest i jeszcze wróci, by odegrać pewną rolę, ale to opko ma jakby bohatera zbiorowego. Chciałam się skupić na opisaniu jednej sprawy, jednego kryzysu, no i jak w życiu, jedni będą mieć do zrobienia więcej, inni mniej, jedne wątki się urwą, inne zaprowadzą donikąd, coś się nagle wydarzy... No zresztą się wszystko okaże, jesteśmy gdzieś w połowie właściwej akcji.

    Z tym instynktem opiekuńczym wobec dzieci to ja tak nie mam, ale wyobrażam sobie, że ktoś może mieć - i jak widać słusznie sobie wyobrażam.

    Kanapowa, bo jakby ich dobrze ścieśnić, to rebelianci by się na jednej kanapie zmieścili :D

    Dla dobra obecnej sprawy Piotrek przyznał się do tego, że manipulował zachowaniem Aldony w przeszłości, to miałam na myśli. Jest tu coś niejasnego w tym zdaniu?
  • Vespera 5 miesięcy temu
    Już wiem, co miało być w tym zdaniu - zjadłam "do" i mózg mi je za każdym razem wstawiał domyślnie :D

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania