Czerń przetykana złotem, rozdział 12
Czerń przetykana złotem
Rozdział 12 Rodzinna kolacja
W domu Rosalii Romano było tego dnia tłoczno. Wszystko było już na miejscu, dom pachniał najróżniejszymi potrawami, otwierano kolejne butelki wina. Spora część gości była już na miejscu. Jej rodzina mieszała się z rodziną jej zmarłego męża. Przy jednym stole siedziało teraz bardzo dużo niebezpiecznych ludzi, którzy liczyli się w Rzymie. Jej szwagrowie, tak samo jak jej brat i siostrzeńcy oraz bratankowie, wszyscy stali wysoko w strukturze mafijnej. Wdrapali się po drabinie zaraz po jej synu, który przedarł się do góry w bardzo szybkim czasie, po zajęciu miejsca jej zmarłego męża.
Chociaż przy stole zapełniało się już większość miejsc, ona czekała na najważniejszych dla niej gości. Dante ostatnio ją niepokoił, nie widziała syna od prawie dwóch tygodni, od czterech dni nie kontaktował się w ogóle, zaczynała się martwić, znała syna na tyle, żeby wiedzieć, że coś się zmieniło. Do tego bez słowa zwiększył ochronę wokół jej domu. Vivian trochę ją uspokoiła wczoraj wieczorem. Jej córka miała na tyle tupetu, żeby pojawić się bez zapowiedzi w domu Dona i bezczelnie wprosić na kolację. Zdecydowanie odziedziczyła po niej charakter.
Vivian wróciła wczoraj, mówiąc, że sprawy się skomplikowały, ale Dante jest cały. Rio też. Ten chłopak był dla niej jak przybrany syn. Do dziś pamięta jak jej mąż przyprowadził go do ich domu, mówiąc, że młody nie ma się gdzie podziać. Ojciec Rio popełnił wtedy poważny błąd, zginęła cała rodzina, tylko dzieciak zdołał uciec. Zawsze był piekielnie szybki. Teraz uśmiechała się pod nosem, na myśl o tym jak była wściekła na męża, że sprowadza przybłędę, ale okazało się, że chłopak bardzo szybko stał się częścią rodziny. Razem z Dante sprawiali kłopoty, ale jeden za drugim wskoczyłby w ogień. I tak zostało do dziś. Rosalia była wdzięczna za to, że jej syn miał w życiu kogoś tak bardzo lojalnego.
Więc, uśmiechając się do reszty gości, tak naprawdę czekała teraz na całą trójkę. Czwórkę, poprawiła się w myśli. Vivian powiedziała, że Dante kogoś przywiezie ze sobą tego wieczoru i wcale się jej to nie podobało. To była rodzinna kolacja, jej urodziny, a jej syn, nie ukrywajmy, nie miał gustu do kobiet.
Przez życie jej syna przewinęła się niepokojąco długa lista kobiet, chociaż w jej oczach wszystkie były takie same. Piękne, jak modelki, puste jak lalki, krążyły wokół niego jak sępy. Poznała kilka z nich, miały o sobie bardzo wysokie mniemanie, zachowywały się bezczelnie, jakby miejsce przy boku jej syna było jakąś nagrodą, którą wygrały. Pojawiały się w jej domu w wyzywających strojach, mocnym makijażu i drogiej biżuterii. Rosalia z czasem przestała nawet próbować zapamiętywać imiona, skoro wiedziała, że żadna z tych relacji nie będzie trwała dłużej niż do końca kolacji, a na kolejny obiad w jej domu przyprowadzi nową twarz. Kiedyś zrobiła mu o to awanturę, że powinien pomyśleć poważnie o kobiecie, że potrzebuje potomka. Powiedział jej wtedy, że nie będzie się tym przejmował, bo może nie dożyć nawet końca tygodnia. Ale potem przestał przywozić te kobiety do jej domu. Jak widać nie na długo.
Przed dziewiętnastą pod jej dom zajechały najpierw dwa samochody, po chwili kolejne dwa. Przyjechali. Z przesadnie dużą ochroną. Czyli faktycznie coś było na rzeczy. Przyzwyczajona była już do tego, że ani jej mąż, ani teraz syn, nie mówili jej więcej niż musiała wiedzieć. Więc nie dopytywała.
Rosalia przeprosiła gości i udała się do holu rodzinnej rezydencji Romano. Miała na sobie dobrze skrojoną bordową garsonkę i buty na wysokim obcasie, biżuteria podkreślała to co jeszcze zostało w tym wieku z jej urody. Rosalia słynęła ze swojej cichej elegancji i nie wymuszonego stylu i trzymała się tego właśnie wizerunku przez całe życie.
Poprawiła jeszcze lekko włosy w lustrze wiszącym w holu, kiedy drzwi się otworzyły. Rio przytrzymał je przed Vivian wpuszczając ją przodem.
- Nareszcie jesteście, kochani - podeszła do nich, uściskała Vivian, później wzięła twarz Rio w obie ręce, obejrzała go dokładnie - Schudłeś, Maria Cię nie karmi? - a potem jego też ucałowała w oba policzki.
- Karmi, jak ostatnio usłyszała, że grymaszę, dostałem po głowie łyżką.
- Bo to dobra kobieta jest, ode mnie oberwałbyś patelnią - Zaśmiała się Rosalia.
Drzwi otworzyły się ponownie, tym razem pojawił się w nich Dante, prowadząc za rękę Lilith, która znowu szła lekko skryta za jego ramieniem. Rosalia przeniosła na nich powoli wzrok i zamarła. Nie tego się spodziewała. Jej potężnie zbudowany syn prowadził za rękę drobną i o głowę niższą od siebie istotę, otuloną w miękkie tiule. Patrzyła na ich splecione razem dłonie. Wyglądali razem, jak z bajki o pięknej i bestii. Dante powoli poprowadził ją przodem, puścił jej dłoń i przeniósł ją na dół pleców dziewczyny, a ona podniosła w końcu oczy na Rosalię.
- Dzień dobry, mamo. Wszystkiego najlepszego - powiedział z zadowoleniem.
Rosalia zerknęła jeszcze na Vivian, która teraz prezentowała chyba wszystkie zęby w szerokim uśmiechu i wróciła z powrotem wzrokiem do dziewczyny przy boku syna. Nie mogła wyjść z szoku, albo z zachwytu, nie mogła zdecydować. W końcu podeszła bliżej, przyglądając się jej niezwykłym oczom.
- Kochanie, nigdy w życiu nie widziałam nic tak niezwykłego jak Twoje oczy. Jak się nazywasz dziecko?
- Lilith.
- Lilith? Masz bardzo potężne imię kochanie - powiedziała Rosali, powoli przytulając do siebie dziewczynę - Witaj w moim domu Lilith. Chodź kochana, wyglądasz na głodną - Rosalia ujęła dziewczynę za rękę i zaczęła ją prowadzić w stronę dużej jadalni, gdzie odbywała się kolacja.
Vivian szturchnęła tylko Rio w bok.
- Mówiłam, że ją zamuruje. Wisisz mi stówkę.
- Czy mi się wydaje, czy matka mnie właśnie zignorowała i nawet się ze mną nie przywitała - zaśmiał się Dante, odprowadzając je wzrokiem.
- Wydaje mi się, że mogła zapomnieć o Twoim istnieniu.
- Myślisz?
- Lepiej chodźmy, zanim mama zagarnie ją dla siebie i nie będzie chciała Ci jej oddać.
Cała trójka ruszyła za nimi. Kiedy weszli do jadalni, rozmowy na moment ustały i wszyscy radośnie ich powitali. Zajęli swoje miejsca przy stole, Dante u szczytu stołu, obok, po prawej Lilith, dalej Vivian i Rio, po lewej jego matka, dalej jej brat, wuj Lorenzo z żoną. Knox zerknął na Lilith, która nerwowo poruszyła się na swoim krześle, czuła na sobie ciekawskie spojrzenia wszystkich wokół i te spojrzenia wyraźnie ją przytłaczały. Chciał ją w tym momencie objąć, żeby poczuła się pewniej. Wystarczyło by, żeby się pochylił w bok i mógłby ją dotknąć, ale nagle nawet ta niewielka odległość wydała mu się zbyt duża. Pochylił się mocno w jej stronę, ale zamiast dotknąć Lilith, albo coś do niej powiedzieć, po prostu chwycił mocno nogę krzesła na którym siedziała i zaczął je przesuwać w swoją stronę. Przez chwilę w jadalni panowała taka cisza, że słychać było jedynie bardzo wyraźnie szuranie krzesła o podłogę. Ustało dopiero kiedy ramę Lilith zetknęło się z jego własnym, a ona siedziała razem z nim u szczytu stołu.
Jeśli samo pojawienie się Lilith u jego boku na tej kolacji nie było wystarczającą deklaracją , to ten gest był nią już na pewno. Skoro przedstawiał ją rodzinie, to chciał, żeby widzieli, dokładnie o co być może przyjdzie im walczyć. Przez chwilę wszyscy przyglądali im się uważnie, ale powoli rozmowy wróciły do normy, chociaż ukradkowe spojrzenia nie zniknęły.
- Tak lepiej - mruknął do Lilith, która skwitowała tylko wszystko subtelnym, ale zdecydowanie zadowolonym uśmiechem.
Matka siedząca obok nie wytrzymała zbyt długo i zaczęła ich zasypywać pytaniami. Atmosfera przy stole była luźna, rodzinna. Lilith z zaciekawieniem przyglądała się gościom siedzącym przy stole. Dante w pewnym momencie zaczął jej cicho po kolei opowiadać o każdym z obecnych przy stole.
Przez chwilę przyglądała się Rio i Vivian, jak o czymś rozmawiali, przysunięci do siebie blisko. Uśmiechnęła się pod nosem i przysunęła bliżej Knoxa.
- Wydaje mi się, że Rio i Vivian się lubią.
- Znają się od bardzo dawna, mała. Chociaż zwykle skaczą sobie do oczu o byle co.
- Nie o to mi chodziło.
- A o co konkretnie? - zmarszczył brwi i też przeniósł na nich wzrok.
- Rio za każdym razem zajmuje miejsce, tak, żeby być w miarę blisko niej, zawsze jest zwrócony przynajmniej częściowo w jej stronę. A Vivian dużo częściej poprawia włosy, kiedy on jest obok.
- To bardzo trafne obserwacje, mała - powiedział spokojnie, ale jego brwi dalej pozostawały zmarszczone. Jeszcze chwilę przyglądał się siostrze i przyjacielowi, zastanawiając się nad słowami Lilith, ale zanim zdążył dojść do jakiś wniosków, wniesiono tort urodzinowy.
Kolacja trwała do późna, na stole pojawiały się co chwilę nowe potrawy. Jedli, pili dyskutowali. Rosalia z zadowoleniem patrzyła jak Lilith próbuje wszystkiego, co tylko pojawia się na stole. Dante rozmawiał też indywidualnie z wujami o rodzinnych interesach, tłumaczył ostatnie sytuacje. Wszystko to ciągnęło się w nieskończoność.
W końcu jednak wieczór dobiegł końca. Rasalia wyposażyła Lilith w koszyk z najróżniejszymi smakołykami na następne dni i wyściskała mocno. Kazała Knoxowi przywieźć ją na niedzielny obiad.
Dopiero koło drugiej w nocy, spakowali się z powrotem do samochodów. Wracali w takiej samej konfiguracji, nawet Vivian zabrała się z nimi, mówiąc, że jak zostanie, to matka będzie ją zadręczać pytaniami o Lilith przez pół nocy.
Wracali inną trasą niż przyjechali. Vivian i Lilith rozmawiały po drodze o kolacji. Dante patrzył gdzieś przed siebie, zastanawiając już nad swoim kolejnym ruchem. Kolacja była udana, matka zachwycona, rodzina wydawała się zadowolona. Ale coś w tym momencie nie dawało mu spokoju. Czuł nieprzyjemne łaskotanie na karku. Miał wrażenie, że o czymś nie pamięta, że coś przeoczył.
Odwrócił głowę w stronę okna dokładnie w momencie, gdy z bocznej ulicy wypadł rozpędzony czarny samochód, żeby ułamek sekundy później z impetem wbić się prosto w ich Suva.
Rzuciło nimi na boki na tylnej kanapie, kiedy ciężkie auto na chwilę przechyliło się na bok, żeby potem z powrotem opaść na cztery koła. Samochód był kuloodporny, ze wzmocnionym podwoziem, jednak uderzenie w przód auta, skutecznie zatrzymało auto w miejscu. Dwa kolejne wozy pojawiły tuż obok, jeden blokując ich z przodu, drugi z tyłu. Bardzo szybko na zewnątrz rozległy się strzały, rykoszetując od pancernej karoserii auta. Dante zareagował szybko, wyciągnął swoją broń spod marynarki i wcisnął ją Vivian do ręki.
- Pamiętasz co Cię uczyłem? Strzelasz, żeby zabić - kiedy przytaknęła, sięgnął ręką do tyłu wyciągając broń automatyczną z bagażnika. Strzały na zewnątrz zmieniły kierunek, zapewne Rio i ludzie z drugiego samochodu dołączyli już do strzelaniny, dając tym czas ich kierowcy i drugiemu człowiekowi wyskoczyć z auta, obaj byli mocno uzbrojeni.
- Zostajecie tu, żadnego bohaterstwa. Vivian...? - posłał siostrze jedno, krótkie, błagalne spojrzenie.
Kiedy Vivian przytaknęła, przeniósł na ułamek sekundy wzrok prosto w przerażone oczy Lilith, która teraz raz patrzyła na to co się dzieje na zewnątrz, raz na niego. Z jej ust wydobywało się tylko ciche "nie, nie, nie", kiedy z niedowierzaniem kręciła w panice głową. Nie miał czasu już jej objąć, ani ucałować, ani nawet powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Nie mógł czekać, więc kiedy strzały znowu przestały się odbijać od auta, gwałtownie pociągnął za klamkę i wyskoczył na zewnątrz, a Vivian zablokowała za nim drzwi od środka. Wiedziała o co prosił tym spojrzeniem i chwyciła mocno Lilith za rękę.
Minutę, może dwie później dojechały dwa kolejne auta, które stanowiły ich cichą obstawę z dystansu. Strzelanina przybrała na sile, kule latały w powietrzu, odbijając się od auta, wokół słychać było krzyki, zamieszanie z dźwiękami rozbijanego szkła i tarcia metalu o metal.
- Lilith? - Vivian nerwowo obserwowała sytuacje na zewnątrz - spokojnie, mała, dotarły posiłki. Naszych jest więcej. Wszystko zaraz się skończy.
Vivian sama nie wiedziała, komu te słowa mają pomóc, ściskała desperacko broń brata gotową do strzału w jednej ręce, w drugiej ściskała drobną, nierealnie kruchą dłoń dziewczyny siedzącej obok. Lilith wyglądała jak w transie. Szeroko otwarte oczy i usta. Nie patrzyła na nią, patrzyła w przestrzeń a jej wzrok, krótkimi, szarpanymi skokami, jakby przeskakiwał miedzy punktami, których Vivian nie mogła dostrzec.
Strzały na zewnątrz wyraźnie zmieniały częstotliwość i kierunek, auto blokujące ich Suva od tyłu, ruszyło. Vivian widziała, że drugie, nie ich, z przodu też próbuje odjechać. Napastnicy zaczynali się wycofywać, wyglądało na to, że odparli atak.
Nagle Lilith zacisnęła palce na jej dłoni z mocą, jakiej Vivian w ogóle się nie spodziewała. Z gardła dziewczyny wydobył się dziki skowyt przepełniony bólem, taki jak wydają ranne zwierzęta. Dłoń powędrowała jej do klatki piersiowej, palce zacisnęły się na niebieskim tiulu.
- Lilith, mała co się dzieje? Spokojnie, zaraz wszystko się skończy, zaraz będzie po wszystkim,
Dziewczyna podniosła na nią już świadomy wzrok, przepełniony cierpieniem i czystym przerażeniem. Vivian poczuła jak krew odpływa jej z twarzy, a ręce drętwieją. W uszach słyszała tylko słowa Rio o tym, że dziewczyna sprawia wrażenie jakby widziała więcej niż to było możliwe i właśnie zrozumiała, o co mu chodziło. Serce zatłukło się jej dziko w piersi, a grunt usunął spod nóg. Lilith właśnie zobaczyła coś, czego Vivian nie była w stanie dostrzec i to rozdarło jej serce na strzępy.
Zanim zdążyła ją powstrzymać, Lilith błyskawicznie puściła jej dłoń i chwyciła za klamkę w drzwiach. Ostatnie strzały na zewnątrz zdążyły już ucichnąć, kiedy prawie wypadła z auta, zaplątując się w tiul sukienki.
- Lilith, wracaj do środka - Vivian rzuciła się za nią na zewnątrz.
Dziewczyna jednak tylko chwyciła brzeg materiału i zaczęła biec. Wokół było prawdziwe pole bitwy. Na skrzyżowaniu stały rozbite i ostrzelane auta, na jezdni i poboczu leżało kilka ciał, ranni podnosili się z ziemi, ludzie Knoxa zabezpieczali swoich rannych i napastników. Dante, z bronią ciągle w gotowości wydawał krzykiem polecenia. Nie zauważył w pierwszym momencie biegnącej Lilith, odwrócił się dopiero, kiedy usłyszał za sobą krzyk siostry.
- Lilith... ! - ryknął jej imię, rzucając się za nimi w pogoń.
Nie biegła w jego stronę. Biegła w stronę najdalszego samochodu. Łzy płynęły jej strumieniami po twarzy, rozmazując delikatny makijaż, a delikatny tiul sukienki falował za nią niczym mgła. Vivian była tuż za nią, próbując ją zatrzymać. Wbiegły za samochód i noc rozdarł wrzask Vivian.
- Nie... Kurwa... Nie...
Kiedy Dante wyłonił się z zza auta, zamarł. Lilith klęczała na szutrowym poboczu, jej piękna niebieska sukienka nasiąkała krwią, barwiąc ją na intensywny czerwony kolor. Ale ona się tym nie przejmowała. Klęczała przy Rio, który wił się przed nią w agonii, krztusząc się własną krwią. Po środku piersi miał ziejącą pustą dziurę, jego koszula przesiąkała krwią zbyt szybko, pod nim rozlewała się kałuża krwi. Vivian próbowała uciskać ranę, ale krew tylko przesączała się przez jej palce. Knox otrząsnął się z pierwszego szoku.
- Karetka, na już! - wrzasnął Dante w przestrzeń, rzucając się w ich kierunku. Widział w życiu wystarczająco dużo ran postrzałowych, że doskonale wiedział jak bardzo źle jest.
- Nie rób mi tego... Ty idioto... To się nie może tak skończyć... rozumiesz? - desperackie słowa Vivian ulatywały z wiatrem.
Lilith zaczęła cicho nucić. Po jej policzkach ciągle spływały łzy, ale jej twarz nabrała spokoju. Ujęła zakrwawioną dłoń Rio, jego palce splotły się z jej. Drugą dłoń położyła mu na skroni i przymknęła oczy. Jej nucenie unosiło się w powietrzu jak cicha mantra, Dante ciężko usiadł na poboczu obok niej. Wiedział już
Powoli twarz Rio się wygładziła, zniknęła agonia, zniknął ból, dezorientację zastąpiła maska spokoju. Odwrócił twarz w stronę Vivian i po prostu na nią patrzył, jakby wszystko inne przestało dla niego istnieć, jakby świat się zatrzymał.
- Nie rób mi tego Rio, proszę Cię... nie możesz mnie tak zostawić... przecież mamy jeszcze czas, żeby to wszystko rozwiązać... Co ona mu robi, Knox? - załkała cicho tylko na sekundę zerkając na Lilith pogrążoną w transie.
- Daje mu spokój... Zabiera cierpienie... Pozwala mu odejść bez bólu, Viv... - głos mu się załamał i sam zacisnął dłoń na przedramieniu przyjaciela. Nic już nie mogli zrobić. Nawet gdyby karetka pojawiła się w tym momencie, kula przeszła na wylot, stracił mnóstwo krwi.
- Nie... proszę, to się tak nie może skończyć...
Rio powoli przymknął oczy. Zakaszlał jeszcze raz, wypluwając krew, a potem jego klatka piersiowa przestała się unosić, a oczy zaszły mu mgłą...
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania