Poprzednie częściInne kolory życia - część I

Inne kolory życia - część XIII

22 września 2011, Wióry-Parcele, Morowo

Gdzieś w oddali zamajaczyły trzy postacie. Wyglądało na to, że lokalne pijaczki wracali ze sklepu. Nierówne, chwiejne kroki, a potem odgłosy rubasznego śmiechu, gdy byli już bliżej. Felek siedział na skleconej z desek i dwóch krzywych pieńków ławce. Konstrukcja skrzypiała jak sprężyny w starej wersalce, ale lepsze to niż stanie jak kołek od pastucha. Widział przed sobą blok numer dwanaście, podobny do reszty – tak samo zjedzony czasem, biedą i oddechem dawnych dni. Niektóre okna zabite były skrzyżowanymi deskami, inne lepione starą dyktą. Myślał, choć powinien działać. Niby nie jego wina, bo koleś nie miał więcej kasy, ale z drugiej strony – miał przynieść wszystko, całą sumę. Był pieprzonym buforem, który przyjmie pierwszą falę wkurwienia Krzyśka. Tamten gamoń też pewnie oberwie, ale to potem. I tak pierwszy dostanie on. Jakaś babinka wyszła z klatki schodowej w stronę kontenera na śmieci. Patrzyła na Felka niechętnym wzrokiem. Coś zamamrotała pod nosem.

– Do kolegi przyszedłem – powiedział.

– Już ja wiem kto i co, gówniarzu. Nie pouczaj mnie – odgryzła się tamta, jakby Felek obraził co najmniej jej męża nieboszczyka.

– To po jaką cholerę mnie tak obstawiasz wzrokiem jak kieszonkowiec na bazarku?

– Pies cię ganiał, darmozjadzie! – warknęła i odeszła, ostatecznie niknąc w ciemności klatki, z której wyszła.

Felek pomyślał, że ludzie tutaj wykształcili jakieś instynkty przetrwania, a niechęć do obcych wychodzi im tak naturalnie, że nawet się z tym nie kryją. Po upadku komuny zostali z tyłu i chyba już przywykli do roli tych gorszych. Nie bardzo z tym walczyli, więc się dostosowali.

Wstał i podszedł do klatki schodowej. Wziął głęboki oddech. Potem, każdy kolejny stopień brzmiał w jego uszach jak wyrok. Kiedy w końcu, majacząc w półmroku i stęchliźnie, stanął pod drzwiami, z zawahaniem się zapukał trzy razy. Czekanie, czekanie, czekanie. W końcu dźwięk zamka i snop światła w oczy.

– Czeka na ciebie.

Krzysiek siedział w kuchni, sam. Reszta poszła do salonu, albo czegoś w tym rodzaju. Był jeszcze jeden pokój, z którego dochodziły dźwięki jakby ktoś nagrywał amatorskie porno.

– Siemano, co tam masz dla mnie?

– Dług od gościa z Morowa.

– Jasna sprawa. Tak się tylko droczę. Pokaż, równo jest?

Felek poczuł, jak strach stoi mu kulą w gardle. Nie mógł wydusić słowa. Krzysiek liczył, liczył i nagle przestał. Już wiedział.

– Brakuje. Wiesz ile?

– Tak.

– No to jak? – zapytał z odrazą w głosie Krzysiek.

Patrzyli po sobie. Z salonu dobiegały odgłosy śmiechu i dobrej zabawy. Wokoło smród petów i piwska.

– Mówił, że odda, ale teraz nie ma.

– On, czy ty?

– Ja?

– Przytuliłeś sobie napiwek?

– Nie, on po prostu nie miał…

– Dobra, dobra, tak się droczę z tobą.

Felek poczuł ciężką dłoń Krzyśka na barku. Facet wstał, poklepał go i spojrzał przez okno. Nie wyglądał jakby był szczególnie wnerwiony. Nie był też spokojny. Jego postawa wyrażała rozsądną złość, którą hamowały jakieś racjonalne myśli. Pewnie plan odzyskania długu z nawiązką.

– Spisałeś się – powiedział Krzysiek. Zanim jednak Felek zdążył zebrać myśli, dodał: Ale ten gamoń się nie wywinie. Pojedziesz z moimi ziomkami i załatwicie to.

Po chwili w kuchni zjawili się dwaj, których Felek już kojarzył. Wyglądali na ubawionych. Krzysiek powiedział im co i jak. Przytaknęli. Wszystko miało się rozegrać za dwa dni.

– Od razu na głęboką wodę, młody – powiedział jeden z nich, gdy odchodzili z powrotem do salonu. Felek nie odpowiedział, tylko przytaknął, czując, jak nogi miękną mu z każdą kolejną sekundą.

Wyszedł z mieszkania. Krzysiek odprowadził go, na koniec uścisnęli sobie dłonie, kolejny raz został poklepany po barku. Drzwi trzasnęły. Korytarz znowu zalał mrok. W tym mroku słychać było śmiechy, dźwięki telewizora i łkanie jednego chłopaka, który wdepnął w niezłe łajno.

***

Trzymał komórkę w dłoni i zastanawiał się, czy zadzwonić do Damiana. Z jednej strony chciał, z drugiej – będzie to znaczyło, że Damian miał rację. Wolał uniknąć kolejnych linijek argumentów, jak to spieprzył, nie słuchał i w ogóle to jest totalnym imbecylem. Do bloku, w którym mieszkał miał jeszcze kawałek. Wysiadł dwa przystanki wcześniej. Chciał się przejść, przemyśleć wszystko. Ostatecznie wylądował na ławce, niedaleko obskurnego baru, w którym o tej porze stołowali się zwykle bezdomni.

Co znaczyło, że załatwią to? Po prostu wezmą siłą resztę kasy, a może stłuką tamtego gamonia i podrzucą gdzieś pod jakąś przychodnię, żeby zanadto się nie wykrwawił? Nie miał odwagi wtedy spytać dokładnie, co zamierzają. Wyszedłby na ostatniego tchórza, a i tak grał odważniaka ostatkiem rezerw zdrowego rozsądku, choć może tylko tak sobie to wmawiał. Może ten rozsądek dawno już uleciał i została tylko jedna droga – pędząc na złamanie karku, bo nie ma odwrotu.

Zanim doszedł do bloku, w głowie przeanalizował kilkanaście scenariuszy. Żaden nie klasyfikował się jako specjalnie łagodny. Tak, wpieprzył się w to z własnej woli, bo przecież chciał. Tak strasznie marzyło mu się, aby coś zmienić, jakoś się wyrwać z tego smrodu rutyny. No i jest. Adrenalina buzowała. Kolejna nieprzespana noc, kolejne myśli pędzące we łbie jak towarowy pociąg z górki z niesprawnymi hamulcami.

Wieczorem odczytał wiadomość na czacie od Damiana. Tamten coś smęcił, dopytywał, jak to on. Odpisał, że jest wszystko ok i w sumie to zmęczenie go przybiło i woli iść spać wcześniej. Gorszej wymówki nie znalazł, ale nie bardzo też się tym przejął. Byle spławić. Chciał spróbować zasnąć, przespać kilka godzin spokojnie. Skończyło się na przerywanym co godzina płytkim śnie z kilkoma koszmarami, po których wstawał z łóżka i spoglądał przez okno w ciemność, jakby czuł tam wzrok kosiarza, czekającego na kolejną naiwną duszyczkę.

Następne częściInne kolory życia - część XIV

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania