Poprzednie częściSzalony - Ilu nas jest?

Szalony - poszerzony i zmieniony

Prolog

Nazywam się Jakub Szaleński, dla znajomych po prostu Szalony.

Jakiś czas temu zostałem pozbawiony życia i zesłany do świata cieni. Mrocznej krainy umarłych. Niejaka śmierć, zawładnąwszy ciałem podrzędnego rabusia tępym nożem rozcięła mój brzuch w poprzek. Sprawiając tym samym, że krew z poszarpanych żył i tętnic zaczęła tryskać i zalewać kremowy dywan w salonie. Później, by mieć pewność absolutną, iż jeszcze tego wieczora wyzionę ducha poderżnęła mi gardło.

Miałem zaledwie trzydzieści lat. Byłem pisarzem. Wydawałem piątą powieść, która miała dać mi chwałę ostateczną. Moja perełka. Duma. Najwybitniejsze dziecko. Wiodłem dostatnie życie niepozbawione zabaw, szaleństw, pięknych kobiet i używek. Szczęśliwy człowiek u progu życia.

 

Rozdział 1

Jak się domyślacie nie poszedłem prosto do nieba. Już od dzieciaka miałem na bakier z szeroko pojętą moralnością. Trafiłem pod sąd. Posadzili mnie na ławie oskarżonych, zbryzganego własną krwią. Przekonany, że wszystko to jest chorym wymysłem mojej wyobraźni, snem, z którego niebawem się przebudzę podparłem rękoma ciążącą mi głowę i ze spokojem obserwowałem.

 

Skrzydlate postacie sfrunęły przez dziurę w sklepieniu budynku i stanęły naprzeciw mnie. Było to pięć srebrzystych aniołów i jeden czarny, znacznie większy od pozostałych.

Może powinienem był wstać, okazać im odpowiedni szacunek. Ale mówię wam, dla mnie była to wówczas iluzja niewarta jakiegokolwiek wysiłku.

 

Ci srebrni oprócz skrzydeł obrośniętych piórami i nieproporcjonalnie długich rąk wyglądali zupełnie jak my.

Czarny natomiast budził większą grozę. Posiadał dwie pary mocno umięśnionych rąk i troje złotych oczu, które obserwowały mnie bacznie.

To tylko sen, to tylko sen. Powtarzałem sobie.

 

Na pierwszego świadka powołano dziadka Edwarda, zmarłego przeszło dziesięć lat temu. Nie uwierzycie, stary grzyb totalnie mnie pogrążył.

- Kradł, oszukiwał i taki pies na baby był.

To ostatnie mnie tak rozbawiło, że zacząłem głośno rechotać. Gdyby on tylko wiedział jakie akcje odprawiałem już po jego śmierci!

Kolejna była pani Gienia. Wychowawczyni ze szkoły średniej.

- Namawiał innych, żeby uciekali z lekcji i nie miał szacunku do starszych.

Gderała jak zawsze. Nawet śmierć jej nie zmieniła. Przesiąknięta spisem zasad, nakazów i reguł nigdy nie zaskarbiła sobie mojej sympatii. Jędza z krwi i kości.

Ława oskarżonych złożona ze skrzydlatych aniołów z dezaprobatą pokiwała głową.

Później był sąsiad spod trójki, kierowca autobusu i jakiś dzieciak, któremu nie dałem autografu.

 

Po niespełna trzydziestu minutach słuchania o tym, jaki to ze mnie zły człowiek był ,z ust czarnego anioła padł wyrok – siedemdziesiąt siedem lat w czyśćcu.

Dobra robi się nieciekawie, należałoby już się obudzić. Zacząłem się szczypać po zimnych policzkach.

Nie obudziłem się. I pomyślałam wtedy, że kuźwa ja naprawdę nie żyje. W świecie, w którym coś znaczyłem właśnie wkładają moje ciało do grobu. Tu jestem tylko jedną z miliona pokutujących dusz.

Zamknęli mnie w miejscu gdzie panowały smród, półmrok i wilgoć.

 

Trzy, pierwsze dni krzyczałem nieprzerwanie, że mają mnie stamtąd wypuścić i że żądam adwokata. Później, po zaliczeniu porządnej chłosty siedziałem już cicho. W krainie umarłych spędziłem dziewięć dni. Po tym czasie przyszedł do mnie jeden z okutych w zbroje strażników i łamiącą się polszczyzną rzekł:

- Bóg cię wzywa. Idziesz z nami

 

Ja, szarlatan, pokutujący za swoje niecne uczynki, oceany kłamstw, setki pokiereszowanych serc i odziedziczoną po ojcu skłonność do oddawania się lubieżnym uciechom, wezwany do Boga. Po co?

W asyście dwóch strażników wkroczyłem do ogromnej sali. Postać siedząca na wielkim tronie połyskiwała jak diament. Spuściłem wzrok na kamienną posadzkę, by ten blask nie wypalił moich źrenic.

Czarny anioł, ten sam, który mnie usadził wysunął się zza tronu Pana i ukłonił lekko.

– Witaj Szalony. - Przemówił tym razem łagodnie. – pewnie zastanawiasz się dlaczego cię tu wezwano. Otóż zdarzył się pewien błąd, o którym winniśmy cię poinformować. Gdzieś w Stanach istnieje inny Szalony. Lat trzydzieści osiem. Chory na stwardnienie rozsiane. Dziewięć dni temu, na łożu śmierci oddano mu twoje życie. System się pomylił.

Jego twarz pozbawiona była jakiegokolwiek wyrazu. Jakby to, że moja śmierć była pomyłką nic dla niego nie znaczyło.

 

I kiedy myślałem już, że nic gorszego się w tej sali nie wydarzy z sufitu sfrunęła ku mnie Koścista śmierć. Stanęła naprzeciw i wysunęła dłoń pozbawioną mięśni, ścięgien i skóry. Jej długie paliczki zacisnęły się na moim prawnym przedramieniu. Nie powiedziała nic. Kaptur przysłaniał jej twarz. Nie widziałem oczu. Czy śmierć ma oczy?

– Ona chce cię przeprosić. – Powiedział czarny anioł. – My również chcemy.

Wzdrygnąłem się i cofnąłem kilka kroków.

– Nie chcę waszych cholernych przeprosin.

Wściekłość wzięła górę nad strachem. Mój głos, mimo że schrypnięty stanowczo rozniósł się echem po olbrzymiej sali.

– Więc czego chcesz Szalony? Masz prawo czegoś od nas żądać. Zastanów się cze…

– Chcę wrócić. – krzyknąłem. – To chyba oczywiste. Chcę odzyskać życie..

Zapadło milczenie. Czarny Anioł zwrócił zdumione oblicze w kierunku Pana.

– Słyszałeś Jahrim, niech wróci. – Rzekł Stwórca. – Skoro taka jest jego wola. I nakazał strażnikom wyprowadzić mnie z sali. Miałem zaczekać na zewnątrz.

Rozdział 2

 

Nie wiem jak długo siedziałem w pustym, białym korytarzu, który ciągnął się w nieskończoność. Nie wiedziałem jego początku ani końca.

Zmęczenie fizyczne dawało mi się mocno we znaki, powieki zaczęły opadać. Przysnąlem. Obudził mnie dopiero głos owego Jahrima.

– Wstań i w milczeniu podążaj za mną.

Wstałem więc posłusznie i zrobiłem co nakazał. Mimo, że to ja byłem ofiarą ich systemu miałem wrażenie, że nadal traktują mnie jak jednego ze swoich więźniów. Szliśmy szerokim korytarzem mijając po kolei drzwi różnych rozmiarów, kolorów, drewniane, metalowe, plastikowe, szklane. Czasami słyszałem zza nich jakieś odgłosy, rozmowy, czasami cichy płacz, a najczęściej krzyki rozpaczy.

Zatrzymaliśmy się gdzieś w połowie drogi, przy żelaznych, nieco pordzewiałych wrotach, przypominających wyglądem wejście na zamkowy dziedziniec. Wrota zaskrzypiały i uchyliły się lekko. Anioł wskazał mi ręką abym wszedł. Na środku niewielkiego pomieszczenia stała duża sofa z poduszkami .

Jesteś zmęczony, połóż się.

Rzeczywiście czułem, że moje siły opadają. Ogarnęła mnie senność. Położyłem się wygodnie i po chwili mój umysł zupełnie odpłynął.

Rozdział 3

Obudziło mnie muśnięcie świeżego wiatru na lewym policzku. Otworzyłem niemrawo oczy. Nade mną rozciągał się błękit nieba. Uwierzcie mi, płakałem jak dziecko.

Wstałem. Z kieszeni wypadły mi niewielki plik banknotów i telefon. Byłem ubrany w ten sam strój co tamtego feralnego wieczora. Rozejrzałem się. Okolica nie wyglądała znajomo.

W oddali kilku metrów wypatrzyłem małego chłopca. Siedział sam na jednej z drewnianych ławek i spoglądał w niebo. Pomyślałem, że to dziwne, że istota tak niewielkich rozmiarów została pozostawiona sama sobie.

Kiedy byłem jakiś metr od ławki chłopiec spuścił wzrok z nieba i przeniósł go na mnie.. Wielkie, atramentowe oczy wydały mi się otchłanią smutku. Przeszedł mnie zimny dreszcz.

– Pan po mnie? – zapytał cienkim, łamiącym się głosikiem – Pan mnie zabierze do mamy?

– Chciałbym. Ale nie wiem gdzie jest Twoja mama – odrzekłem. - Właściwe to sam nie wiem gdzie jestem.

– Szkoda. Jestem już trochę głodny. – widziałem, że dzielnie próbował powstrzymać łzy napływające do oczu

– Jak długo tu siedzisz?

– Tata zostawił mnie tu wczoraj, po wieczornym spacerze. Powiedział, że teraz trafię do mojej mamy.

Byłem zdumiony. Malec mógł mieć raptem siedem lat.

– Wie Pan, ja nawet nie wiem jak wygląda moja prawdziwa mama. Odeszła zanim skończyłem dwa latka. Wychowywała mnie Pani Jadzia z mieszkania obok. Kiedyś poprosiłem, żeby Tatuś pokazał mi kilka jej zdjęć, ale strasznie przy tym płakał więc nie prosiłem więcej.

Świetnie, pomyślałem. Miało dziecko w życiu szczęście. Najpierw porzuciła go wyrodna matka, a teraz wyrodny ojciec. Nigdy nie przepadałem za dziećmi, ale jako dorosły poczułem się w obowiązku, żeby mu pomóc.

– Mam pomysł. Pójdziemy na komisariat. Tam na pewno nam pomogą. A po drodze zahaczymy o tamtą budkę z hot-dogami. Widzisz, tam za rogiem.

Sam byłem piekielnie głodny.

– Myślisz, że mają frytki? – zapytał malec.

– Na bank – uśmiechnąłem się i objąłem go. Był strasznie zimny. Nic dziwnego, skoro spędził tu całą noc i chłodny poranek.

– Chodź mały.

– Antek. Mam na imię Antek. Na cześć mojego przyszywanego dziadka, męża Pani Jadzi. A Pan?

– Szalony.

– Dziwne imię.

– Dziwne – potwierdziłem.

Gdy wstaliśmy z ławki wsunął swoją drobną dłoń w moją. Sięgał mi zaledwie do pasa.

– Ile masz lat?

– Sześć. A Pan?

– Dużo więcej.

– Jestem głodny. A Pan?

Roześmiałem się słysząc kolejny raz ten sam zwrot.

– Ja też. Pośpieszmy się nim kiszki wygrają mi całego marsza.

Młoda kobieta w środku budki spojrzała na mnie jak na wariata i jakby od niechcenia wskazała ręką drogę do najbliższego komisariatu. Kupiłem Antkowi duża porcję frytek na wynos i sok pomarańczowy. Pochłaniał je w zatrważającym tempie. Przez chwile miałem nawet obawę, że się zakrztusi.

– Poznajesz coś z tej okolicy? Tu mieszkasz? – starałem się wyciągnąć z niego jak najwięcej informacji , wskazując na różne ulice, budynki i stare kamienice. Chłopiec niczego jednak nie poznawał.

Usłyszałem dźwięk dzwonka. Mój telefon. Kto dzwoni po dziewięciu dniach od mojej śmierci? Numer nieznany. Posadziłem malca na najbliższej ławce i niepewnie wcisnąłem zieloną słuchawką.

– Gratuluję – usłyszałem po drugiej stronie głos Czarnego Anioła– masz pierwszego.

– Coooo???

– Chłopiec, sześć lat. Zamordowany wczoraj wieczorem przez własnego ojca. Za mały, żeby cokolwiek zrozumieć, potrzebował Twojej pomocy. Wysyłaj go do nas. Mama tu na niego czeka.

– Zaraz, zaraz jakie wysyłaj? Co tu się dzieje do jasnej cholery?

– Odwróć się.

Spojrzałem za siebie. Widać było w oddali, że frytki, które tak ochoczo pochłaniał Antek tworzył na chodniku długą ścieżkę.

– To była jedyna możliwość, żebyś mógł wrócić.

– Jaka możliwość?

– Zostałeś Przewodnikiem.

– Co to oznacza?

– Że znajdujesz dusze innych i wysyłasz do nas; w zamian za to życie.

Byłem wściekły. Wiedziałem jednak, że dobrowolnie nie wrócę do czyśćca.

– Więc co mam teraz zrobić?

– Połóż rękę na głowie chłopca i powiedz „odejdź”.

Rozłączyłem się i spojrzałem na ławkę. Chłopiec – duch wpatrywał się we mnie.

– Antek, zmiana planów. Zabieram Cię do mamy.

– Hurrraaa!!! – jego buzia się rozpromieniła.

– Ale wcześniej musisz coś zrozumieć. Mama jest teraz w niebie i ty tez tam zaraz pójdziesz.

Nie żyje przez tatusia - zapytał.

Przytaknąłem. Przyjął to nadzwyczaj spokojnie. A przed odejściem powiedział coś, co utkwiło mi w pamięci na lata.

– A czy mój tata też kiedyś do nas dołączy? Będę za nim tęsknić. Ja wiem, że nie wolno zabijać, ale on to zrobił bo był bardzo smutny. Pani Jadzia mówiła, że ma depresję. To taka straszna choroba.

 

To było moje pierwsze "przeprowadzenie". Może dlatego tak emocjonalne. Z czasem szukanie umarlaków weszło mi w krew. Podchodziłem do tego całkowicie obojętnie. Na zasadzie roboty, którą po prostu trzeba załatwić.

 

Rozdział 4

 

Wczoraj minęły trzy lata od powrotu. W tym czasie przeprowadziłem czterysta pięćdziesiąt dziewięć dusz. Zostały czterdzieści dwie, by przekroczyć magiczną barierę pięciuset i zostać zwolnionym ze służby. Na tyle zostało wycenione moje przywrócone życie. Dużo, niedużo. Nie mi to oceniać.

Zakopałem się przed światem w niewielkim, drewnianym domku w pobliżu jeziora. Z jednej i drugiej strony okala mnie las, chroniąc przed niechcianymi intruzami. Kupiłem go za grosze i siłą własnych rąk doprowadziłem do użytku. Miałem sporo wolnego czasu pomiędzy jednym zaleceniem, a drugim. Należało go jakoś spożytkować.

Ściany są może nieco krzywe, podłoga skrzypi, a drzwi wypadają z zawiasów. Wszystko to jednak rekompensuje ten błogi zapach sosen, brzóz i świerków. Wieczorami siadam na niewielkim tarasie porośniętym mchem, spoglądam na zielono-błękitną taflę jeziora i w pamiętniku spisuję swoją historię.

 

Do najbliższego miasteczka, oddalonego o trzydzieści kilometrów jeżdżę średnio raz na dwa tygodnie. Po żywność. Pieniądze kradnę umarlakom. Wiem, mało to moralne. Ale w tym temacie niewiele się u mnie zmieniło. Liczy się tylko to żeby przeżyć. Poza tym nikt nie zatrudni człowieka, który jednego dnia jest w Gdańsku, drugiego w Nowym Sączu, a trzeciego w Lublinie. Do tego bez własnej tożsamości.

Martwi mnie to, że mój telefon milczy od dwudziestu jeden dni. Zdarzały się przerwy pomiędzy jednym zleceniem, a drugim. Nigdy jednak nie były tak długie, śrdnio sześć, siedem dni.

Wolałbym, żeby licznik przyspieszył. Chciałbym już być wolny, żyć według własnego kalendarza.

Otwieram lodówkę. Pół kostki masła, dwie sztuki parówek drobiowych i nadgryziony pomidor. Z chlebem też krucho. Cztery kromki. Rzekłbym tak umiarkowanie świeże. A więc to dziś nadszedł ten dzień. Zaparzę kawę, wypiję i trzeba ruszać po niezbędne zaopatrzenie.

 

Na dworze jest ciepło. Bardzo przyjemnie jak na początek wiosny. Wsiadam do starego dżipa. Rocznik 2001. Trochę pordzewiały, maska klepana, powypadkowy, ale idealny na leśne ścieżki i kamienne podłoża. Do tego duży bagażnik. Wziąłem go w spadku po młodym chłopaku, co wyzionął ducha po przedawkowaniu mefedronu. Był tak naćpany, że chyba nawet do niego nie dochodziło, że czekają go czarna dziura i lata pokuty.

Włączam radio. Marek Grechuta śpiewa, że piękne są w życiu te dni, których jeszcze nie znamy. W schowku leży bezpiecznie pięć tysi. Przynajmniej gotówka się zgadza.

 

Miastowi przywykli już do dzikusa z lasu, który czasem do nich wpada. Trzymają jednak chłodny dystans. Pewnie zakładają, że jestem seryjnym zabójcą, albo świadkiem koronnym.

Nieduży sklep samoobsługowy, do koszyka pakuję kilkanaście konserw, butelki z wodą mineralną, bułki, bochenki chleba. Część z nich zamrożę. Sięgam po chłodne piwo z lodówki. Nieee… jednak nie. Telefon może zadzwonić w każdej chwili. Trzeba będzie się pakować i jechać. Nie po to wracałem, żeby się teraz zabić po pijaku.

– Trzysta osiemdziesiąt dwa złote trzydzieści groszy.

Młoda kasjerka uśmiecha się do mnie. Chyba jest tu nowa, nie widziałem jej wcześniej. Kilka nadprogramowych kilogramów i burza rudych włosów.

Wyciągam czterysta złotych.

– Reszty nie trzeba.

Z dawnego życia pozostała mi w krwi rozrzutność bogatego pisarza.

 

Właśnie. Moje książki. Tuż po powrocie dowiedziałem się, że ostatnia wcale nie była tak genialna. Nakład się nie sprzedawał. Zalegała na witrynowych półkach księgarni. Zainteresowanie poprzednimi przez lata też się wypaliło

Jestem już zapomnianym autorem. Mimo to maskuję się, żeby nikt mnie nie rozpoznał. To zerwałoby moją niepisaną umowę z Czarnym Aniołem. Umarli nie mogą żyć. Nie mogę zburzyć porządku tego świata. Czy jakoś tak. Muszę stworzyć siebie od nowa, kiedy już będę całkiem wolny.

Upycham siatki do bagażnika. Uporczywe burczenie w brzuchu przypomina mi o braku porządnego śniadania.

– Ktoś tu chyba jest głodny. To by tłumaczyło ten pośpiech w sklepie.

Odwracam się. Ruda kasjerka stoi tuż za mną.

– Zapomniał pan portfela.

– Dziękuję.

– Nie jest pan samotny nad tym jeziorem?

Milczę. Nie lubię ciekawskich. Uważam za zagrożenie. Nie chciałbym by przyplątała się za mną do chatki na podwieczorek. Nie zrozumcie mnie źle, wydaje się miła, ale ja muszę być ostrożny. Nadzwyczaj ostrożny. Za dużo mam do stracenia.

Dziewczyna patrzy na mnie oczekując odpowiedzi. Jej oczy błyszczą. To obcy obraz dla kogoś, kto ostatnio częściej patrzył w oczy umarłych niż żywych.

– Przepraszam, ale spieszę się. Mam jeszcze sporo rzeczy do załatwienia. Do zobaczenia.

Zamykam bagażnik, wymijam rudowłosą i siadam za kierownicą.

– Do zobaczenia Panie Szalony.

Szalony? Chwila. Moje ciało drętwieje. Przeszywają mnie dreszcze. Rozpoznała mnie.

Rozdział 5

 

Odjechałem z piskiem opon. Trochę jak tchórz. Myśl o dziewczynie nie dawała mi spokoju przez resztę dnia. Telefon nie zadzwonił. Postanowiłem wieczorem przyczaić się pod sklepem w oczekiwaniu aż rudowłosa skończy swoją zmianę. Bałem się, lecz jednocześnie wiedziałem, że muszę rozwiązać tę zagadkę.

Ubrany w czarny dres siedziałem w samochodzie od godziny 20:00. Zaparkowałem wzdłuż ulicy. Kilka metrów od sklepowego parkingu. Dwie godziny obserwowałem ludzi wchodzących i wychodzących przez duże, szklane drzwi. Ziewając i popijając kawę z termosu wymyślałem różne wersje.

Może kobieta była starą znajomą ze szkoły, może fanką mojego pióra, a może po prostu ktoś kiedyś gdzieś usłyszał jak mówię o sobie per Szalony i wieści szybko się rozniosły.

Ta ostatnia wersja była jedyną, która ratowałaby mój tyłek. Pozostałe dwie mocno skomplikowałyby całą sytuację. Oczywiście zawsze mogłem się wykpić, udawać że ja to nie ja, ale ta pewność w jej głosie, to przekonanie…

Ku mojemu niezadowoleniu zaczął padać lekki deszcz, zamazując pole widzenia. Krople rozpryskiwały się na szybie, by następnie strumieniami zlatywać w dół. Poirytowany przekręciłem kluczyk w stacyjce, aby puścić w ruch wycieraczki.

Wtedy drzwi od strony pasażera otworzyły się i burza rudych włosów wpakowała się na fotel obok mnie. Idiota. Jak mogłem nie zamknąć drzwi!

– Pogoda pod psem. Zimno, mokro. Długo tu czekasz? Przepraszam, nie powinnam była wsiadać bez pytania, ale odpaliłeś silnik, bałam się że odjedziesz. Wiedziałam, że wrócisz. Dobrze, że wróciłeś. Czekałam na ciebie dwa tygodnie. Dwa tygodnie pracowałam w tym durnym sklepiku za grosze. Nieźle się ukryłeś nad tym jeziorem. Mówią, że masz tam porozkładane wnyki i sidła. Przyznam, że gdybyś dziś się nie zjawił w sklepie być może zaryzykowałabym wyprawę tam.

Potok słów wylewał się z jej ust. Mówiła do mnie jak do starego przyjaciela. A ja miałem tylko jedno, podstawowe pytanie. Kim ona do cholery jest.

– Dlaczego mnie szukasz?

– Nie ja. My.

– Jacy my?

– My wszyscy, którzy wróciliśmy. Kojarzysz słowo „odejdź"?

Nie musiała mówić nic więcej. Wiedziałem co to oznacza. Takich jak ja, wracających było więcej. Nie wiedziałem o tym. Przez te lata miałem złudne przekonanie, że jestem jeden, jedyny.

– Chyba zgodzisz się ze mną, że mamy poważny problem. Kiedy ostatnio dostałeś zlecenie?

– Dwadzieścia jeden dni temu.

– Sam widzisz. Ja czekam dwadzieścia pięć dni, Dejv dwadzieścia dziewięć, a Marta od prawie dwóch miesięcy nie miała zleceń. Coś jest nie tak. Ktoś nas blokuje. Stwierdziliśmy, że musimy trzymać się razem dopóki sprawa się nie rozwiąże. Wchodzisz w to?

– Wchodzę.

Nie miałem bladego pojęcie co tu się dzieje, ale dziewczyna brzmiała na tyle przekonywująco, że postanowiłem jej zaufać.

Rozdział 6

Czterdzieści minut później siedzieliśmy już wszyscy razem w moim salonie. Anna, bo tak na imię miała ruda nieznajoma nerwowo zerkała w kierunku okna.

– Uspokój się. Wprowadzasz nerwową atmosferę. I tak wszyscy jesteśmy już mocno zestresowani.

Dawid zwany Dejvem, młody chłopak, wyglądający na około dwadzieścia lat, z czupryną włosów tlenionych na blond zdawał się być wyraźnie poirytowany jej zachowaniem.

– Cieszmy się, że Szalony wziął nas dziś do siebie. Bo od tamtej obskurnej sofy w motelu bolał mnie kręgosłup. Swoją drogą ja czyhałem na ciebie na stacji benzynowej. Zakładałem, że tam też musisz się pojawić. Tyle, że ja nie znałem tak dobrze Twojej twarzy jak Anna. Ona jest twoją fanką, ja nie przeczytałem nic od czasów Pinokia.

– Skąd dowiedzieliście się o mnie i o sobie nawzajem?

– Od niej. – Kiwnął głową w kierunku Marty – Ona była pierwsza. Znalazła najpierw Annę, później mnie a teraz Ciebie.

Szczupła blondynka o której mówił chłopak siedziała w milczeniu na rozkładanej sofie. Od czasu przyjazdu nie odezwała się ani słowem.

Anna ziewnęła. Cała trójka wyglądała jak z krzyża zdjęta. Popatrzyłem na zegar. Dwudziesta trzecia trzydzieści.

– Jak ktoś jest głodny to w lodówce jest żarcie. W łazience powinny być ze dwa ręczniki. Do mycia też coś się znajdzie. Tylko uwaga na kran, czasem odpada pokrętło. Trzeba delikatnie. Ja idę spać. Dejv z racji braku miejsca musisz przekimać ze mną. Jutro skoczymy do miasta i kupimy jakieś leżanki.

Wziąłem szybki prysznic, by nie blokować pozostałych i położyłem się do łóżka. Przekonany, że sprawa milczących telefonów szybko się rozwiąże.

Śpisz? - Dejv wszedł do pokoju i usiadł na skraju łóżka.

Nie śpię.

Pomimo chęci nie byłem jednak w stanie zasnąć.

Ja się nie będę kładł. Wydaje mi się, że któreś z nas powinno czuwać.

Czuwać? Myślisz, że mamy się czego obawiać?

Marta twierdzi, że tak.

Ona tak zawsze nic nie mówi, czy tylko w stosunku do mnie jest taka wycofana?

Ona tak zawsze. Wypowiada trzy, cztery zdania na dzień. Ja do dziś nie wiem skąd ona właściwie wiedziała jak nas znaleźć.

Rozmawialiśmy jeszcze z godzinę. Głównie o Dejvie. Jego życia w przeciwieństwie do mojego nie zabrano przez pomyłkę. Sam je im oddał. Zginął skacząc do wody za pewną samobójczynią. Bohaterska śmierć.

Na sądzie dostał dziesięć lat pokuty za bijatyki i rozboje. Z czego odrobił prawie rok.

- A jak do tego doszło, że wróciłeś? - zapytałem na koniec.

- Wezwali mnie, bo okazało się, że tamta dziewczyna po tym roku i tak się zabiła. Więc życie oddane wróciło.

Wzruszył ramionami, wstał i odszedł. A więc życie za życie pomyślałem.

 

Rozdział 7

 

Następnego dnia obudziłem się wcześnie rano, zupełnie niewyspany. Czwartą noc pod rząd śnił mi się ten sam sen. Zaświaty. Że nadal tam jestem.

Zarzuciłem na siebie bluzę i przemknąłem cichaczem z sypialni do niewielkiej kuchni, połączonej z salonem. Dziewczyny, wtulone w siebie jeszcze smacznie spały Stwierdziłem, że poczekam ze swoją kawą, żeby ich nie obudzić.

Pomimo okoliczności cieszyłem się , że mnie znaleźli. Po raz pierwszy od bardzo dawna nie czułem się tak przerażająco samotny. Moim ostatnim, żywym gościem w tym domu był wścibski pan hydraulik. Swoją drogą kiepski.

Z niezadowoleniem stwierdziłem, że Dejv musiał wyjść na zewnątrz. Las dookoła bywa zdradliwy, łatwo zbłądzić, o świcie unosi się mgła gęsta jak mleko. Ubrałem buty i wyszłem na taras. Intuicja podpowiadał mi, że powinienem chłopaka poszukać. Cofnąłem się jeszcze, żeby zostawić na stole niewielką karteczkę, że wyszedłem i zaraz wrócę.

 

Tego dnia było chłodno. Bardzo chłodno, Mokra mgła zeszła do samej ziemi.

– Dejv! – Krzyczałem obchodząc jezioro dookoła.

Do jasnej cholery. On chyba naprawdę poszedł w las.

– De…

Nie zdążyłem dokończyć. Ktoś zaszedł mnie od tyłu i z impetem powalił na ziemę. Szarpałem się dobrą chwilę, ale napastnik był zwinniejszy i założył mi dźwignię na szyję.

– Puszczę, ale przestań się szarpać i nie wrzeszcz.

– Dejv do jasnej cholery, pogięło Cię? – wychypiłem.

– Ciszej. Jeszcze mi za to podziękujesz. Prawdopodobnie uratowałem Ci życie.

Całe moje ubranie było przesięte rosą. Chciałem się podnieść na kolana.

– Nie wstawaj. Czołgaj się za mną. Dobrze, że trawa jest wysoka.

Nie miałem wtedy bladego pojęcia o czym on bredzi, jednak otumaniony całą sytuacją czołgałem się za nim w kierunku lasu.

– Dobra. Możesz się podnieść. Jesteśmy już pod drzewami. Teraz musimy się zastanowić jak ich wypłoszyć.

Żyłka na jego szyi mocno pulsowała. Źrenice miał rozszerzone jak po spożyciu amfy. Może rzeczywiście coś brał.

– Idiota. Zostawiłeś kobiety same w domu? – spojrzał na na mnie z nieukrywaną dezaprobatą – Niby masz być najlepszy z nas wszystkich, a tu żadnego fenomenu nie dostrzegam.

– O chuj ci chodzi. To ty nawiałeś z chaty bez słowa, rzuciłeś się na mnie i pierdolisz farmazony. A ja jak ten debil się za Tobą czołgam po trawie.

Najchętniej dałbym mu wtedy w gębę. Wyprowadził mnie z równowagi. Wyciskając z bluzy wodę obserwowałem jak Dejv przeszukuje kieszenie i wyjmuje z nich niewielki scyzoryk wraz z woreczkiem białego proszku. Pomyślałem, miałeś rację, to ćpun.

– Kreda. Dzięki temu już nie wrócą.

Poślił srebrne ostrze noża i natarł pyłem.

– jesteśmy w większym bagnie niż ci się zdaje. Mery mówiła, że tak może być. Bez niej nas wyrżną jak kaczki.

Masz.– Rzucił mi scyzoryk. – Tnij na oślep.

Zacisnąłem niewielką broń w dłoni.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (6)

  • Justyska rok temu
    Bardzo fajny pomysł. Ciekawa wartka akcja. Przeczytane z przyjemnością. :)
    Trzeba tylko przejrzeć literówki i poprawić zapis dialogów np.
    "– Witaj Szalony. - Przemówił tym razem łagodnie." – po Szalony bez kropki i "przemówił" z małej.
    Przewinęło mi się też "Tobie" z dużej, co trzeba by poprawić na "tobie" i "poszłem" na "poszedłem".

    Pozdrawiam!
  • Bettina rok temu
    Spojrzałem za siebie. Widać było w oddali, że frytki, które tak ochoczo pochłaniał Antek tworzył na chodniku długą ścieżkę.

    – To była jedyna możliwość, żebyś mógł wrócić
  • Dekaos Dondi rok temu
    Atylda↔Gdyby umniejszyć  ilość: się, poprawić zapis dialogów, w sensie→dłuższych kresek i niepotrzebnych dużych liter i braku kropek, to tu to tam, to tekst na pewno by zyskał, od strony→tech.
    Bo w sensie ciekawej fabuły i stylu, jest całkiem dobrze.
    Jeno film nakręcić by można, gdyż odpowiednia kanwa, jest:)↔Pozdrawiam😉:)
  • Atylda rok temu
    No właśnie przyznam się, że tę książkę piszę trochę pod film 😁😁
  • Sufjen rok temu
    Hmm... brakuje mi tu rozwinięcia. Czegoś, co przykułoby do tekstu na dłużej. Z plusów na pewno dałbym za pomysł i próby nadania akcji tempa. Pozdrawiam :)
  • Atylda rok temu
    Rozwinięcie postaram się żeby było w kolejnych rozdziałach. Póki co pisze trochę na zasadzie wrzucania pomysłów. Mam wizję bohaterów, początek i koniec. Ale środek...oj, tu trzeba się zatrzymać na dłużej.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania