Przeszłość zapuka do drzwi [13]

Wysiadłem przy Alejach i na Karmelickiej wsiadłem w tramwaj linii numer 24. W lusterku z przodu widziałem tego typa. Nie myliłem się, jechał za mną. Na rogu Urzędniczej wyskoczyłem w ostatniej chwili, byłem już niedaleko domu. Nie rozglądałem się, ale wiedziałem, że on też zdążył wysiąść.

Od razu skierowałem swe kroki do Marianny. Murka szalała z radości. Ewa wyszła, a ja położyłem wskazujący palec na ustach. W ciszy weszliśmy do domu. Tak jak myślałem, wszystkie moje rzeczy zostały dokładnie przeszukane i zaopatrzone w nadajniki. Dwie pluskwy zostały zdemaskowane, jedna w torbie, a druga w spodniach, które miałem na sobie. Czekaliśmy na Karawana.

— Tomaszu, jak dobrze, że wróciłeś cały i zdrowy – zagadnęła Marianna. – Tak się bałam o ciebie i jeszcze ten Antoni, jego rwa dobiła mnie definitywnie.

— Babciu, też się bałem i nadal się boję. To już nie są barmana sprawki, to coś więcej – zawyrokowałem ze strachem w głosie. – Oni są gotowi nawet zabić dla pieniędzy. To już mafia.

Marianna poprawiła spadającą z ramion szydełkową chustę z frędzlami i całkiem się rozkleiła. Do tej pory była twarda i mocno stąpająca po ziemi. Teraz ujrzałem rozdygotaną kobietę, bezbronną i kruchą. Objąłem ją ramieniem i przytuliłem jak małe dziecko.

— Tomaszu – wyszeptała – całe życie niosłam ludziom pomoc. Z wykształcenia jestem psychologiem klinicznym człowieka dorosłego. Pracowałam w więzieniu na Montelupich, jako funkcjonariuszka służby więziennej mam za sobą szkołę oficerską i stopień majora, a mundury wiszą już tylko w szafie. Pamiętam, jak na zajęciach z psychopatologii wykładowca przestrzegał nas przed pracą ze skazanymi, a szczególnie z więźniarkami. Był to najcięższy kawałek chleba, ja jednak wybrałam tę drogę. Może dlatego nie decydowałam się na dziecko, a potem kiedy byłam gotowa, było już za późno. Praktyki wybierałam w domach poprawczych i oddziałach diagnostycznych przy aresztach śledczych. Byłam bardzo ciekawa, jak wygląda świat za zamkniętymi kratami. Po studiach od znajomego dowiedziałam się, że w zakładzie karnym szukają psychologa. Prawie codziennie widziałam ten mur wykończony drutem kolczastym i ciężką, więzienną bramę z charakterystycznym okienkiem. Kiedy przekroczyłam pierwszy raz ciężkie podwoje, byłam już pewna, że jest to moje wyzwanie i spodobała mi się atmosfera tego miejsca. Musiałam nauczyć się więziennej gwary, a nawet grypsery… nie tak całkiem do końca, ale potocznego języka, którym porozumiewają się skazani. „Kadzienne”, czyli „więzienne". Jak widzicie, przestępczość mam w jednym palcu i teraz już trzeba dokonać pewnych kroków. Ten Garłanicki, to już wyższa szkoła jazdy aniżeli barman. Podjęłam pewne rozpoznanie w terenie i wiem, że to niebezpieczny i śliski grunt. – Zamyślila się na chwilę. – Byłam z tym światem zza krat zawodowo związana prawie czterdzieści lat. Kiedy przeszłam na zasłużoną emeryturę, zaproponowano mi wolontariat. Póki czuję się na siłach, będę to robić. Oprócz tego prowadzę na Wydziale Psychologii Stosowanej wykłady dla studentów Trzeciego Wieku. Tam poznałam właśnie Antoniego po tym, jak jego żona Aleksandra puściła go z torbami. Po nitce do kłębka zaczęliśmy współpracę na gruncie detektywistycznym. A dalej już wiesz, kochanie – zakończyła.

— Och babciu – westchnąłem. – Mój wzrok zatrzymał się na twarzy Ewy. Zobaczyłem łzy na policzku. – No nie, proszę mi się tu nie rozklejać! – zawołałem równocześnie z dzwonkiem domofonu.

— To pewnie Antoni – rzekła Marianna i poczłapała w stronę drzwi.

Antoni powitał nas uśmiechem nieco wykrzywionym. Widać było, że cierpi. Marianna przyniosła z kuchni wysoki stołek barowy i dopiero na nim usadowił się w miarę wygodnie.

— No to opowiadaj, Tomaszu, jak było na romantycznej wycieczce? – zapytał drwiącym głosem.

— Wiem, Antoni, o czym myślisz – odpowiedziałem. – Ja też spodziewałem się czegoś więcej, ale cóż, wyszło inaczej. – Uśmiechnąłem się do wszystkich.

— No, dosyć tych przekomarzań – zawołała Marianna. – Teraz zapraszam do stołu, bo Polak głodny, to zły – oznajmiła.

Udaliśmy się do stołowego. Stół wyglądał wspaniale, a aromat pieczonego mięsa wyzwolił wielki apetyt. Kwiaty, kolorowe sałatki i kompot w dzbanku dodawały rodzinnej atmosfery. Widziałem, jak Ewa uwijała się pomiędzy kuchnią a jadalnią. Była już na dobre zadomowiona i to bardzo mnie cieszyło. Tych parę tygodni sprawiło, że w jej oczach zagościła radość. Kiedy wstaliśmy od stołu, podszedłem do niej i pocałowałem ją delikatnie w policzek.

— A to za co? – zapytała zawstydzona.

— Za to, że jesteś – odparłem.

Usiedliśmy w salonie przy aromatycznej herbacie. Zrelacjonowałem z wielką dokładnością mój wyjazd, a potem zapanowała cisza.

— Do tej pory byłem pewny, że Oleńka jest sprytną łowczynią bogatych męskich serc – odezwał się Antoni. – Ale teraz po tym, co usłyszałem, wiem, że to już nie są miłosne podboje. To już taktyka na wysokim poziomie, sposób na to, by uzależnić od siebie ludzi – zakończył smutno.

Popatrzyłem na niego i nagle poczułem strach. Wstałem i wyszedłem do ogrodu. Zapaliłem papierosa, zaciągając się mocno pomyślałem, że dawno nie odwiedziłem barmana. Wypaliłem do końca i wróciłem do salonu.

— Kochani, a teraz clou tego popołudnia – oznajmiła Marianna. – Nie mówiłam o tym nikomu, dlatego dla wszystkich będzie to niespodzianka – poinformowała tajemniczo. Po czym włączyła komputer, który był podłączony do ekranu dużego telewizora.

Naszym oczom ukazał się Sasza Garłanicki. Rosły, dobrze zbudowany, z wygoloną czaszką wyglądał niesamowicie. Siedział w jakiejś kawiarni. Za nim pastelowe światła tańczyły w kroplach ciurkającej z fontanny wody. On siedział rozwalony w fotelu, ubrany w designerski, starannie wyprasowany jak spod igły dres. Pił cappuccino, co chwila muskając wargi precyzyjnie złożoną serwetką tak, by nie został ślad mlecznej pianki na ustach.

Obok siedziała ładna kobieta. Jej wygląd wskazywał, że jest dziennikarką.

— Dlaczego chciałaś się ze mną spotkać krasawico? – zapytał Sasza.

— Mogę włączyć dyktafon?

Kiwnął głową.

Włączyła nagrywanie i rozpoczęła rozmowę.

— Czy zawsze chciałeś być gangsterem? – spytała.

— Wsiegda wiedziałem, że chcę być lepszy od innych i mogu być najlepszy. Szybciej biegać, celniej strielać, skakać wyżej i lepiej żyć. Być ponad wsio!

Wypowiadał się z namaszczeniem, wtykając pomiędzy dźwięczny wschodni akcent, a po każdym zdaniu robił pauzę i się zastanawiał. Cieszyła go ta zabawa słowami. Wydawał się bardzo opanowany i wiedział, że musi być gwiazdą. Nie pił, nie palił i nie przeklinał w świetle fleszy, to była jego przewaga nad innymi gangsterami.

— Wiesz Marija! – rzucił podniesionym głosem. – Kiedyś byłem ćpunem, zasranym malczykiem, ale zerwałem z tym nałogiem – zaśmiał się chrapliwie, ukazując złote koronki po bokach. – Dzisiaj to ja rządzę tym padołem. Mam tutaj na Ukrainie i u was w Polszy szerokie znajomosti, które umożliwiają mi pole do działania.

— O to spotkanie z tobą musiałam zabiegać przez parę miesięcy – zarzuciła dziennikarka. – Najpierw ustaliłeś datę, a później w ostatniej chwili odwołałeś, jak nazywasz audiencję, i to było irytujące. Uważasz siebie za Boga? – zapytała.

— Wy Polaczki, wszystko sprowadzacie do wiary i do waszego Boga – stwierdził stanowczo. – Ja odnalazłem swojego i dlatego porzuciłem dawnu żyzn. Jednak wiem, że On karze tylko złych człowieczków.

Kelnerka podała jeszcze raz to samo i się oddaliła.

— Ilu ludzi zabiłeś? – rzuciła z lekkim niepokojem.

— Mogu o to samo zapytać tebiu – zamilkł. – Mogu powiedzieć tylko o jednym przypadku. To była zemsta za brata. Odsiedziałem pięć lat w więzieniu za swoje. Po wyjściu nikt ze mną nie zadzierał. Wyszedłem stamtąd wolniejszy, bo byłem już najlepszy – oznajmił z dumą. – A ty? Jesteś tylko krasawica i nic więcej, ponimajesz?

— Czy każdy może być zabójcą? – spytała już odważniej.

— Nie! – zakrzyknął. – Nie każdy ma tę wewnętrzną, wrodzoną siłę, która pozwala to robić. Ja jestem inny, ja ją posiadaju – utwierdził Maryję w tym przekonaniu.

— A czy kiedyś mógłbyś powrócić do zabijania? – zadała pytanie.

Sasza uśmiechnął się, nie zaprzeczył i nie potwierdził.

— Teraz jestem biznesmenem, moje życie kręci się wokół interesów – oświadczył z nutką ironii.

— Czy to twoje kreowanie się na uczciwego człowieka jest prawdziwe? – odwzajemniła takim samym ironicznym akcentem.

— Cztery lata temu poprzez chrzest, wszystkie moje grzechy zostały zmazane, a ja tylko spełniam Boską wolę. Moje ofiary zasługują na swój los – mówił stukając o blat złotą bransoletą zwisającą z przegubu dłoni.

— Czy twoje tartaki w Polsce to czysty biznes, czy jeszcze jedna pralnia do prania brudnych pieniędzy? – wyszeptała. – Czy to, aby nie przykrywka, pod którą kryje się heroina i szmuglowanie kobiet z Ukrainy do Europy?

— Marija, jesteś dobra w swoim fachu, a ja w swoim. Normalnie bylibyście moimi ofiarami – stwierdził rzeczowo. – Ale tym razem jesteście partnerami. Boże uchowaj mnie od ciemnych interesów. – Przypieczętował uśmiechem swoją odpowiedź.

— A co powiesz o relacjach z Przemysławem, ksywa Kubuś Puchatek – wydusiła ledwo słyszalnym głosem. – I jeszcze Aleksandra, kobieta, bardzo ładna zresztą – dopowiedziała.

— Widzisz, ludzie mnie lubią, częściowo z uwielbienia, jakim darzą byłego już gangstera, a częściowo ze strachu. Teraz jesteśmy przyjaciółmi, a oni robią to, o co ich proszu. – Zamyślił się na chwilę, po czym wstał. – Wybacz, że cię już opuszczę, ale tak będzie lepiej – wysyczał przez zęby. – I to, co masz na tym urządzeniu niech pozostanie tylko nieodkrytą tajemnicą. Autoryzacja niepotrzebna.

Przefiltrował wzrokiem swoją rozmówczynię od głowy do stóp i wyszedł, a za nim jak spod ziemi pojawiło się dwóch rosłych osiłków.

Ewa wyłączyła telewizor, a wokół zapanowała cisza. Siedzieliśmy wbici w fotele, nic nie mówiąc.

— Dlatego od teraz nic nie robimy bez zgody Lemańskiego – odezwała się Marianna. – Bo to już nie jest zabawa. Rozumiemy się! – krzyknęła.

W tej samej chwili usłyszeliśmy ujadanie Murki w ogrodzie. Wybiegliśmy przed dom i widok, jaki zobaczyliśmy, powalił mnie doszczętnie. Na trawniku leżał ten sam typek, co mnie śledził, a wilczyca trzymała łapy na jego plecach, warcząc groźnie.

— Halo, Krzysztof! Marianna z tej strony, mam intruza w ogrodzie – powiadomiła spokojnie inspektora Lemańskiego.

Po chwili zjawił się patrol policyjny. Z wozu wysiadła apodyktyczna funkcjonariuszka z końskim blond ogonem i dużo niższy od niej funkcjonariusz.

Typek leżący w parterze został uwolniony spod łap Murki.

— Dzień dobry – powiedziała chłodno. – Starszy aspirant Koryna Miłek i mój partner służbowy, młodszy aspirant Adam Rogalski – zameldowała oschle. – Kto z państwa zgłaszał wezwanie? – zapytała z kamienną twarzą.

— Ja – odpowiedziała Marianna.

— Poproszę o dokument potwierdzający pani tożsamość i pana także – zwróciła się do osobnika. Sprawdziła dokumenty. – Proszę, co ma pan do powiedzenia? – zwróciła się w stronę intruza włamywacza.

— Ja, pani aspirant, chciałem się tylko odlać – odpowiedział. – Bramka była otwarta, więc wszedłem, bo na ulicy jakoś nie wypada się obnażać i nagle ta bestia skoczyła na mnie – ciągnął z cynicznym uśmieszkiem. – Nie uważa pani, że na bramce powinno być ostrzeżenie – zakończył.

— No wie pan! – krzyknęła oburzona Marianna. – Nie dość, że włamuje się na cudzą posesję, to jeszcze ma czelność stawiać wymagania!

Złapałem ją za rękę i uścisnąłem, a pani aspirant z marsową miną notowała coś w notesie.

Po wysłuchaniu obydwu stron popatrzyła po nas i zwróciła się zapytaniem w kierunku Marianny.

— Czy wnosi pani oskarżenie przeciwko temu panu?

— Nie... chyba nie – odpowiedziała Marianna po dłuższym zastanowieniu się.

— A ja tak! – powiadomił nas opryszek. – Oskarżę panią o napaść na mnie przez tego psa – zaśmiał się szyderczo.

— Ma pan takie prawo – odrzekła stanowczo aspirant. – Ale z powództwa cywilnego, bo to ta obywatelka zgłosiła zawiadomienie o włamaniu. A teraz proszę opuścić posesję. Do widzenia państwu – rzuciła lodowatym tonem, po czym funkcjonariusze odmeldowali się i ruszyli w stronę radiowozu.

Opryszek wyszedł z przyklejonym uśmieszkiem, nie wydając głosu. Bramka dosyć głośno zatrzasnęła się za nim.

Następne częściPrzeszłość zapuka do drzwi [14]

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • Heldeus 2 miesiące temu
    Spodobało mi się. Czytało mi się zrozumiale i wygodnie. Z miłą chęcią zacznę czytać Twoje pozostałe prace Dobra robota :)
  • pasja 2 miesiące temu
    Bardzo mnie miło z odwiedzin i za mile słowa.
    Pozdrawiam serdecznie
  • Bajkopisarz 2 miesiące temu
    Bardzo fajny odcinek, z takim zawieszonym zakończeniem. Intrygujące to, bo cały czas bohaterowie się w miejscu. Próbują tu, próbują tam, a ciągle trafia im się ślepa uliczka, jak się wydaje. To jednak zwiastuje jakiś przełom niebawem.
    A swoją drogą, jak daleko akcja odbiegła od tego, co było na samym początku, to już jest jakby zupełnie inna historia, natomiast to przejście między nimi tak płynne, że wszystko gra.
  • pasja 2 miesiące temu
    Witaj Bajko
    Miło, że śledzisz losy bohaterów. Powoli pewne sprawy nabierają akcji, ale nie mam pomysłów jak kończyć. Ponieważ od tej chwili piszę już na bieżąco. Pozdrawiam
  • Bożena Joanna 2 miesiące temu
    Dzisiaj poznaliśmy nowe oblicze Marianny. Zaskakiwała trafnością oceny sytuacji, a dzisiaj wiemy, że zna świat przestępczy. Brawo Murka, a policja jak zawsze wygłasza formułki, ale nie działa efektywnie. Z mafią trudno wygrać. Ciekawy odcinek, wydaje się, że zbliżamy się do końca, ale ciągle jesteśmy w pół drogi. Serdecznie pozdrawiam!
  • pasja 2 miesiące temu
    Witaj Bożenko
    Marianna ma wiele twarzy i pewnie jeszcze poznamy ja z innej strony. Co do pieska to racja, Murka jest bardzo oddana panu i całej sprawie. A interwencja policyjna jak zwykle służbowa i ogólnikowa.
    Pozdrawiam ciepło

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania