Niepokorne czarodziejki - rozdział 8

Piotr znów wybierał się na rozmowę z wkurzoną dziewczyną, choć tym razem nie czarodziejką. Odległość była niewielka, ale pojechali samochodem – on i Michał. Chciał rzucać się w oczy jeszcze mniej niż podczas wizyty u Aldony. Po drodze pogratulował Michałowi sprawnego działania: agent zdołał szybko ogarnąć ustalenie wspólnej wersji z ludźmi Angela i poinstruować ich, jak mają współpracować z policją i technikami – a wszystko to telefonicznie, gdyż wiadomość o ataku Niny zastała go w Ostrołęce. Po pięciu godzinach jazdy wrócił do stolicy, zdążył odwiedzić miejsce zbrodni, pogadać z policjantami prowadzącymi śledztwo, a teraz, późnym wieczorem, jeszcze raz tam wracał – chociaż król zapowiedział, że wchodzi do domu wampira sam.

Nie bał się i nie czułby lęku nawet, gdyby gospodarz był obecny. Owszem, wampiry to śmiertelnie groźne stworzenia i nigdy nie można było ich lekceważyć, ale Piotrka, jako władcę, chronił specyficzny immunitet zapewniany przez Porozumienie zawarte pomiędzy magami a wampirami sto pięćdziesiąt cztery – jak szybko policzył w pamięci – lata temu. Teraz miał rozmawiać z ludźmi, co przecież całkiem dobrze mu wychodziło. Dominika wspominała, że ta kobieta, Lara, nie była zbyt uprzejma, ale da sobie radę i z niemiłymi wampirzymi niewolnikami. Mogli mieć pretensje, bardziej lub mniej słuszne, mogli wygarnąć mu to i owo, ale przecież przyszedł im pomóc, nie czuł się więc zagrożony.

Zresztą Weronika opowiadała mu o niewolnikach. Przeważnie byli to ludzie wpatrzeni w swojego wampirzego właściciela jak w obrazek, dumni, wbici w poczucie wyższości wobec szaraczków nieznających prawdy o magicznej stronie rzeczywistości, dlatego Piotr przygotował się na szorstkie przyjęcie. Ale byli też inteligentni – ponoć Angelo nie cierpiał głupców w swoim otoczeniu – więc nie powinni zrobić niczego, czego potem mogliby żałować. Atak na króla niewątpliwie zaliczał się do rzeczy bezdennie wręcz głupich.

Został wprowadzony do środka przez milczącego, postawnego mężczyznę po czterdziestce. Wyglądał naprawdę groźnie: ogolona głowa, ponura mina, doskonale widoczne pod obcisłą koszulką mięśnie z gatunku tych uzyskanych ciężką pracą, nie sterydami i siłownią. Można było się przestraszyć, zwłaszcza że Piotr miał świadomość, kim jest ów człowiek – współczesnym gladiatorem, wojownikiem zabijającym innych na arenie ku uciesze wampirów, i nie tylko wampirów… Kolejny problem, którego nie udało się jeszcze rozwiązać, choć Weronika miała już pewne sukcesy w jego ograniczaniu.

Teraz jednak mężczyzna, choć był pewnie zdolny skręcić kark Piotra jednym ruchem wielkich dłoni, przywitał go oszczędnym skinieniem głowy, po czym dał znak, by iść za nim.

– Piotr Piast. – Król przedstawił się grzecznie, ale nie otrzymał odpowiedzi.

Z zewnątrz rezydencja wampira składająca się z trzech przylegających do siebie budynków niczym nie różniła się od innych kamienic w okolicy, chociaż przecież była nowa, odbudowana po pożarze. Wewnątrz przypominała pałac, który śmiało mógłby stać gdzieś pod błękitnym niebem słonecznej Italii i należeć do któregoś z książąt lub dożów. Korytarze wręcz ociekały luksusem: jasne marmury, kolorowe, wzorzyste tapety, zapewne ręcznie malowane w damasceńskie ornamenty. Wiszące na ścianach kinkiety wyglądały na przynajmniej pozłacane, a światło ich żarówek… Piotrek nie miał pojęcia, czy to magia, czy odpowiednio dobrana liczba Kelwinów, ale dawały taki blask, jakby korytarze zalewały potoki śródziemnomorskiego słońca.

Skąd wampir miał pieniądze? Pięć lat temu w tym miejscu straszyły dymiące zgliszcza… No cóż, kiedy żyje się pół tysiąca lat, widocznie ma się czas na zgromadzenie odpowiednich środków.

Piotr porzucił rozważania o nie swoim majątku – zwłaszcza że firmy prowadzone przez wampiry słynęły z przestrzegania prawa i płacenia podatków na czas – i wrócił do rzeczywistości. Człowiek Angela przystanął przed zaplombowanymi i zaklejonymi policyjną taśmą drzwiami.

– Mogę otworzyć – powiedział. – Ale mamy też boczne wejście.

– Wejdźmy więc bocznym, nie ma sensu tego zrywać. – Wskazał głową na zabezpieczenia.

Po chwili dotarli do pustego pomieszczenia, przypominającego pałacowy przedpokój. Mężczyzna zatrzymał się pod ścianą pomiędzy dwoma sporymi obrazami olejnymi. Jedno malowidło przedstawiało scenkę rodzajową na targu jakiegoś italskiego miasta; stroje postaci wskazywały na piętnasty, góra szesnasty wiek. Na płótnie obok nagi mężczyzna obejmował ramieniem nagą kobietę, w drugiej ręce trzymał widły. Zapewne była to jakaś scena mitologiczna, ale Piotr jej nie rozpoznawał, chociaż widły, a właściwie trójząb, wskazywał na morskie bóstwo. Pomiędzy dziełami sztuki ziała dziura, pusta przestrzeń, w której śmiało zmieściłby się jeszcze jeden obraz. Pusta, dopóki mężczyzna nie powiedział:

– Drzwi są przed nami.

No tak, iluzja. Prosta sztuczka, którą pokazywali mu zarówno Volt, jak i Weronika. Cały myk polegał na tym, że iluzja wydawała się prawdziwa tylko wtedy, gdy nie wiedziało się, że nią jest. Muskularny mężczyzna zasugerował, że ściana nie jest ścianą, lecz drzwiami, więc od razu je zobaczył: białe, zdobione złotem, jednoskrzydłowe przejście do kolejnego pokoju.

Ale to nie był pokój, lecz mała sala muzyczna. Uwagę od razu przyciągał czarny koncertowy Steinway, który zajmował chyba tyle miejsca, co jakiś niewielki miejski samochód. Instrument prezentował się wspaniale na tle jasnej, marmurowej podłogi i śnieżnobiałych prostych firan. Piotr nabrał ochoty, by podnieść wieko klawiatury i zagrać jakąś melodię. Kiedy był dzieckiem, matka właściwie zmusiła go do lekcji muzyki. Wciąż pamiętał kilka prostych utworów... Poczuł jednak, że nawet samo dotknięcie fortepianu wampira bez pozwolenia byłoby wielkim nietaktem.

Naprzeciw ustawiono miękkie sofy z oparciami przywodzącymi na myśl muszle przegrzebków, obite błękitnym i złotym aksamitem, a także małe stoliki ze złoconymi nogami i marmurowymi blatami. Atmosfera zaiste niczym w pałacowej salce koncertowej, w której urządzano wieczorki poetyckie i występy lokalnych pianistów. Część „dla publiczności” oddzielał od fortepianu rząd czterech białych kolumn. Trzecią, licząc od zamaskowanego iluzją wejścia, szpeciła plama zaschniętej krwi.

Technicy zakończyli już pracę na miejscu zbrodni, mógł więc podejść naprawdę blisko, ale tego nie zrobił. Miał ludzi, którzy potrafili wyciągnąć ze śladów wszystko, co tylko możliwe. Zresztą tu sytuacja okazała się prosta i nie trzeba było ekspertów, by stwierdzić, że magiczka cisnęła biedną dziewczyną tak mocno, że rozbiła jej głowę o kamienną kolumnę. Pytanie brzmiało: zrobiła to umyślnie czy przypadkiem? To znaczy tak brzmiałoby najważniejsze pytanie w zwykłym śledztwie w sprawie morderstwa, bo to tutaj… Przykro było nawet tak myśleć, ale śmierć Joanny Paw to tylko wygodny pretekst do zdobycia lepszej pozycji negocjacyjnej z niepokorną czarodziejką. Teraz jednak przyszedł porozmawiać, lecz na razie jego przewodnik milczał jak zaklęty.

– Przykro mi z powodu tego, co przydarzyło się twojej przyjaciółce – powiedział i spojrzał mu w oczy. – Schwytanie i ukaranie jej morderczyni będzie trudne, obaj doskonale to wiemy. Dlatego nie zapewniam, że sprawiedliwości stanie się zadość, mogę jedynie obiecać, że zrobię wszystko, by do tego doszło.

Mężczyzna nie odzywał się przez dłuższą chwilę, po czym odwrócił wzrok i wymamrotał zmienionym głosem:

– Nie było mnie tu… Gdybym nie poszedł do restauracji, gdybym został… Zdążyłbym może…

Wyciągnął przed siebie dłoń, rozprostował palce, a potem zacisnął, mocno. Tak mógłby zaciskać je na czaszce pewnej nastoletniej czarodziejki, aż chrupnęłaby jak dojrzały melon.

– To nie jest twoja wina, nawet tak nie myśl. – Piotr zareagował stanowczo. – Wiem, że teraz to trudne, ale w takich przypadkach winna jest tylko jedna osoba: sprawca. I, wybacz, ale nawet gdybyś był na miejscu… To magiczka. Nie jestem pewien, czy dałbyś radę cokolwiek zrobić.

Piotr nie był pewny, czy on sam jest w stanie cokolwiek zrobić. Chciałby się dogadać, ale to wydawało mu się coraz mniej prawdopodobne. Mógł obiecać Ninie nietykalność w zamian za współpracę, ale nie sposób było przewidzieć, jak na to zareaguje. Pozostawała opcja rozwiązania ostatecznego, czyli Michał i snajperka. Nie, raczej nie wykonałby takiego rozkazu, w przeciwieństwie do choćby Weroniki, miał jakąś moralność. Zresztą Piotr uważał go za przyjaciela, nawet nie chciał wydawać mu takiego polecenia. Więc ostatecznie jakiś dobrze wyszkolony agent, który nie będzie zadawał pytań. Ryzykowne, zawsze istniała możliwość przecieku. Był jeszcze jeden sposób, na który liczył w skrytości ducha. Specjalnie kazał Klaudii nie wtrącać się w tę sprawę. Nastolatki nigdy nie słuchają, więc może uda się jej przekonać koleżankę? W końcu znały się pięć lat, razem studiowały magię, dzieliły ten sam sekret. Miał niewypowiedzianą nadzieję, że młoda kuzynka zbuntuje się przeciw jego poleceniu i nawiąże kontakt z Niną.

Rozmyślania przerwał mu dobiegający od strony wejścia odgłos obcasów stukających szybko o marmurową posadzkę.

– No właśnie! Właśnie! To pierdolona czarodziejka, i niby jak ją teraz złapiesz, co?

Wykrzyczane głosem pełnym pasji oskarżenia rozniosły się echem po sali. Piotr odwrócił się i z zaciekawieniem obrzucił wzrokiem kobietę w niebieskiej sukience, która tak bezceremonialnie wkroczyła na miejsce zbrodni. Obstawiał, iż to Lara Czarnkowska, która zgłosiła Dominice przestępstwo i przy okazji narobiła zamieszania przy bramie. Była wkurzona, wręcz wściekła, rozemocjonowana, trochę agresywna. I ładna.

Muskularny mężczyzna spróbował uciszyć ją podniesieniem dłoni.

– Lara, proszę… Czy mogłabyś trochę ciszej… – powiedział spokojnie.

– Nie, nie mogłabym, Hubert, kurwa! Nie mogłabym, bo Asia nie żyje, a ja pół dnia już byłam spokojna przy tej pierdolonej policji. Masz fajkę? – zwróciła się do Piotrka z natarczywym pytaniem.

– Niestety nie palę – odpowiedział jej.

Klepnęła się w udo, jakby szukała czegoś w kieszeni, której obcisła sukienka nie posiadała.

– Daj mi jakąś kasę, skoczę do sklepu.

Wyciągnęła dłoń do Huberta, a ten wyjął z portfela dwudziestozłotowy banknot i podał jej ze zrezygnowanym westchnięciem. Bez słowa podziękowania obróciła się na pięcie i wyszła, znów stukając obcasami.

– Przepraszam za Larę, miała dziś wyjątkowo ciężki dzień – wytłumaczył ją mężczyzna spolegliwym tonem. Miał na imię Hubert, Piotr postanowił, że będzie się tak do niego zwracać. – Normalnie się tak nie zachowuje. Ale ma trochę racji. Ta magiczka… Potrafi czarować, a to chyba komplikuje sprawę.

Do sali zaczęli wchodzić inni ludzie. Z początku powoli, nieśmiało, jakby potrzebowali zachęty, a przynajmniej braku protestu ze strony Huberta, który najwyraźniej tymczasowo został ich liderem. Miało to sens, był chyba najstarszy z nich wszystkich. Reszta wyglądała młodo, młodziej od Piotra, który skończył w tym roku trzydzieści osiem lat.

Kobiety i mężczyźni, ze zdecydowaną przewagą kobiet: naliczył cztery panie. Miał żonę, ale miał też oczy, zauważył więc, że wszystkie są bardzo atrakcyjne. Wysokie, szczupłe, długowłose… Apetycznie krągłych ciał podkreślanych skąpą, świetnie dopasowaną garderobą w różnych odcieniach błękitu nie powstydziłyby się najlepsze modelki bielizny. Chyba mieli z Angelem podobny gust. Tamta młoda czarnulka nawet przypominała Tatianę. Skinął jej głową i przestał się gapić. Nie odpowiedziała. Pomyślał, że ludzie wampira, nagle przez niego opuszczeni, zostawieni z ciałem koleżanki na podłodze, nie wiedzieli, jak mają zareagować, kogo słuchać. Byli jak zagubione dzieci, zdani na pastwę losu bez żadnych wskazówek. Poczuł delikatną złość na Angela. Jego… niewolnicy służyli mu wiernie, powtórzyli policji spójną bajeczkę, wreszcie zostali tu, chociaż mogli rozjechać się do domów. Wampir winien być za nich odpowiedzialny we wszystkich znaczeniach tego słowa – i właśnie udowodnił, że są dla niego niczym.

Wrócił do teraźniejszości i jeszcze raz powiódł wzrokiem po zgromadzonych. Mężczyzn było dwóch, obaj zbudowani jak bokserzy wagi ciężkiej. Jeden był jeszcze nastolatkiem, drugiemu dałby góra trzydziestkę. Niebezpieczne typy, widział to w ich sposobie poruszania, ale w oczach krył się lęk. Westchnął w myślach i postanowił wlać im w serca choć trochę otuchy.

– Nina Kowalik – zaczął. – Czarodziejka. Młoda, narwana czarodziejka. Tak, Hubert powiedział prawdę: to spora komplikacja. Ale jakieś pięć lat temu mieliśmy podobny przypadek. Mag, zdawałoby się doświadczony i stateczny, zabijał ludzi. Był zwykłym seryjnym mordercą, który wyrywał serca kobiet poznanych na portalach randkowych i trzymał pukle ich włosów w drewnianej skrzyneczce ukrytej w piwnicy. Dowiedzieliśmy się o tym przypadkiem, po prostu kiedyś zostawił przy życiu świadka, który był w stanie go zidentyfikować. – Bo nie znał podstawowej zasady: żadnych świadków, pomyślał, ale nie uznał za stosowne powiedzieć tego głośno. To nie był odpowiedni moment na jego specyficzne poczucie humoru. – Ciężko jest utrzymać maga w lochu i myślę, że równie ciężko byłoby skazać go na śmierć i powiesić, więc nasz magiczny seryjny morderca dostał kulę w łeb od „nieznanych sprawców”. Oficjalnie sprawa nie została jeszcze rozwiązana… Ale dla mnie najważniejsze jest, że nie skrzywdzi nikogo więcej.

Pominął wiele szczegółów. Mag, Sławomir Nowak, o ile dobrze pamiętał imię i nazwisko, zabił też co najmniej jedną wampirzycę: jeden pukiel blond włosów ze skrzynki nie należał do człowieka. I również wampirzyca była nieznaną sprawczynią, jego wierna Weronika zdjęła tego skurwiela jednym strzałem. Śmiało mogła zrobić to samo z Niną Kowalik, ale to było zbyt niebezpieczne – czarodziejka musiała wiedzieć, że ją ścigają i jakoś przygotować się na tę ewentualność, zresztą pałała żądzą mordu na wszystkich wampirach, które mu służyły. A on był odpowiedzialny za swoich ludzi i nieludzi. Nie wysłałby ich na pewną śmierć, jeśli istniała jakakolwiek alternatywa. Dlatego teraz jego wampiry siedziały w bezpiecznych miejscach, magowie mieli się nie wychylać, a Niną zajmował się Michał i, od dziś, policja. A sam Piotr stał w centrum rezydencji wampira i pocieszał jego ludzi.

Zauważył, że Hubert patrzy na niego w dziwny sposób i przez chwilę nie wiedział, jaka była tego przyczyna. Ale tak, mówił o karaniu morderców, a Angelo zmuszał Huberta do zabijania innych na arenie. Nie chciał teraz tego tłumaczyć, ale uważał za oczywiste, iż tak samo, jak dowódca jest odpowiedzialny za podwładnych, tak wampir jest odpowiedzialny za czyny ludzi, których uznał za swoją własność, więc w tym przypadku nie mogło być mowy o winie człowieka przymuszonego do tak paskudnych czynów. A wampiry… Cóż, one jeszcze rządziły się swoimi, często okrutnymi prawami.

Chętnie pogadałby z Hubertem na ten temat, a może i na różne inne, ale oto Lara wróciła z zakupów i zaburzyła dynamikę relacji w pomieszczeniu, ściągając na siebie całą uwagę.

– No, masz resztę.

Oddała Hubertowi garść monet, po czym zabrała się do otwierania paczki papierosów. Folię rzuciła na podłogę, wyłuskała ze środka jedną fajkę i pochwyciła ją pomiędzy smukłe palce.

– Kurwa mać! – zaklęła nagle. – Nie kupiłam jebanych zapałek!

– Proszę. – Piotr podał jej ogień.

Nachyliła się, przypaliła fajkę i zaciągnęła dymem z wprawą nałogowego palacza. To na pewno nie był jej pierwszy papieros.

– Nie pali, a zapalniczkę nosi – stwierdziła uszczypliwie, jakby zarzucała mu kłamstwo.

– To pamiątka po dziadku.

Piotr zatrzasnął metalową Zippo zdobioną grawerem z kołami zębatymi, które nadawały jej nieco steampunkowego stylu.

– Tak? A myślałam, że po dziadku odziedziczyłeś koronę, nie zapalniczkę.

Uśmiechnął się do kobiety bardzo uprzejmie, bardzo dworsko. Ci, którzy znali go najlepiej, wiedzieli, że taki uśmiech nie zwiastuje niczego dobrego. Nie przyszedł tu wszczynać awantury, ale poczuł się nieco zdenerwowany.

– Jak każdy na tej planecie, mam dwóch dziadków. Zapalniczka jest pamiątką po tym, który nie nosił korony – wyjaśnił spokojnie.

Lara nie znalazła odpowiedzi, za to śliczna czarnulka, ta podobna do Tatiany, zdecydowała się zwrócić jej uwagę:

– Może lepiej to zgaś – powiedziała cicho. – Dobrze wiesz, że nasz pan nie pozwala nam palić.

– Wiem, oczywiście, że wiem. – Lara warknęła na dziewczynę, która przecież chciała dobrze. – Niech tylko każe mi zgasić, to od razu to zrobię. Może bić mnie w piwnicy całą noc, tylko żeby tu wrócił…

Urwała, chyba nie mogła wykrztusić z siebie ani słowa więcej. Piotr zauważył w jej oczach łzy. Hubert również, gdyż podszedł i dotknął ramienia koleżanki w pocieszający sposób.

– Wszystko się ułoży. Podobno jest sposób na takich magów. – Popatrzył na Piotra wzrokiem, w którym widać było jakąś nadzieję. – To, co stało się z Asią, jest straszne, ale to nie nasza wina i… poradzimy sobie… jakoś.

Brakowało mu słów – albo nie nawykł do przemawiania, albo nie chciał powiedzieć za dużo. Piotrek wyobrażał sobie, że niewolnik nie może pozwolić sobie na krytykowanie poczynań właściciela, zwłaszcza że ten jeszcze żył. No bo przecież iluzja…

– Pan Angelo żyje – oznajmił nagle. Użył tytułu wampira, gdyż tamten również go tytułował, kiedyś, gdy mieli okazję lepiej się poznać. – Gdy tu wchodziłem, nie zauważyłem drzwi schowanych za iluzją. Jego zaklęcia działają, więc musi żyć. Nie wiem zbyt wiele o magii, ale słyszałem, że rozprasza się dopiero po śmierci głównego użytkownika – zakończył niezbyt zręcznie, gdyż nie chciał nazwać Angela magiem. To byłoby równie obraźliwe, jak trzaśnięcie go prosto w pysk otwartą dłonią.

Teraz wpatrywali się w niego wszyscy, sześć par zaciekawionych oczu, spragnionych wieści – dobrych wieści. Ale cóż więcej mógł im powiedzieć?

– Je… Możemy być pewni? – zapytał Hubert, a Lara nerwowo wydmuchała dym.

– Według mojej najlepszej wiedzy tak właśnie działa magia – potwierdził. – Obserwujemy Ninę Kowalik od pewnego czasu, ale nie podejrzewaliśmy, że może zrobić coś takiego. – Król spojrzał wymownie na zakrwawioną kolumnę. – Jeszcze nie wiemy, dlaczego zaatakowała waszego pana…

Urwał, bo nagle przypomniał sobie jeden szczegół niespodziewanej konfrontacji z młodą czarodziejką. Powiedziała, że zabije wszystkie wampiry, z którymi miał kontakt. Tylko skąd wiedziała, że on i Angelo spędzili ze sobą… jakieś półtorej doby, z przerwami? Dotknęła jego ręki, wtedy musiała odczytać myśli. A to znaczyło, że…

– Przepraszam, muszę już iść. Jestem pewien, że sobie poradzicie. Dbajcie o siebie, razem jesteście silniejsi. – Jego słowa mogły brzmieć jak wyświechtane frazesy, ale szczerze w nie wierzył. Stosował to podejście razem ze swoimi ludźmi i działało bardzo dobrze. – Hubert, zaopiekuj się nimi do powrotu waszego pana, proszę. W razie jakichkolwiek problemów kontaktujcie się z Dominiką Kubacką.

Nie czekał na pożegnania, sam ruszył ku wyjściu. Miał nadzieję, że ta wizyta jakoś przysłużyła się ludziom Angela. Gdy usłyszał o zniknięciu wampira, zapragnął pokazać jego niewolnikom, że jest ktoś, kto o nich pamięta. Przy okazji uzmysłowił sobie, co może być następnym krokiem Niny. I jak mu zapobiec.

W samochodzie nie tracił czasu. Kazał Michałowi wracać na zamek, a sam wyjął telefon i zadzwonił do Malwiny. Potrzebował pilnej teleportacji.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (6)

  • Joan Tiger 5 miesięcy temu
    Powiem ci, że robi się coraz ciekawiej i tekst wciąga. :)
  • Vespera 5 miesięcy temu
    Serdecznie dziękuję!
  • MKP 5 miesięcy temu
    "Lara" - Lara Doren... tantiemy Sapkowskiemu opłaciła?
    "Teraz jednak mężczyzna, choć był pewnie zdolny skręcić kark Piotra jednym ruchem wielkich dłoni, przywitał go oszczędnym skinieniem głowy, po czym dał znak, by iść za nim." - ciekawe jaki ci niewolnicy mają stosunek to władzy państwowej. No bo skoro służysz jedynemu panu, a oni tacy raczej oddani są, to kim jest król?
    "Król spojrzał wymownie na zakrwawioną kolumnę. – Jeszcze nie wiemy, dlaczego zaatakowała waszego pana…" - jak dla mnie mogłaby go zatłuc. świat by tylko zyskał.
  • Vespera 5 miesięcy temu
    Ty ściągasz ze mnie, to ja mogę z Sapkowskiego XD

    Ci pogodzeni ze swoim losem lub wręcz szczęśliwi, mają stosunek obojętny, jakby spotkali kogoś na wysokim stanowisku. Ci, którzy są przetrzymywani wbrew swojej woli, zapewne błagaliby o ratunek. I byłby problem...

    Ja Angela lubię nawet, ale Piotrek by po nim nie płakał. Jedyne, czego się obawia, to tego, że ewentualny następca Angela byłby gorszy.
  • droga_we_mgle 5 miesięcy temu
    "Piotr Piast" - ja: 😀 polskie akcenty, więcej polskich akcentów... a ten najlepszy do tej pory 😀😀

    "Był jeszcze jeden sposób, na który liczył w skrytości ducha. Specjalnie kazał Klaudii nie wtrącać się w tę sprawę. Nastolatki nigdy nie słuchają, więc może uda się jej przekonać koleżankę?" - a ha haa, Piotrek, lubię cię.
  • Vespera 5 miesięcy temu
    Piotrek szczwany lis jest, niby dba o kuzynkę, ale kombinuje, jakby ją tu jednak troszeczkę wykorzystać. A co do polskich akcentów: tu akurat są tylko tłem, nie skupiałam się na nich jakoś szczególnie - aczkolwiek, jak widać na załączonym obrazku, jednak je widać.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania