Poprzednie częściPieśń pokoju cz.1

Pieśń pokoju cz.12

Było dokładnie tak, jak powiedziała. Babcia Makrid – powoli oswajam się z tym tytułem w przypadku jej osoby – obsobaczyła mnie przez filtr Eleny. Wysłuchałem wszystkiego spokojnie, ale uznałem, że należy jej przypomnieć, po co tu jestem. Nie miałem zamiaru siedzieć w pokoju, bo eskalacja wołogoskiego cudu pchała wojnę w kierunku, w którym sprawy mogą przyjąć paskudny obrót. Elena miała zadatki na świetnego mediatora; tam gdzie ja byłem przesadnie delikatny w doborze słów, ona dodawała nieco animuszu, a kiedy Babcia Makrid traciła kontrolę na temperamentem, moja opiekunka wygładzała ostry język Matrony.

Po wymianie zdań okraszonej lekkim szantażem Babcia Makrid nieco ochłonęła. Wyprostowała dumnie plecy, poprawiła rękawy, ułożyła dłonie na podołku i poprosiła, żebym przynajmniej uprzedzał o planowanych poczynaniach, bo: „W tym porządnym domu nie ma miejsca na takie zachowania".

Przytaknąłem dla świętego spokoju i chyba rozeszliśmy się we względnej zgodzie.

Spojrzałem w okno swojej niewielkiej izby. Robiło się ciemno. Pierwszy dzień nie przyniósł rewelacji, ale to mnie zbytnio nie martwiło. Gdyby sprawa była prosta to Soma i Rodovera dawno uporałyby się z tym rzekomym cudem.

Wibrowanie w kieszeni wybiło mnie z rozmyślań. Spojrzałem na ekran zabezpieczonego telefonu, który dostałem od agenta Somy.

– Sensei – Przeczytałem na głos wyświetlony napis. Prawie mnie to rozbawiło. Odebrałem – Słucham.

– Możesz powiedzieć, co ty wyprawiasz w tym Sabacie?

Reto tylko udawał zdenerwowanego. Znałem go na tyle, żeby wiedzieć, kiedy tak naprawdę się wkurwia, choć i wtedy oznaki były subtelne.

– A możesz doprecyzować?

– Babcia Makrid dzwoniła do swojego kontaktu w Somie. Żądała wycofania twojej oburzającej osoby z jej nieskalanego przybytku i przysłanie kobiety.

Czyli zostaje Matrona...

– Zaraz się spakuję.

– Nie żartuj sobie. Masz jakieś pierwsze spostrzeżenia co do tego nadprzyrodzonego bałaganu?

Od razu do rzeczy. Sprawa musiała wymykać się spod kontroli.

– Odwiedziłem dwa miejsca, jedno nierejestrowane w aktach. Oba przypadki identyczne. Rosjanin, prowokacja, chęć rozpętania krwawej jatki, niemoc do użycia broni po stronie rosyjskiej. Próbowałem zajrzeć głębiej w obu tych miejscach, ale nie natrafiłem na nic znaczącego.

– A nieznaczącego?

Usiadłem na łóżku. To było całkiem trafne pytanie.

– Szum. Coś jakby nucenie w tle. Bardzo słabe, ale to może być efekt czasu, jaki upłynął od obu incydentów.

– Czego potrzebujesz, żeby to zbadać?

– Prawdziwej przynęty. Nie możemy czekać na kolejny incydent cholera go wie gdzie. Musimy do niego doprowadzić.

Milczenie po drugiej stronie oznaczało, że ten cwany Szwajcar już obmyśla plan działania.

– Pogadam z Nazarem. Niedługo się do ciebie odezwie. Coś jeszcze?

– Jak bardzo jest źle? Tylko bez owijania w bawełnę.

– Rodovera wezwała ambasadora Somy do swojej siedziby. Ponoć chcą go poinformować o możliwości głosowania nad interwencją w Wołogosku. Jeżeli zdecydują się na użycie swoich zasobów na oficjelach i generałach ukraińskiej armii, to będziemy musieli wyrzucić ich z Porozumienia i bronić kraińskich członków.

– To muszę się pospieszyć.

– Musisz.

Rozłączył się.

Odłożyłem telefon. Robiło się gorąco, a ja szczerze wątpiłem w chęć pomocy Wielkiego Dormy, przecież wyjście z Porozumienia jeszcze umocniłoby jego pozycję silnym „A nie mówiłem!".

Porzuciłem teoretyzowanie; nie chciałem teraz badać politycznych scenariuszy – miałem inne zadanie. Wyciągnąłem szpikulec ozdobiony pęczkiem włosów. Przypominał fikuśny pędzel. Włosy należały do mnie. Kiedyś zapuściłem bujną czuprynę tylko po to, żeby ją ściąć i mieć zapas do artefaktów. Własne są najlepsze do zbierania sygnałów z otoczenia, bo łatwo oddzielić swoje myśli i wspomnienia od tych wchłoniętych.

Wsadziłem do ust szałwiową mieszankę i przypaliłem końcówkę mojego fikuśnego pędzla. Zaciągnąłem się dymem. Siarkowy smród palonych włosów rozmył się w nadchodzącej wizji.

Usiadłem na materacu.

 

Trasa. Renata prowadzi. Drwi z mojej grzywy.

 

Przegoniłem dość przyjemne wspomnienie. Nie tego szukałem.

 

Kobieta w barze, flirtuje ze mną. Mocny seks okraszony powtarzanym „rżnij mnie, wikingu!".

 

Tu odczekałem chwilę zanim odpłynąłem umysłem w inną stronę. Przyjemny pohuk uniesienia kusił podniecającym ciepłem.

 

Uczucie ulgi, kiedy fryzjer ścina zaniedbane kędziory.

 

Nie umiałem dbać o długie włosy, bo nigdy nie musiałem się tego uczyć.

Wizje przygasły.

Znałem je wszystkie na pamięć. Przychodziły w sposób losowy, ale zawsze z okresu zapuszczania mojej wikingowej grzywy.

Zamknąłem twarz w dłoniach.

Co teraz?

Spojrzałem na zegarek. Kwadrans po dziewiętnastej.

Czy mogę sobie pozwolić na zmarnowany dzień?

Złapałem za telefon.

„Masz ochotę na wywiad przy drinku?" – wysłałem.

Widziałem, że odczytała.

„Czy muszę się jakoś przygotować?" – dodała z uśmiech na końcu.

„Tylko ubrać ciepło i mówić prawdę i tylko prawdę"

Musiałem chwilę poczekać na odpowiedź.

„Muszę skonsultować się z prawnikiem"

Parsknąłem śmiechem.

„Proszę napomknąć inkwizycji obyczajowej, że tylko jeden drink i żadnego nagrywania rozmowy"

Nie było kolejnej odpowiedzi. Zacząłem podejrzewać, że trochę przegiąłem z tą inkwizycją. W końcu Matrona Makrid cieszyła się tu sporym szacunkiem. No cóż, najwyżej przeproszę. Dotarło też do mnie, że podczas naszej wycieczki Elena wspominała o śmierci męża, nawet nie wiem, czy to świeża sprawa, a już podbijam z podrywem... Zacząłem wystukiwać SMS-a kajającego, kiedy ktoś lekko zapukał do drzwi.

Otworzyłem.

– To idziemy?

Uśmiechnęła się. Miała na sobie skromną, ale elegancką kurtkę, i chyba nałożyła lekki makijaż, bo wyglądała jeszcze piękniej, niż zapamiętałem.

– Oczywiście. – Zarzuciłem wiatrówkę na ramiona. – Wiemy gdzie?

– Nie zapominaj o opasce. – Wskazała szarfę rzuconą na komodę.

Grzecznie obwiązałem biceps. Ciasno, i tak, żeby widziała.

Uśmiechnęła się na moje pajacowanie.

– Tu może zabraknąć wszystkiego, ale wódki nie zabraknie.

Ruszyliśmy w miasto.

***

Nawet podczas oblężenia, bo inaczej nie można było nazwać sytuacji panującej w Wołogosku, ludzie muszą gdzieś odetchnąć, zapomnieć, złapać kilka łyków normalności. Sytuacji na ulicach nie nazwałbym życiem nocnym, ale pomiędzy kilkoma przybytkami kręciło się więcej ludzi, niż widziałem przez cały dzień. Jeden mężczyzna chwiał się na nogach i przeklinał grawitację, oddając mocz w krzakach. Niestety musieliśmy go minąć. Na całe szczęście był w takim stanie, że nawet nas nie zauważył, pochłonięty rzucaniem bełkotliwych klątw.

Wewnątrz baru panował dość biesiadny nastrój. Usiedliśmy przy kontuarze. Łysy mężczyzna za ladą zmierzył mnie wzrokiem. Uśmiechnąłem się serdecznie i powiedziałem dzień dobry. Polski nieco go ostudził. Łypnął na szarfę i spytał Eleny, czego się napije. Omiotła wzrokiem tablicę za jego plecami, gdzie wypisano kredą, co dziś jest dostępne. Zamówiła jabłecznik, czyli wódkę z syropem jabłkowym. Wziąłem to samo. Rozmawialiśmy po polsku. Spytałem, czy barman nas rozumie. Stwierdziła, że nie jest pewna, więc jeśli chcę rozmawiać o pracy, to możemy przejść na angielski.

Zaimponowała mi. Sam co prawda mówiłem w czterech językach, a w trzech innych mogłem się dogadać, ale miałem świadomość, że mocno wykraczam poza standard: rodzimy plus trochę czegoś innego. Ona też. Poprosiłem, żeby mi opowiedziała o sobie: skąd pochodzi, jak trafiła do sabatu, czym się zajmuje, kiedy akurat nie jest na randce z przystojnym cudzoziemcem?

Zauważyłem, że kiedy się uśmiecha, jest w niej coś kobieco-mistycznego. Jak oddana nocy boginka patrząca z miłością na księżyc i gwiazdy.

Ale się rozmarzyłem... Romantyk, psia mać!

Wypiliśmy kilka kolejek. Elena mówiła coraz śmielej i z większą radością. Zaczęła od dziwnego, choć raczej dobrego dzieciństwa. Matka zmarła młodo, a ojciec wychowywał ją trochę jak syna, bo inaczej nie umiał. Całe szczęście miała jeszcze babcię w Buczy, gdzie często bywała. Babcia należała do lokalnego sabatu i to ona powoli zaszczepiła w Elenie pasję do rzeczy nadprzyrodzonych. Ponoć miała do nich talent, co później okazało się prawdą, a nie tylko pochwałami kochającej krewnej.

O dziwo, pomimo wypitego alkoholu, rozmowa nie zeszła na temat zmarłego męża. Nie pytałem. Założyłem, że to raczej ostatnia rzecz, o której powinno się rozmawiać na pierwszej randce. Po kilku kolejnych szotach mocno zahuczało mi w głowie. Za to moja randka zaimponowała mi po raz drugi, bo dzielnie dotrzymywała mi kroku, pomimo dużo mniejszej masy. Przez chwilę zapomniałem, gdzie jesteśmy. Tu nawet wróble robią połówkę na głowę. Za długo mieszkam w Warszawie... Aperol, whiskey sour, kraftowe piwa.

Kiedy wstałem do toalety, pokład tego statku nagle zakołysał się. Znak, że pora zakończyć imprezę. Musiałem się pilnować, żeby nie reagować na zaczepki Ukraińców. Przecież formalnie nie mogłem ich zrozumieć, a gadali takie rzeczy, że nie raz chciałem przymierzyć pięść do jakiejś napuchniętej gęby.

Elena chyba też miała dosyć, bo kiedy wróciłem, wstała ze stołka, poprosiła o rachunek. Zapłaciłem cały, za co dostałem krótką reprymendę i zwitek banknotów wciśnięty siłą do kieszeni. Podałem jej kurtkę i pomogłem założyć jak prawdziwy dżentelmen. Ukradkiem wsunąłem podarowane mi wcześniej pieniądze do małej kieszonki. Nie zauważyła, obmacała nakrycie nieco panicznymi ruchami, ale tego nie zauważyła.

– Tego szukasz? – Wyciągnałem czapkę przed siebie. – Spadła na podłogę.

Skomentowała, że lepiej czapka niż majtki.

Z mojej perspektywy niekoniecznie, ale może nie w barze. Wróciliśmy powolnym spacerem. Gdybym nie wiedział, gdzie jestem, pomyślałbym, że to spokojne miasto, a nie oblężona twierdza walcząca z oprawcą przy wsparciu dziwnego uroku.

Do sabatu weszliśmy od kuchni. Nie musiałem pytać dlaczego. Też nie chciałem, żeby Reto dostał kolejny telefon informujący o skandalicznym zachowaniu agenta Somy, który zamiast zająć się pracą, uwodzi niewinne dziewczęta. Oczywiście nikt nie zadzwoniłby bezpośrednio do niego, ale wyobrażenie tej sytuacji wydało mi się zabawne.

Z Eleną rozstaliśmy się w korytarzu. Nie nalegałem na ostatniego drinka u mnie w pokoju, choć istniała szansa, że nie dostałbym odmowy. Znów odezwał się we mnie dżentelmen. Koledzy na komendzie skwitowaliby to stwierdzeniem „grzeczni chłopcy nie ruchają", ale ja jakoś nie chciałem, żeby ta młoda kobieta myślała o mnie źle.

Wsadziłem ręce do kieszeni w poszukiwaniu klucza i uświadomiłem sobie, że chcę zrobić coś o wiele gorszego, ale o tym nie musiała się dowiedzieć.

Wszedłem do pokoju, zapaliłem lampkę i usiadłem przy małym biurku. Nie wiem, czy to alkohol, czy po prostu miałem opory przed zdradzeniem zaufania miłej kobiety, ale przecież na szali leżały losy tej paskudnej wojny. Wyłożyłem na blacie kilka długich ciemnych włosów.

Mało. Nie obejdzie się bez wzmocnienia.

Zajrzałem do walizki. Jak na złość, pękaty znicz z czarnym woskiem wepchnąłem na samo dno. Podpaliłem na chwilę, żeby mieć trochę roztopionej parafiny, zwinąłem włosy Eleny w palcach i wymoczyłem w wosku. Prawdziwa rzemieślnicza praca. Wyciągnąłem knot i owinąłem zlepkiem z włosami. Nadeszła pora na nieodłączną część okultystycznych rytuałów – krew. Ta stanowiła łącznik pomiędzy mną a obecnością, którą nasiąkają włosy, kiedy rosną. Rozcięta skóra była jak dziurka od klucza, przez którą można zajrzeć do wnętrza jestestwa, ale wnętrze mogło zrobić to samo. Krew stanowiła drogowskaz, jak oznaczenie szlaku w górach.

Wycisnąłem kilka kropel do znicza i podpaliłem knot.

Nie musiałem wywoływać snu, alkohol sam mnie usypiał, w dodatku miał właściwości uplastyczniające umysł. Postawiłem świeczkę przy łóżku i położyłem się blisko, z głową przytkniętą do szafki. Odpłynąłem niemal natychmiast...

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania