Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Warcraft - Krucjata - Rozdział 13

Rozdział 13

Szturm

 

Atak rozpoczął się. Na mury posłano wieże oblężnicze, z których wysiadło setki legionistów. Walczyli oni z obrońcami, którzy jakimś cudem nie zostali spaleni przez elfi ogień. Po ich pokonaniu żołnierze weszli do środka miasta, i otworzyli bramy. Wexford zostało zalane przez fioletową falę. Miasto znalazło się w kompletnym chaosie.

 

Nad budynkami latały hipogryfy, których to jeźdźcy strzelali do znajdujących się na ziemi wrogów. Strzelcy próbowali ściągnąć ich z nieba, jednak ich strzały nie mogły dosięgnąć zwinnych oponentów. Suneli oni po niebie, drwiąc z wrogiego ognia, i wdając się w dogfighty z krasnoludzkimi gryfimi jeźdzcami. Tyle tylko, że tym razem nikt nie miał ochoty podziwiać powietrznych akrobacji.

 

Taylor i jego drużyna znajdowali się nad barykadami, około 20 metrów od linii walczących. Dzięki swojej pozycji mogli strzelać do legionistów, nie ryzykując przypadkowego zranienia sojuszników. Lord Gustav kazał kapitanowi zostać na tyłach, gdyż bał się ewentualnej straty komandosów w walce wręcz.

 

- Atremis, trafiłaś kogoś? - zapytał się jej Corentin, który próbował zebrać myśli do inkantacji jeszcze jednego zaklęcia.

- Dwóch gnojków. Strzały pięknie przebiły ich kolczugi. Skurwysyny leżą teraz na ziemi, i zwijają się z bólu.

- Przestancie gadać i bierzcie się za strzelanie - skarcił ich Taylor, który przeładowywał swój arkebuz. - Naszych wojaków ciągle ubywa, a ich wręcz przeciwnie, chyba zebrał się ich tam cały Kalimdor.

- A myślisz że co ja ro… Na pierdoloną Światłość, co to kurwa jest? - elfka wskazała na wieczorne niebo, które wypełniło się jeszcze jedną istotą.

 

Na horyzoncie pojawiła się latająca bestia. Można było ją opisać jako krzyżówkę smoka i wiwerny. Charakterystycznym punktem istoty były jej dwie głowy, każda z nich zakończona masywnymi rogami. Leciała ona w stronę pozycji Przymierza Północy.

 

- Cholera, nawet je tutaj ściągneli. To chimera, Atremis. - powiedział jej Taylor. - Jedna z najgroźniejszych istot na zachodzie. Cokolwiek by się nie stało, nie daj się dotknąć jej żrącym oddechem. Stopisz się jak wosk w ogniu. Skoncentrować na niej ogień! - wykrzyknął do swych ludzi. - Niech każdy łuk i każda strzelba napierdala w to bydle.

 

Chimera wykonała obrót w prawo, i znalazła się pod pozycjami ludzkich strzelców. Żołnierze próbowali ją zestrzelić, jednak jeżdzcy hipogryfów osłaniali ją zarówno przed nimi, jak i przed krasnoludzkimi najemnikami, dosiadających gryfów. Bestia na chwilę zniżyła lot, i zioneła na ludzi swym oddechem. Oddech chimery zawiera substancje, które w jamie ustnej pozwalają mu zachować bardzo niską temperaturę. Jednak po wydostaniu się na powierzchnię bardzo szybko skrapla się, i nabiera właściwości żrących. Nieszczęśnicy, którzy zostali narażeni na morderczy oddech, przeżywali okropne cierpienia. Ich skóra i mięso topiły się na ich oczach, powodując potworny ból.

 

Atremis schowała się pod wozem, co okazało się dobrą decyzją, gdyż uniknęła poparzenia. Gdy wyszła spod niego, zobaczyła wijących się na ziemi ludzi, umierających pod wpływem kwasu. Jeden z nich był członkiem jej oddziału. Pochyliła się nad nim, nie wiedząc, jak może mu pomóc.

 

- Corentin, zrób coś! Jesteś przecież magiem. Ulecz go, do cholery!

- Przecież magia tak nie działa! Co ja mogę zrobić? Nawet gdybym był uzdrowicielem, to nie dałbym rady wyleczyć czegoś takie…

 

Krótki dialog przerwał wystrzał pistoletu Taylora. Elfka i czarodziej odwrócili się. Oficer strzelił poparzonemu w głowę, skracając jego cierpienia. Na jego twarzy nie było widać ani cienia emocji.

 

- Co tak kurwa stoicie? - zganił ich załamującym się głosem. Zastrzelcie tą chimerę, bo będziemy następni. Co to za spojrzenia? Nic nie mogliśmy dla niego zrobić.

 

Atremis zauważyła, że po policzku jego ukochanego płynęła łza. Wiedziała ona, jak odpowiedzialność za jego ludzi odcisnęła na nim piętno. Zachowała jednak tą informację dla siebie. Chyciła za swój łuk refleksyjny, i zaczęła oddawać kolejne strzały w kierunku bestii. Ta jednak, mimo że przyjeła na swe ciało kilkanaście pocisków, dalej wykonywała kolejne okrążenia, parząc wszystkich, którzy znaleźli się w jej polu rażenia. W końcu, za piątym przelotem, gdy zbliżała się do pozycji Taylora, strzelcy wypalili jej w obie głowy salwą ze strzelb. Chimera straciła kontrolę nad lotem, i z impetem uderzyła w jeden z budynków, niszcząc go kompletnie. Zołnierze natychmiast otoczyli ją, i zaczeli dźgać ją pikami i halabardami, lecz ta jeszcze miała w sobie siły, i odgryzała się im, nie chcąc odejść z tego świata bez walki. Po pięciu minutach bestia w końcu zdechła.

 

Na pole walki nadjechał lord John Gustav, jadąc na swym opancerzonym koniu.

 

- Taylor, do mnie! - rozkazał mu. - Mamy problem. Grupa Nocnych Elfów przedostała się na nasze tyły. Masakrują nas bez litości. Idą teraz w stronę ratusza. Masz ich powstrzymać. Zbierz swoich ludzi, i ruszaj.

- Poradzisz tu sobie, lordzie?

- Muszę. Idź już. Dam sobie radę. I uważaj na siebie.

 

 

Kapitan Naisha stała na czele pięćdziesięcioosobowego oddziału, i przebijała się w stronę ratusza, łamiąc wszelki napotkany opór. Zgodnie z rozkazami Maiev, próbowała wywołać jak największe zamieszanie, by zwabić do siebie jak najwięcej żołnierzy Przymierza Północy. Gdy uwaga obrońców skupiona była na głównym natarciu legionistów, poprowadziła swych ludzi na tyły miasta, i pod osłoną księżyca sforsowała mury za pomocą linek z hakiem. Teraz przemieszczali się uliczkami, robiąc najgłośniejszy możliwy harmider.

 

Gdy minęli piekarnie, przed nimi stanął oddział złożony z ludzi i Wysokich Elfów. Naisha zauważyła, że nie byli to zwykli żołnierze. Ich pancerze były lepiej wykonane niż te od lordaerońskiej piechoty. Byli uzbrojeni w zróżnicowaną broń, dostosowaną do ich indywidualnych potrzeb.

 

Obie grupy żołnierzy oddały do siebie salwę z łuków, kusz, i arkebuzów. Potem zarówno Naisha , jak i dowódca komandosów dzierżący w ręku pistolet wydali rozkaz szarży. Wojownicy zetknęli się w brutalnej walce wręcz. Nocne Elfy były większe i silniejsze, jednak ich oponenci wcale nie ustępowali im zapałem i koordynacją. Mieli jeszcze jeden atut: za nimi znajdował się czarodziej. Niczym nie odróżniał się od jego towarzyszy. Posyłał on w górę magiczne pociski, które, gdy znalazły się nad głowami Kaldorei, ostro skręcały w dół, przebijając ich zbroje.

 

Kapitan wiedziała, że ten mag jest największym zagrożeniem. Dopóki żył, mógł szatkować jej podkomendnych swoją magią. Musiał on zostać wyeliminowany jak najszybciej. Elfka przeanalizowała sytuację. Cała szerokość ulicy była wypełniona komandosami, więc nie mogła się przez nich przebić. Rozejrzała się po polu walki, i zauważyła, że za nią znajduje się zaułek, którym może dostać się za linie obrony wojskowych Przymierza Północy. Wiedziała już, co należy zrobić. Pomyślała, że gdyby Maiev usłyszała o tym planie, to spoliczkowałaby ja za głupotę. W istocie, plan był naprawdę głupi. Ale czas naglił, a jeżeli ten czarodziej nie będzie za chwilę martwy, to wszyscy tu zginą.

 

- Kryspinie, przejmujesz dowództwo. - powiedziała swemu zastępcy, skręcając w ciasną uliczkę. - Trzymajcie linie tak długo, jak zdołacie. Pod żadnym pozorem nie porzucajcie formacji.

- Dokąd pani kapitan idzie? Zostawia nas pani?

- Nic z tych rzeczy. Walczcie dalej. Zajmę się tym czarodziejem. Nie ustępować im.

- Tak jest, kapitanie.

 

Po chwili Naisha znalazła się w zaułku. Rzuciła na ziemię swój hełm, i odetchneła pełną piersią. Ściskając mocno w dłoni miecz, przekraczała kolejne korytarze, szukając drogi do oflankowania wrogów. Elfka wahała się, czy aby na pewno sobie poradzi. Szybko jednak przypomniała sobie wszystko, czego nauczyła jej Maiev. Była ona wymagającą, ale cierpliwą i dokładną nauczycielką. Dzięki treningom jej kochanka znacznie rozwinęła jej umiejętności szermiercze. Choć Naisha nie była tak silna jak lady Shadowsong, to nadrabiała to zwinnością i szybkością. Choć, jak reszta Nocnych Elfek, i tak była bardziej muskularna od ludzkich kobiet.

 

Kapitan skryła się za rogiem budynku, i wychyliła głowę. Zobaczyła ona czarodzieja, który krzyczał inkantacje. Choć widoczne były na nim objawy zmęczenia, to dalej słał on kolejne pociski. Naisha zamknęła oczy, zrobiła pięć wdechów, i zaczęła podkradać się do maga. Hałas pola bitwy zagłuszył jej kroki, przez co nie mógł jej usłyszeć. Gdy znalazła się dostatecznie blisko, zaszarżowała na niego. Ten obrócił się w jej stronę, ale zanim zdążył cokolwiek zrobić, elfka wbiła mu miecz w serce. Czarodziej złapał kilngę, nie wymawiając słowa. Naisha próbowała wyjąć ostrze z jego piersi, lecz gdy zaklinowało się ono w jego ciele, musiała sobie pomóc nogą. Gdy mag upadł na ziemię, rzuciła się do ucieczki, gdyż została spostrzeżona.

 

Gdy Atremis usłyszała ciało opadające o bruk, obróciła się, i dostrzegła Nocną Elfkę, stojącą nad rannym Corentinem. Dzierżyła ona w ręce zakrwawiony miecz. Czarodziej leżał na ziemi, i trzymał się za serce, próbując zatamować krwotok.

 

- Ty jebana kurwo! - wykrzyczała do niej. - Morderczyni! Zabije cię!

 

Komandoska napieła łuk, i wystrzeliła do niej, lecz legionistka uniknęła strzały, i zanurzyła się w zaułku. Atremis rzuciła się za nią w pogoń. Niestety, zgubiła ją.

 

- Anar'alah, wracaj tu, szczurze! - zaklnęła.

 

Wróciła do Corentina, który jakimś cudem doczołgał się do pobliskiej ściany, i siedział pod nią bez ruchu. Uklękła przy nim.

 

- Corentin, słyszysz mnie? Nie umieraj, proszę. Wiem, że mnie słyszysz. Masz całe życie przed tobą, więc nie waż mi się umierać! Musisz jeszcze pomścić swojego przyjaciela, a potem wygrać majątek w kasynie. Proszę, zostań z nami.

 

Odwróciła się do Taylora, i podbiegła do niego, łapiąc go za ramiona.

 

- Taylor, Corentin jest ranny. Musimy go stąd wydostać. Musimy…

- Ogarnij się, kurwa.- powiedział do niej, potrząsając nią. Nie widzisz, że on nie żyje? - wskazał na ciało czarodzieja.

 

Dopiero teraz elfka dostrzegła, że od minuty czarodziej był martwy. Patrzył się swym pustym, wzrokiem w ziemię, cały zalany krwią.

 

- Wycofujemy się stąd. Nie wytrzymamy tu długo. Odwrót! - wykrzyczał, dmuchając w gwizdek. - Red, bierz ludzi, i spadamy stąd!

- A co z Corentinem?

- Musimy go tutaj zostawić.

- Ale…

- Nawet nie próbuj! Rób, co mówię, albo zostań tu i giń razem z nim!

 

Gdy Naisha wróciła do swoich ludzi, zobaczyła, że komandosi Przymierza Północy wycofują się. A więc jednak plan odniósł sukces, pomyślała.

 

- Dalej, legioniści! - zwróciła się do swoich ludzi, unosząc zakrwawiony miecz do góry. - Nacierać dalej! Nic nas nie powstrzyma! Jesteśmy dziećmi gwiazd, i pisana jest nam chwała i zwycięstwo! Za mną! Za XII legion!

 

 

Punkt zborny Przymierza Północy znajdował się przy miejscowej katedrze. W jej środku, i wokół niej, znajdowały się tabuny rannych, oczekujących natychmiastowej pomocy. Niestety, medycy mogli pomóc tylko niewielkiej części z nich. W powietrzu czuć było zapach krwi wymieszany z odchodami. W połączeniu z wszechobecnym krzykiem i gwarem mogłoby to wpędzić każdego w obłęd.

 

Taylor rozkazał swoim ludziom zatrzymać się przy katedrze. Gdy stanęli, Atremis zwróciła się do swojej przyjaciółki, Cynthii.

 

- Chwila, gdzie są Kassandra i Alexia? Nie wycofały się z nami?

- Pani porucznik, obie odniosły ciężkie rany, i musieliśmy je tam zostawić.

- Że co kurwa? Jak śmiałaś? - spoliczkowała ją. - Przecież one…

- Atremis, uspokój się! - stanowczo powiedział do niej Taylor, rozdzielając dwie elfki. - Ona nie jest niczemu winna. Po pierwsze, to ja wydałem rozkaz odwrotu, więc wszelkie pretensje wyłącznie do mnie. Po drugie, one i tak były już martwe. A po trzecie, to gdybyśmy zostali tam choć minutę dłużej, to niechybnie zginelibyśmy. Po śmierci Corentina wytłukliby nas jak psy.

- Co się tutaj dzieje? - Lady Lireesa Windrunner, która pojawiła się znikąd, zwróciła się do komandosów. - Co wy tutaj jeszcze robicie?

- Pani generał, mogłaby pani doprecyzować?- zapytał jej Taylor. - I gdzie jest Gustav? Czy dalej walczy w Dolnym Mieście?

- Dolne Miasto już dawno zostało stracone. - odpowiedziała mu. - Gustav mówił, że było ich po prostu za dużo. Po tym, jak wysłał ludzi, by zajęli się tymi grupkami Kaldorei na naszych tyłach, zabrakło mu sił, by odeprzeć atak. Nie mamy już żadnych szans. Jeżeli chcemy uniknąć okrążenia, to musimy się wycofać. To chędożone miasto nie jest warte naszych żyć. Wszyscy mają wycofać się przez wschodnią bramę, póki pierścień wrogich wojsk dalej pozostaje otwarty.

- A co z tymi wszystkimi rannymi? - Taylor wskazał na zwijających się z bólu biedaków.

- Wyciągniemy stąd tylu, ile możemy. A tym, którym nie zdołamy pomóc...cóż, zobacz, co podają im medycy.

 

Dopiero teraz kapitan zorientował się, że medycy podawali rannym truciznę. Dla niektórych samobójstwo było lepszym wyjściem niż niepewny los w niewoli Kaldorei. O ile będą mieli szczęście, i natrafią na dowódcę, który w ogóle rozważa możliwość niewoli. Wobec takiej rzeczywistości samobójstwo było w istocie bardzo kuszące.

 

- To się nie dzieje naprawdę - powtarzał do siebie Taylor, chytając się za głowę. - To się kurwa nie dzieje naprawdę.

- Teraz nie jest pora na użalanie się nad sobą - Lireesa chyciła go za ramię. - Może im nie możesz pomóc, lecz dalej ponosisz odpowiedzialność za swój oddział. Oni na ciebie liczą, Taylor. Dlatego bierz ich, i spierdalajcie stąd. Nic innego od was nie wymagam. Czas na bohaterstwo skończył się. Trzeba podkulić ogon. Może następnym razem im się odpłacimy, ale dziś oni wygrali.

 

 

 

Godzinę później

 

Gdy siły Przymierza Północy wycofały się z Wexford, żołnierze, którym nie udało się uciec, skapitulowali. Miasto oficjalnie znalazło się pod kontrolą Imperium Kaldorei.

Maiev stała na placu, paląc fajkę, a tuż obok niej Naisha prowadziła kolumnę jeńców.

 

- No, ruszać się - elfka poganiała rozbrojonych ludzi. - Dla was wojna już się skończyła.

 

Nagle jeden z żołnierzy stanął, i spenetrował kapitan wzrokiem.

 

- Co tak stoisz? - zapytała się go. - Masz jakiś problem? Ruszaj się, już!

 

Żołnierz odpuścił, i zrównał się z kolumną. Naisha podeszła do Maiev, i rozpoczęła dialog.

 

- Ci ludzie walczyli dzielnie, powinni być z siebie dumni.

- Kochana, niestety to tak nie działa. Jak oni mają odczuwać jakąkolwiek dumę, skoro właśnie zdobyliśmy ich dom? Nieważne. Wiesz, świetnie sobie poradziłaś podczas tej bitwy. Jestem z ciebie dumna.

- Dziękuje, Maiev. Chociaż to tobie zawdzięczam sukces. Twojemu szkoleniu.

- Ja tylko pokazałam ci drogę. To ty nią podążyłaś. Gdy to piekło zwane Wielką Krucjatą dobiegnie końca, pojedziemy razem do mojej posiadłości w Winterspring. Wiesz, której. Będziemy tam tylko ty i ja. Żadnych kurew, takich jak Tyrande czy Shandris. Żadnego zabijania i plądrowania. Tylko ty i ja…

- I łóżko.

- Tak, łózko będzie nieodłącznym elementem naszego trybu życia - lady Shadowsong zaśmiała się. - Och, Naisho, gdyby nie ty, to nie wiem, co bym zrobiła w tym chorym świecie. Myślałam, że po utracie Velathii już nigdy nie będe mogła kogoś pokochać, ale wtedy pojawiłaś się ty.

 

Legatka dotknęła twarzy swojej kochanki. Nie miała jednak odwagi jej pocałować, nie przy jej ludziach. Wielu Kaldorei dalej nie akceptowało ich miłości, i nie chciała ich prowokować.

 

 

Taylor i Atremis znajdowali się już trzy kilometry od Wexford, gdy podszedł do nich Lord Gustav.

 

- Taylor, jak się cieszę, że udało ci się uciec z tej strefy śmierci. Bez ciebie bylibyśmy…

- Zostaw mnie. - odparł do niego krótko, po czym odszedł od niego, idąc razem z innymi uciekinierami.

 

Lord stał tak przez krótką chwilę, zdumiony, po czym zwrócił się do Atremis.

 

- Co go tak ugryzło? Atremis, co się tam stało?

- Szturm na miasto bardzo źle się na nim odbił. Już od początku odpowiedzialność za nasz oddział przygniotła go, a gdy podczas naszego starcia z grupą Kaldorei na dodatek straciliśmy Corentina…

- To Corentin nie żyje?

- Niestety. Nie mogliśmy mu pomóc.

- Szkoda. To był bardzo dobry człowiek. Gdy Taylor pomógł mu z jego długami, myślałem, że w końcu jego życie jakoś się ułoży.

- Jego śmierć wywarła na niego bardzo duży wpływ. Może nie widać tego po nim, ale on bardzo cierpi.

- A co z tobą, Atremis? Jak się czujesz po tym wszystkim.

- A jak można się czuć? Po raz kolejny te skurwysyny wyparły nas dalej na wschód, i znowu ponieśliśmy duże straty. Robię, co mogę, by nie stracić głowy, ale powoli zaczynam już mieć tego dość.

- Jak my wszyscy, elfko. Jak my wszyscy. Ale w końcu sytuacja odwróci się na naszą korzyść. Musi. Więc nie trać wiary ani zapału, Rangerko.

- Spokojnie, lordzie, nie zamierzam. Nie, dopóki ci fioletowi mordercy oddychają. Mam z kimś rachunki do wyrównania.

 

Gdy Gustav odszedł, Atremis znowu widziała w myślach tą scenę. Jak Corentin pada na ziemię, a morderczyni przez chwile spojrzała jej w oczy. Zapamiętała ona jej czarne włosy, i srebrne oczy. Jej szpiczasty nos, i wąskie usta. Tak, szybko cię nie zapomnę, kurwo, pomyślała. Jeszcze zapłacisz za Corentina, Kassandrę, Alexie, i wszystkich innych, którzy stracili życie na tej wojnie. Quel’Dorei już nigdy nie będą waszymi ofiarami, dzieci gwiazd. Już nigdy nie damy się pobić ani wygnać z naszych domów. Nadszedł czas zemsty, za wszystkie krzywdy, przeszłe, i obecne. Idę po ciebie, nieznajoma. I po wszystkich twoich przyjaciół. Selama ashal'anore.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania