Poprzednie częściKama -cena życia

Kama -cena życia rozdział XVIII

Rozdział XVIII

Po powrocie z Siedlec życie Kamy zmieniło się radykalnie. Jej związek z Brunem okazał się na tyle mocny, że z nim zamieszkała, chociaż nie do końca była przekonana, czy dobrze robi. Nie była pewna, czy miłość do Bruna jest tą prawdziwą, na dobre i na złe, czy to tylko uczucie przejściowe.Bruno miał mieszkanie nieopodal swojej kliniki dla zwierząt. Niewielkie, ale funkcjonalne. Kuchnia połączona z jadalnią i małym salonem oraz duża sypialnia, w której królowało ogromne łoże małżeńskie.Po kilkunastu dniach wspólnego mieszkania Bruno zabrał Kamę do Anina. Umówił się ze swoim przyjacielem, że przyjedzie omówić z nim jakąś ważną sprawę. Kama nie była zbyt chętna na ten wyjazd, ale Bruno ją przekonał. Jakież było jej zdziwienie, kiedy zatrzymał auto naprzeciwko restauracji, w której kilka lat temu pracowała! Bruno poprosił ją, aby poszła z nim na spotkanie, ale odmówiła

– Nie chcę wam przeszkadzać. Wejdę do tej restauracji. Wiesz, ja tu pracowałam, chcę zobaczyć, czy coś się zmieniło.– Poczekaj na mnie, razem pójdziemy, coś zjemy. Szybko załatwię sprawę, ale może naprawdę wejdź ze mną?– Nie mam ochoty. Poczekam w samochodzie.Bruno wyszedł z auta i podszedł do furtki. Za solidnym ogrodzeniem stał okazały dom. Pchnął furtkę i wszedł na podwórko. Tak jak mówił, szybko załatwił sprawę i wrócił po Kamę. Dziewczyna była ciekawa, czy coś się zmieniło, ale wystrój restauracji był taki sam jak przed kilkoma laty.Zajęli miejsca przy stoliku. Za chwilę podeszła do nich kelnerka z pytaniem, czy życzą sobie kartę dań. To była Jola, która pracowała tu od dawna.

– Witaj, Jolu. Co byś nam dzisiaj poleciła? – przywitała się Kama.Jola dopiero teraz spojrzała na nią uważnie.– Kama? Kama, to ty! – ucieszyła się. – Nie poznałam cię w pierwszej chwili! Co słychać u ciebie? Zmieniłaś się bardzo!– Dziękuję, wszystko jest dobrze – uśmiechnęła się Kama. – Skończyłam studia, jestem magistrem psychologii. – Widząc, że Jola z ciekawością zerka na Bruna, przedstawiła go: – To jest mój partner życiowy. To co nam, Jolu, polecasz?– Ja poproszę kluski śląskie z bitką w sosie kurkowym i modrą kapustą. A ty? – zwrócił się do Kamy Bruno.– A ja poproszę filet z kurczaka, frytki i surówkę z marchwi.

Jola odeszła złożyć zamówienie w kuchni, z której po chwili wyłoniła się pani Irena. Spoza zaplecza spojrzała na Kamę, ale nie podeszła. Z wysoko uniesioną głową przeszła do swojego gabinetu. Po kilku minutach Jola przyniosła im zamówione dania. Jedli i rozmawiali po cichu.– Jak ci poszła rozmowa z kolegą? – zapytała Kama.– Dobrze. Chciałem, żebyś ze mną poszła... Piotr chce sprzedać tę swoją posiadłość. Byłem u niego właśnie w tej sprawie.Kama otworzyła szeroko oczy.– Tak sobie pomyślałem – kontynuował Bruno – że moglibyśmy kupić od niego ten dom.– Jak kupić? – żachnęła się. – Przecież on pewnie jest bardzo drogi!– Ale gdybyśmy sprzedali nasze mieszkania, wzięli kredyt, mamy też oboje oszczędności... To by starczyło.– Nie – zaoponowała. – Ja swojego mieszkania nie sprzedam. Za dużo wspomnień jest z nim związanych. To jest mój azyl, moja ostoja. Drogo zapłaciłam za to, co mam, i nie pozbędę się też moich oszczędności. Przykro mi, Bruno, ale nie.– Ale mogłabyś otworzyć tu prywatną praktykę, nie musiałabyś dojeżdżać do pracy. Pomyśl, jaka to by była wygoda – naciskał.– A ty byś dojeżdżał do swojej? – zapytała.– Ja kliniki tu nie przeniosę, sama wiesz dlaczego. Kama, zgódź się.– Nie – powiedziała twardo. – Nie proś mnie o coś, czego nie zrobię.Po zjedzonym obiedzie wrócili do domu. Prawie się do siebie nie odzywali. Bruno niby nie był obrażony, ale nie lubił, gdy mu czegokolwiek odmawiano. A Kama to zrobiła. Ona z kolei miała żal, że nie wdrożył jej w swoje plany wcześniej. Wieczorem położyli się do łóżka. Nie było pocałunków ani przytulania, tylko suche „dobranoc” i odwróceni plecami oboje udawali, że śpią.Kama wytrzymała tak kilka dni. Stwierdziła, że przeprowadzka do Bruna była złą decyzją. Spakowała swoje rzeczy i wróciła do siebie. Bruno dzwonił, spotkali się nawet, prosił, żeby wróciła, ale ona twardo odmawiała. W tym trudnym czasie bardzo wspierała ją Renia, na którą zawsze mogła liczyć.Minęło kilkanaście dni. Mimo że przyszła już jesień, dni były bardzo pogodne i ciepłe. Którejś niedzieli Kama wybrała się na spacer po ogrodzie zoologicznym. Kupiła bilet wstępu i zaczęła spacerować alejkami. Przystawała przed wybiegami, przyglądała się zwierzętom i uśmiechała, wspominając swój pierwszy raz w zoo – była wtedy w szkole podstawowej, na wycieczce klasowej. Przyglądała się teraz rozbieganym dzieciom i żałowała, że sama nie jest już dzieckiem.Zmęczona przysiadła na jednej z ławek. Dzieci wraz ze swoimi opiekunami przyglądały się małpom, a wokół co chwilę rozbrzmiewał radosny, dziecięcy śmiech. Kama zauważyła jednak, że jeden chłopiec jest smutny. Trzymał za rękę dość wysokiego mężczyznę, zapewne ojca, zadzierał głowę do góry i rączką wskazywał na niebo. W pewnym momencie coś powiedział i obaj ruszyli w kierunku ławki, na której siedziała.– Usiądź tu, zaraz ci przyniosę sok. Będziesz mnie widział, bo kiosk jest parę kroków od ławki. – Mężczyzna spojrzał na Kamę. – Przepraszam, czy nie będzie pani przeszkadzało, jeśli mój syn tu chwilę posiedzi?– Ależ skąd, nie – odpowiedziała z uśmiechem. Spojrzała na chłopca i nagle poczuła dziwne kołatanie w sercu. – Ile masz lat? – zapytała.– Osiem, proszę pani.– To pewnie już do szkoły chodzisz?– Tak, do drugiej klasy.– Jesteś smutny czy tylko mi się wydaje? Dlaczego?Chłopiec podniósł na nią swoje duże, błękitne oczy, w których lśniły łzy.– Bo moja mama umarła i już jej nie mam.– Tęsknisz za mamą?Spuścił głowę i rozpłakał się. W tym momencie podszedł do nich jego ojciec.– Adasiu... – Usiadł przy nim i mocno go przytulił. – Adasiu, dlaczego płaczesz? – zapytał.Kama na dźwięk imienia chłopca zesztywniała. „To niemożliwe, niemożliwe” – szepnęła w duchu. Mężczyzna spojrzał na nią badawczo.– Pana synek powiedział, że jego mama nie żyje, i się rozpłakał – wyjaśniła.– Tak, to prawda. Żona chorowała na nowotwór, zmarła kilka miesięcy temu. A Adaś z wesołego chłopca zrobił się taki smutny i płaczliwy. Tęskni bardzo za mamą – wyjaśnił.– Przykro mi bardzo.– W szkole zasugerowano mi, żebym udał się z nim do psychologa, ale nie wiem, czy to dobry pomysł.– Jestem psychologiem i psychoterapeutką, mogę pomóc. Wprawdzie na co dzień zajmuję się starszymi pacjentami, ale chętnie zaopiekowałabym się dzieckiem. Jeżeli nie ma pan nic przeciwko temu.– Naprawdę? – ucieszył się. – Byłbym pani bardzo wdzięczny, tylko że... jest mały problem.– Jaki to problem? – zapytała.– Pierwszy to taki, że się nie przedstawiłem. Marcin Wolański jestem. – Wyciągnął do niej rękę, a ona podała mu swoją dłoń.– Kama Marecka. To znaczy Kamila, ale wszyscy mówią mi Kama. A drugi? – uśmiechnęła się.– No właśnie... Wolałbym, żeby Adaś miał indywidualne spotkania u nas w domu.– To da się zrobić. Ale pierwsza wizyta musi odbyć się u mnie w gabinecie. Chodzi o to, że trzeba założyć Adasiowi kartę. Ja wiem, że to papirologia, ale niestety, takie są wymogi.Wyjęła z portfela wizytówkę i podała mu ją.– Proszę, niech pan zadzwoni , będę czekała na telefon.Pożegnała się i odeszła. Była już spokojna i pewna, że tym razem nie mogła się pomylić. Adaś miał na policzku pieprzyk – taki sam, jaki miał jej synek, gdy się urodził.„Adasiu...” – szepnęła. „Chyba cię odnalazłam. A jeśli to ty, zrobię wszystko, żeby cię odzyskać”.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania