Poprzednie częściSzalony - Ilu nas jest?

Szalony - rozdział 2 cz 2

Odjechałem z piskiem opon. Trochę jak tchórz. Myśl o dziewczynie nie dawała mi spokoju przez resztę dnia. Telefon nie zadzwonił. Postanowiłem wieczorem przyczaić się pod sklepem w oczekiwaniu aż rudowłosa skończy swoją zmianę. Bałem się, lecz jednocześnie wiedziałem, że muszę rozwiązać tę zagadkę.

Ubrany w czarny dres siedziałem w samochodzie od godziny 17:00. Zaparkowałem wzdłuż ulicy. Kilka metrów od sklepowego parkingu. Dwie godziny obserwowałem ludzi wchodzących i wychodzących przez duże, szklane drzwi. Ziewając i popijając kawę z termosu wymyślałem różne wersje.

Może kobieta była starą znajomą ze szkoły, może fanką mojego pióra, a może po prostu ktoś kiedyś gdzieś usłyszał jak mówię o sobie per Szalony i wieści szybko się rozniosły.

Ta ostatnia wersja była jedyną, która ratowałaby mój tyłek. Pozostałe dwie mocno skomplikowałyby całą sytuację. Oczywiście zawsze mogłem się wykpić, udawać że ja to nie ja, ale ta pewność w jej głosie, to przekonanie…

Ku mojemu niezadowoleniu zaczął padać lekki deszcz, zamazując pole widzenia. Krople rozpryskiwały się na szybie, by następnie strumieniami zlatywać w dół. Poirytowany przekręciłem kluczyk w stacyjce, aby puścić w ruch wycieraczki.

Wtedy drzwi od strony pasażera otworzyły się i burza rudych włosów wpakowała się na fotel obok mnie. Idiota. Jak mogłem nie zamknąć drzwi!

- Pogoda pod psem. Zimno, mokro. Długo tu czekasz? Przepraszam, nie powinnam była wsiadać bez pytania, ale odpaliłeś silnik, bałam się że odjedziesz. Wiedziałam, że wrócisz. Dobrze, że wróciłeś. Czekałam na Ciebie dwa tygodnie. Dwa tygodnie pracowałam w tym durnym sklepiku za grosze. Nieźle się ukryłeś nad tym jeziorem. Mówią, że masz tam porozkładane wnyki i sidła. Przyznam, że gdybyś dziś się nie zjawił w sklepie być może zaryzykowałabym wyprawę tam.

Potok słów wylewał się z jej ust. Mówiła do mnie jak do starego przyjaciela. A ja miałem tylko jedno, podstawowe pytanie. Kim ona do cholery jest.

- Dlaczego mnie szukasz?

- Nie ja. My.

- Jacy my?

- My wszyscy, którym ktoś kiedyś odebrał życie. Kojarzysz słowa „system się zawiesił”?

Nie musiała mówić nic więcej. Wiedziałem co to oznacza. Takich jak ja, wracających było więcej.

- Chyba zgodzisz się ze mną, że mamy poważny problem. Kiedy ostatnio odebrałeś telefon?

- Jedenaście dni temu.

- Sam widzisz. Ja czekam dwadzieścia dni, Dejv dwadzieścia dwa, a Merry od prawie miesiąca nie miała zleceń. Coś jest nie tak. Ktoś nas blokuje. Poza tym dwoje z nas, w niedługim czasie zaginęło w nieznanych okolicznościach. Stwierdziliśmy, że musimy trzymać się razem dopóki sprawa się nie rozwiąże. Wchodzisz w to?

- Wchodzę.

Nie miałem bladego pojęcie co tu się dzieje, ale dziewczyna brzmiała na tyle przekonywująco, że postanowiłem jej zaufać.

***

Czterdzieści minut później siedzieliśmy już wszyscy razem w moim salonie. Ana, bo tak na imię miała nieznajoma nerwowo zerkała w kierunku okna.

- Uspokój się. Wprowadzasz nerwową atmosferę. I tak wszyscy jesteśmy już mocno zestresowani.

Dejv, młody chłopak, wyglądający na jakieś maks dwadzieścia lat, z czupryną utlenionych na blond włosów zdawał się być wyraźnie poirytowany jej zachowaniem.

- Cieszmy się, że Szalony wziął nas dziś do siebie. Bo od tamtej obskurnej sofy w motelu bolał mnie zadek. Swoją drogą ja czyhałem na Ciebie na stacji benzynowej. Zakładałem, że tam też musisz się pojawić. Tyle, że ja nie znałem tak dobrze Twojej twarzy jak Ana. Ona jest twoją fanką, ja nie przeczytałem nic od czasów Pinokia.

- Skąd dowiedzieliście się o mnie i o sobie nawzajem?

- Od niej – kiwnął głową w kierunku Merry. – Ona była pierwsza. Znalazła najpierw Anę, później Ewę, mnie i teraz Ciebie.

Szczupła blondynka o której mówił chłopak spała spokojnie na rozkładanej sofie. Stwierdzałem, że nie będę jej budzić. A do pytania wrócimy rano.

Ana ziewnęła. Cała trójka wyglądała jak z krzyża zdjęta.

- Jak ktoś jest głodny to w lodówce jest żarcie. W łazience powinny być ze dwa ręczniki. Do mycia tez coś się znajdzie. Tylko uwaga na kran, czasem odpada pokrętło. Trzeba delikatnie. Ja idę spać. Dejv z racji braku miejsca musisz przekimać ze mną. Jutro skoczymy do miasta i kupimy jakieś leżanki.

Wziąłem szybki prysznic, by nie blokować ubikacji i położyłem się do łóżka. Przekonany, że sprawa milczących telefonów szybko się rozwiąże.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (8)

  • zsrrknight 7 miesięcy temu
    "Czekałam na Ciebie dwa tygodnie." - "ciebie" niepotrzebnie z dużej litery.
    "Stwierdzałem, że nie będę jej budzić" - stwierdziłem
    "Do mycia tez coś się znajdzie. " - też
    *w ogóle zwroty grzecznościowe z dużej litery to błąd. Powieść to nie list.

    Dzieje się dużo i szybko, chyba nawet troszeczkę za szybko. Najpierw kobieta wparowuje mu do auta, a chwilę potem już ma kilku nieznajomych do przenocowania. Można tu wprowadzić trochę więcej nieufności albo nie ładować tych wszystkich nowych na raz... No ale to tylko takie gdybanie.
    Ogólnie jest nieźle. Wprowadzasz trochę tajemnicy, bohater zyskuje nowy cel, więc niech się dzieje.
  • Atylda 7 miesięcy temu
    Poprzednio zarzucano mi, że brakuje akcji. Więc starałam się przyspieszyć
  • zsrrknight 7 miesięcy temu
    Atylda
    jeden rabin powie tak, drugi powie nie...
  • MartynaM 7 miesięcy temu
    Mnie się zaczyna podobać, coś się dzieje, nie ma nudnych wstawek... ta ''ubikacja'' trochę mnie razi, jakby jakoś ładniej nazwać się dało... choćby toaleta
  • Atylda 7 miesięcy temu
    No właśnie. Łazienka, toaleta? Zaczynałam się właśnie przy korekcie tego słowa.
  • MartynaM 7 miesięcy temu
    Atylda, wszystko będzie lepsze od tej ubikacji
  • Atylda 7 miesięcy temu
    Zdecydowałam się że zapiszę po prostu "by nie blokować pozostałych"
  • Dekaos Dondi 7 miesięcy temu
    Atylda↔Zaiste, tekst niczym wartki strumień. Masz specyficzny styl. Trochę... szalony:) Poza tym taki... naturalny.
    Mam wrażenie, że mniej: się?
    Fajne zdanie: "...i burza rudych włosów wpakowała się na fotel obok mnie"
    Pozdrawiam😆:)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania