Inne kolory życia - część XIV
27 września 2011, Mieszkanie Czerwińskich.
Panował spokój, jak po nawałnicy. Wszystko wyglądało, jakby nic się nie wydarzyło. Jedynie mężczyzna w mundurze burzył obrazek zwykłego poranka w mieszkaniu Czerwińskich. Bogumiła siedziała na krześle w kuchni, obok niej mąż Edward. W zasadzie to wyglądali zupełnie normalnie. Funkcjonariusz spojrzał jeszcze raz na zegarek. Minęła już trzecia godzina odkąd tam był, u nich, siedział i dopijał chyba siódmą herbatę. Musiał, bo kobieta błagała po każdej kolejnej, żeby napił się jeszcze jednej szklanki.
– Nie mogą, Paweł, wiesz o tym – powiedział po raz kolejny.
Policjant był dalszym kuzynem Bogumiły, znali się dobrze. Z Edwardem mieli raz lekki zatarg, ale sprawa została rozwiązana lata temu. Teraz zresztą nie miała już znaczenia.
– Postaram się to załatwić, ale nie będzie łatwo.
– Nie pozwolę żeby pokroili mojego syna. Nie pozwolę! – krzyknęła, pierwszy raz od dwóch godzin.
Edward przytaknął, ale nie powiedział nic. Wyglądał jak cień człowieka, na skraju odejścia z tego świata, jakby już częściowo go tu nie było.
– To nie jest takie proste. Felek… on został znaleziony na przystanku. Młody chłopak nie umiera z przyczyn naturalnych w takim miejscu.
– Chorował na serce, miał nadciśnienie. Wiesz o tym, mówiłam ci już.
– Tak, brał kiedyś jakieś leki, ale ostatnio je odstawił. Ile już, mówiłaś, że…
– To nie ma znaczenia – przerwała.
– Rok. To dużo czasu.
– Musisz pozwolić mi pochować syna takiego, jaki jest.
– Ale jeśli on…
Bogumiła szturchnęła męża. Ten jakby otrząsnął się z transu. Spojrzał na funkcjonariusza beznamiętnym wzrokiem i bez słowa wstał i odszedł. Po chwili w mieszkaniu słychać było chrzęst zamykanych na klucz drzwi do salonu.
– Zrobię, co mogę, ale nie obiecuję cudów.
Kobieta spojrzała na policjanta, nie miała w oczach łez, jedynie wściekłość. Jakby jedynie ostatnie opary zdrowego rozsądku ratowały funkcjonariusza od ataku rozwścieczonej matki.
– Jeśli go pokroją…
– To co? Zastraszysz mnie? Przestań udawać taką nawiną. Wiesz, jak to działa. Chłopak kiepnął na przystanku, nie wiadomo co i jak, będą węszyć i gówno mogę, rozumiesz? Gówno mogę zrobić, ale spróbuję tylko ze względu na ciebie, po starej, cholernej, znajomości.
Nie czekał na odpowiedź kobiety. Wstał, dopił herbatę, sam nie wiedząc dlaczego, a potem wyszedł. Mieszkanie ponownie zastygło w ciszy, martwej, zupełnie innej niż zawsze gdy Felek był w szkole a Edward w robocie i Bogumiła siedziała sama w kuchni, czytając stare numery tabloidowych miesięczników.
***
23 września, 2011, Felek Czerwiński
Godzina piąta. Za oknem szarówka pomieszana z ciemnością. Felek siedział na skraju łóżka, trzymając w dłoniach butelkę po oranżadzie. Włosy na potylicy skleiły się od potu, na tył kołnierzyka podkoszulki kapnęło kilka kropel. Upił jeszcze jeden łyk i westchnął. Miał wrażenie jakby wszyscy znali zasady tej gry, oprócz niego. Szedł na oślep, na czuja, zupełnie zapominając, że po drodze powinien czytać wskazówki, wystrzegać się pochopnych decyzji.
Wstał i ubrał się. Znalazł jakieś ciepłe dresy, wyciągnął z szafy stare buty do biegania, których nie używał od dobrych trzech lat. Po cichu wyszedł z pokoju i skierował się do drzwi wyjściowych. Słyszał odgłosy chrapania ojca. Zawsze się ich bał, kiedy jako dzieciak musiał wstać w nocy do toalety. Brzmiały niczym rzężenie głodnego stwora czającego się w gęstej, zawiesistej ciemności mieszkania.
Przekręcił zamek i złapał za klamkę. Ustąpiła, a drzwi wydały cichy, ale nieprzyjemny zgrzyt. Kiedy był już na klatce, trochę odetchnął. Zeszedł na parter, narzucił na głowę kaptur i wyszedł na zewnątrz. Rześki wiatr smagał po twarzy. W oddali słychać było nieliczne auta jadące ulicą. Latarnie na strzeżonym parkingu przy osiedlu świeciły jasnym, zimnym światłem, kontrastującym z żółtymi snopami tych ustawionych wzdłuż głównej alei.
Czy naprawdę chciał biegać? Nie, zdecydowanie nie. Ale to jedyne co przyszło mu do głowy. Aktywność, która wypełni umysł zmęczeniem, zmuszając do niemyślenia o niczym innym, a przynajmniej do ograniczenia go. Wiedział, że nie zaśnie. Miał przed sobą sylwetkę Krzyśka, jego słowa dźwięczały w uszach jak wyrok w sali rozpraw.
Na wszelki wypadek zabrał ze sobą komórkę. Zaczął biec w stronę centrum, obok cmentarza, Biedronki i osiedla przedwojennych kamienic. Jeden smutny żul słaniał się na ławce, obleczony w gazety. Paradoksalnie jego los, choć ciężki pewnie był o wiele prostszy niż sytuacja Felka. Musiał po prostu przeżyć i mieć za co wypić. Najgorszy okres, zima, zbliżał się coraz szybciej. Ale na pewno miał już plan, miejscówkę na dworcu kolejowym, albo w jakiejś melinie, na osiedlu robotniczym po drugiej stronie miasta.
O której się po niego zgłoszą? Z samego rana? Bliżej południa? Będą dzwonić… nie, wyślą wiadomość, krótką. A on nie będzie miał wyboru i stawi się, gdzie chcą i pojedzie z nimi, a potem… zrobi to, co mu każą?
Wszystko przez tego durnia. Idiota, jakby nie widział, co grozi za niedotrzymanie terminu. Był aż tak naiwny, żeby wierzyć w drugą szansę? Jakieś dodatkowe dni, po starej znajomości? Krzychu nie dawał taryfy ulgowej.
Sam nie przypuszczał, że dobiegnie tak daleko. Było dobrze po szóstej, kiedy w oddali zauważył domy osiedla Złotorogi umiejscowionego na lekkim wzniesieniu, ponad fabrycznym dachami. Dobiegł do ogrodzenia, rozejrzał się wokoło. Kilka lat temu, kiedy budowali osiedle, marzył, że kiedyś zamieszka w jednym z domów, tych na końcu alejek, z dodatkowym poddaszem ponad piętrem, żeby mieć widok na całą okolicę. Teraz uważał, że faktycznie człowiek mądrzeje z wiekiem, przynajmniej statystyczna większość. Ludzie na tym osiedlu byli inni. Złotorogi zmieniały swoich mieszkańców. Kojarzył kilku i zawsze na myśl przychodziło mu jedno, kiedy ich widywał na mieście: gdyby był stolarzem, zrobiłby dla nich szubienice za darmo, nawet po godzinach pracy.
Pod swoim blokiem był po siódmej. Złapał autobus miejski i prawie połowę drogi przesiedział, oglądając miasto zza wilgotnej szyby z cuchnącą pleśnią między uszczelkami. Siedział w autobusie sam, nie licząc kierowcy. Uważał, że to niezła ironia, dokładnie tak samo czuł się poza nim, jakby świat był wielkim autobusem, a on istniał w nim sam jak palec. Tylko kim w takim razie był w tej układance kierowca?
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania