Poprzednie częściKroniki Elorien - Prolog

Kroniki Elorien - Rozdział 12

Zanim zacznę opisywać, jak moi młodzi magowie ruszyli w stronę miejsca, z którego dobiegł potężny ryk, pozwolę sobie na bardziej osobisty fragment kroniki. Pamiętam jak na jej początku z pewną dozą złośliwości opisywałem własne życie. Narzekałem na nudę. Twierdziłem, że przez ostatnie lata, które spędziłem w Elorien, były dosyć monotonne. Byłem wręcz przekonany, że największą atrakcją mojego dalszego życia będzie obserwowanie, jak kolejny adept przez godzinę próbuje rozpalić świeczkę i przypadkiem podpala własny rękaw. Muszę przyznać, że los ma wyjątkowo osobliwe poczucie humoru. Wystarczyło zaledwie kilka tygodni. Jedna twierdza. Jeden otwarty starożytny Portal. Jeden tajemniczy mag cienia. Kilka demonów. I nagle całkowicie zapomniałem, czym właściwie jest nuda. Nie mogłem nawet powiedzieć, że za nią tęsknię, bo byłoby to zwyczajnie nieuczciwe. Przez całe stulecia marzyłem przecież, żeby wydarzyło się coś naprawdę niezwykłego. Coś, co wyrwie mnie z monotonii obserwowania kolejnych pokoleń żyjących niemal identycznym rytmem. Najwyraźniej powinienem był jednak znacznie precyzyjniej formułować swoje życzenia. Owszem, przestało być nudno. Stało się za to niepokojąco. Coraz częściej łapałem się na tym, że nie potrafię przewidzieć kolejnych wydarzeń, a to zdarzało mi się niezwykle rzadko. Przez osiemset lat człowiek zaczyna dostrzegać pewne schematy. Ludzie zakochują się podobnie, kłócą podobnie, popełniają podobne błędy. Nawet wojny często rozpoczynają się z zadziwiająco podobnych powodów. Tymczasem tutaj wszystko wymykało się znanym mi wzorcom. Kim był ten człowiek? Dlaczego z taką konsekwencją oszczędzał magów? Dlaczego pisał listy z uprzejmością dworskiego uczonego, a jednocześnie odpowiadał za śmierć niewinnych ludzi? I dlaczego miałem coraz silniejsze wrażenie, że większość wydarzeń przebiega dokładnie według planu ułożonego na długo przed tym, zanim magowie wyruszyli z Elorien? Nie podobało mi się to. Naprawdę mi się to nie podobało. Po raz pierwszy od bardzo dawna zacząłem również myśleć o samym obozie. Od naszego wyjazdu minęło już trochę czasu i zacząłem zastanawiać się, co dzieje się tam teraz. Czy profesor Venegas nadal rozpoczyna zajęcia z tą samą chorobliwą punktualnością? Czy uczniowie wciąż spóźniają się na wykłady z równie godną podziwu regularnością? Czy kucharz nadal przesala zupy i udaje, że taki był przepis? Takie drobiazgi wydawały się nagle dziwnie kojące. Zaraz jednak pojawiły się znacznie mniej przyjemne myśli. A jeśli ten człowiek nie działa wyłącznie tutaj? A jeśli otwarcie portalu było jedynie początkiem? A jeśli podczas gdy cała uwaga magów skupiona jest na Górach Srebrzystych, gdzieś indziej rozgrywa się coś znacznie ważniejszego? Nie miałem żadnych dowodów. Jedynie niepokój. Do tego dochodziła jeszcze sprawa znacznie bardziej osobista. Przez osiem wieków zgromadziłem całkiem pokaźny, prywatny zbiór różnych rzeczy. Stare księgi, których nikt już nie pamiętał. Notatki spisywane przez całe stulecia. Drobne przedmioty należące do ludzi, którzy dawno odeszli z tego świata. Pamiątki niemające większej wartości dla kogokolwiek poza mną, ale dla mnie bezcenne. A także kilka artefaktów, o których wolę nie wspominać. Ukryłem je bardzo dobrze. A przynajmniej tak mi się dotąd wydawało. Jednak odkąd poznałem człowieka, który potrafił przeniknąć do jednej z najlepiej strzeżonych twierdz w królestwie, otworzyć Portal Demonów, pozostawić po sobie jedynie kilka trupów i elegancko napisany list, zacząłem wątpić nawet w rzeczy, które przez stulecia uważałem za całkowicie pewne. Czy moje kryjówki nadal są bezpieczne? Czy nikt ich nie odnalazł? Czy w ogóle istnieje jeszcze miejsce, które można nazwać naprawdę ukrytym? Nie znałem odpowiedzi. A nie lubiłem nie znać odpowiedzi. To jedna z niewielu wad bardzo długiego życia. Człowiek przyzwyczaja się do przekonania, że widział już wszystko i potrafi wyjaśnić niemal każde zjawisko. Potem nagle pojawia się ktoś, kto burzy ten wygodny porządek, i okazuje się, że nawet po ośmiuset latach nadal można poczuć się jak początkujący kronikarz próbujący zrozumieć świat. Ale wracajmy do historii naszych magów - gdzieś w ciemnościach starej kopalni czekał demon.

Przez kilka długich sekund po ryku nikt się nie poruszył. Potężny dźwięk odbijał się od ścian kopalni jeszcze długo po tym, jak samo stworzenie zamilkło. Echo wędrowało przez kolejne tunele, wracało z różnych stron i sprawiało wrażenie, jakby pod ziemią ukrywało się nie jedno, lecz kilkanaście podobnych potworów. Nawet kiedy ostatnie drżenie kamiennych ścian ustało, w powietrzu pozostało dziwne napięcie. Każdy z młodych magów instynktownie mocniej zacisnął dłoń na kosturze, a runiczne światła na ich hełmach zdawały się świecić jeszcze jaśniej na tle wszechobecnej ciemności. Nikt nie chciał wykonać pierwszego ruchu bez zastanowienia, bo wszyscy doskonale pamiętali słowa tajemniczego maga. To nie było przypadkowe spotkanie. To było wyzwanie przygotowane specjalnie dla nich.

– Skoro ryknął, to przynajmniej wiemy, że naprawdę tu jest. Lepiej ruszyć od razu, zanim zdąży się gdzieś schować – odezwał się w końcu Lucien, nie odrywając wzroku od ciemnego tunelu.

– Albo właśnie na to liczy – odpowiedziała spokojnie Kadir. – W kopalni wszystko działa na jego korzyść. On zna ten teren, my nie. Jeśli pobiegniemy bez zastanowienia, możemy sami wejść prosto w pułapkę. Trzymajmy się razem i idźmy zgodnie z mapą. Nawet jeśli demon będzie próbował nas zwabić, łatwiej będzie zachować orientację.

– Jestem tego samego zdania – przytaknęła Zhana. – Zachowujemy szyk. Żadnego rozdzielania się, żadnych popisów. Nie wiemy nawet, z czym dokładnie mamy do czynienia.

– Bardzo podoba mi się fragment o żadnych popisach – mruknął Bram. – Szczególnie dlatego, że zwykle pada dopiero po tym, jak Lucien coś podpali.

Lucien tylko prychnął, ale nie odpowiedział. Nawet on rozumiał, że tym razem nie było miejsca na udowadnianie komukolwiek własnej odwagi.

Laeria przykucnęła przy ziemi i przez chwilę przyglądał się kamiennemu podłożu.

– Są ślady. Świeże.

Pozostali natychmiast podeszli bliżej. W cienkiej warstwie wilgotnego pyłu wyraźnie odciskały się ogromne racice. Nie przypominały tropów żadnego zwierzęcia żyjącego w górach. Były znacznie większe, głębsze i rozstawione szerzej niż u największych byków. W kilku miejscach kamienna posadzka była delikatnie spękana, jakby samo przejście bestii pozostawiało ślady swojej siły.

– Nie wygląda na to, żeby próbował je ukryć – zauważyła Kadir, przesuwając dłonią nad jednym z odcisków. – Wręcz przeciwnie. Idzie głównym tunelem.

– Może chce, żebyśmy za nim poszli – powiedział cicho Bram.

Nikt nie odpowiedział, ponieważ wszyscy pomyśleli dokładnie to samo. Przecież głos sprzed chwili niemal otwarcie zaprosił ich na spotkanie z demonem. Od samego początku to nie oni prowadzili pościg. Oni jedynie wykonywali kolejne kroki dokładnie tam, gdzie ktoś wcześniej zaplanował.

– Nie cofniemy się teraz – odezwał się Lucien znacznie spokojniej niż zwykle. – Skoro przyszliśmy aż tutaj, kończymy to. Ale robimy wszystko z głową. Jeśli go zobaczymy, najpierw obserwujemy. Musimy zrozumieć, jak walczy.

Tym razem nikt nie zaprotestował. Ruszyli powoli przed siebie, zachowując odstępy wyćwiczone podczas szkolenia w twierdzy. Korytarz stawał się coraz szerszy, a po obu stronach pojawiały się kolejne odnogi prowadzące do bocznych szybów i opuszczonych komór wydobywczych. Trop jednak pozostawał wyraźny. Wielkie racice odcisnęły się w pyle tak głęboko, że nawet początkujący zwiadowca nie miałby problemu z ich śledzeniem. Co pewien czas na ścianach widniały świeże zadrapania, jakby ogromne cielsko ocierało się o skałę podczas marszu. Nad głowami zwisały resztki starych belek podtrzymujących strop, a z ciemności raz po raz dobiegał odgłos spadającej kropli wody. Ja oczywiście poleciałem kilka metrów przed grupą. Nie z odwagi, lecz z czystego rozsądku. Jeżeli ktoś ma możliwość zajrzeć za zakręt bez narażania własnego karku, byłby głupcem, gdyby z niej nie skorzystał. Niestety nawet z mojej perspektywy niewiele było widać. Tunel raz skręcał w lewo, raz w prawo, a światło runicznych hełmów kończyło się kilkanaście metrów przede mną. Dalej pozostawała jedynie gęsta, nieprzenikniona ciemność. Kilka razy wydawało mi się, że dostrzegłem jakiś ruch. Raz cień przemknął pomiędzy kamiennymi filarami, innym razem usłyszałem stukot kamieni, który zabrzmiał podejrzanie znajomo. Za każdym razem, gdy dolatywałem bliżej, okazywało się jednak, że winowajcą był nietoperz, spadający odłamek skały albo zwykła gra światła. To chyba najbardziej męcząca część każdego polowania. Nie sama walka. Nie nawet strach. Najgorsze jest oczekiwanie. Człowiek zaczyna dostrzegać zagrożenie w każdym cieniu, w każdym dźwięku i za każdym zakrętem. Magowie szli coraz wolniej, a ich ruchy stawały się coraz bardziej opanowane. Zbroje cicho pobrzękiwały przy każdym kroku, kostury pozostawały gotowe do rzucenia zaklęć, a sześć sylwetek przesuwało się przez starą kopalnię z ostrożnością ludzi świadomych, że przeciwnik znajduje się bardzo blisko

Po kilku kolejnych minutach ostrożnego marszu tunel zaczął się zmieniać. Główny korytarz, którym dotąd podążali, rozdzielał się coraz częściej na mniejsze odnogi. Dawni górnicy najwyraźniej wydrążyli tutaj całą sieć szybów i przejść prowadzących do kolejnych złóż srebra. Niektóre tunele po kilku metrach kończyły się zawaloną ścianą, inne skręcały łagodnie i znikały w ciemności, a jeszcze inne prowadziły głębiej pod ziemię. Kadir coraz częściej zatrzymywała się nad mapą, próbując odnaleźć właściwy przebieg korytarzy, jednak nawet ona przyznała w końcu, że wiele przejść musiało zawalić się przez lata albo powstały nowe szczeliny, których na starym planie po prostu nie było. Im dalej schodzili, tym mniej mapa przypominała rzeczywistość. W pewnym momencie Lucien nagle uniósł rękę. Wszyscy natychmiast znieruchomieli. Daleko przed nimi, na samym końcu długiego tunelu, w zasięgu ledwie widocznego światła, stała ogromna sylwetka. Nie dało się dostrzec szczegółów. Widać było jedynie masywne ciało, potężne rogi i dwie niewielkie, czerwone iskry przypominające oczy. Demon patrzył w ich stronę całkowicie nieruchomo. Przez kilka sekund nikt nie odważył się wykonać choćby jednego ruchu. Potem stworzenie spokojnie odwróciło się i zniknęło za zakrętem.

– Widzieliście? – szepnął Bram.

Nie musiał pytać. Wszyscy widzieli.

Ruszyli ostrożnie naprzód, znacznie wolniej niż wcześniej. Każdy krok stawiali z rozwagą, niemal nasłuchując własnego oddechu. Gdy dotarli do miejsca, w którym przed chwilą stał demon, zastali jedynie kolejne rozwidlenie. Cztery tunele odchodziły w różnych kierunkach. Żadnych nowych śladów. Żadnego odgłosu. Cisza.

– Jakby rozpłynął się w powietrzu... – mruknęła Zhana.

Kadir obracała mapę raz w jedną, raz w drugą stronę.

– Według planów powinien być tutaj tylko jeden boczny szyb.

– A są cztery – dokończył Bram.

– Pięć – poprawił go Filius, wskazując wąską szczelinę ukrytą za fragmentem skały.

Ruszyli dalej. Kilkadziesiąt metrów. Kolejne skrzyżowanie. Jeszcze jedno rozwidlenie. Stara kopalnia zaczynała przypominać kamienny labirynt. Nagle gdzieś po lewej rozległ się ciężki stukot. Wszyscy odwrócili głowy niemal jednocześnie. Przez boczny tunel przemknęła ogromna ciemna sylwetka. Nie biegła długo. Zaledwie dwie, może trzy sekundy. Potem znowu zniknęła.

– On nas obserwuje... – powiedziała cicho Kadir.

– Nie. – Lucien pokręcił głową. – On się z nami bawi.

Nikt nie zaprzeczył. Ja również zaczynałem odnosić dokładnie takie samo wrażenie. Demon nie próbował ich zaskoczyć. Gdyby chciał, już dawno mógłby zaatakować z któregoś z bocznych tuneli. Zamiast tego pozwalał się zobaczyć. Na chwilę. Na tyle krótko, żeby upewnić ich, że nadal jest blisko. Potem znikał. Kilka minut później sytuacja powtórzyła się znowu. Tym razem cień przemknął po prawej stronie. Tak szybko, że Laeria aż odruchowo uniosła kostur. Zaklęcie nie padło. Nie było do czego celować. Pozostało jedynie echo ciężkich kroków odbijających się od kamiennych ścian.

Im głębiej wchodzili w labirynt, tym bardziej wszyscy zaczynali rozumieć niebezpieczeństwo tego miejsca. Każde skrzyżowanie oznaczało kilka nowych kierunków, z których demon mógł wybiec. Każdy boczny tunel był potencjalnym miejscem zasadzki. Każdy zakręt ograniczał widoczność do kilku metrów. Gdyby ktoś został choć na chwilę z tyłu albo wysunął się zbyt daleko przed grupę, jedno potężne uderzenie rozpędzonego stwora mogłoby zakończyć całą wyprawę, zanim pozostali zdążyliby zareagować.

Ja latałem nad ich głowami, starając się zajrzeć do każdego odchodzącego tunelu, lecz nawet mnie zaczynał ogarniać niepokój. Labirynt był zbyt rozległy. Wystarczyło kilka sekund, by demon zniknął za zakrętem i pojawił się zupełnie gdzie indziej. Nie sposób było przewidzieć, z której strony nadejdzie następny raz. Co gorsza, coraz mniej byłem przekonany, kto właściwie kogo ściga. Z pozoru to młodzi magowie tropili demona. W rzeczywistości jednak to on wybierał miejsce każdego spotkania, decydował, kiedy pozwoli się zobaczyć i kiedy ponownie zniknie. Oni jedynie podążali za nim coraz głębiej, dokładnie tam, dokąd chciał ich zaprowadzić. W pewnym momencie uświadomiłem sobie coś jeszcze. W tej grze nie chodziło wyłącznie o polowanie. Chodziło o cierpliwość. Demon czekał na jeden jedyny błąd. Jeden źle postawiony krok. Jedno zawahanie na skrzyżowaniu. Jedno spojrzenie w niewłaściwy tunel. A wtedy wystarczyłaby jedna szarża ogromnego cielska i cała ta wyprawa zakończyłaby się równie szybko, jak rozpoczął się tamten pierwszy ryk.

Przez kilka kolejnych minut demon pozostawał niewidoczny. Cisza, która wcześniej wydawała się jedynie niepokojąca, teraz stała się wręcz nieznośna. Każdy z magów nasłuchiwał najmniejszego dźwięku, lecz poza jednostajnym kapaniem wody i własnym oddechem nie słyszeli niczego. Labirynt korytarzy ciągnął się przed nimi, za nimi i po obu stronach. Wystarczył jeden krok, aby znaleźć się na kolejnym skrzyżowaniu. Właśnie wtedy Bram nagle zamarł. Nie spojrzał przed siebie. Nie odwrócił głowy. Zamiast tego przyklęknął i położył dłoń na kamiennej posadzce.

Jego oczy momentalnie się rozszerzyły.

– Uciekać! Ziemia drży!

Nie zdążył powiedzieć nic więcej. Z jednego z bocznych tuneli rozległ się potężny huk, przypominający lawinę pędzącą przez wnętrze góry. Chwilę później z ciemności wyłoniły się dwa ogromne rogi, a zaraz za nimi całe cielsko demona. Bestia pędziła z niewiarygodną prędkością. Ogromne racice uderzały o kamień z taką siłą, że podłoga drżała przy każdym kroku. Oczy płonęły czerwonym blaskiem, z nozdrzy wydobywała się gęsta, czarna para, a muskularne ciało zdawało się niemal stapiać z cieniem otaczającym potwora.

Nie było czasu na zaklęcia. Nie było czasu na plan. Była jedynie sekunda. Lucien rzucił się w lewo. Zhana niemal zderzyła się z nim, popychając jednocześnie Laerię w stronę wąskiej szczeliny pomiędzy skałami. Kadir złapała Filiusa za ramię i niemal siłą wciągnęła go za kamienny występ. Bram dosłownie przewrócił się do środka jako ostatni.

W tej samej chwili demon przemknął obok nich z rykiem tak głośnym, że wszyscy odruchowo zasłonili uszy. Potężne cielsko minęło ich o niewiele ponad metr. Podmuch powietrza niemal przewrócił Laerię. Bestia nie zdołała jednak skręcić. Z pełnym impetem uderzyła w ścianę głównego tunelu.

Cała kopalnia zadrżała. Kamień pękł z hukiem przypominającym wystrzał. Ogromne odłamki posypały się ze sklepienia niczym grad. Jeden z nich uderzył Zhannę w ramię, inny otarł policzek Kadir, pozostawiając cienką, krwawą rysę. Lucien zasłonił twarz ręką, lecz drobniejsze kawałki skały i tak poraniły mu czoło. Nawet mnie omal nie trafił wirujący odłamek wielkości ludzkiej głowy. Muszę przyznać, że latanie w pobliżu rozpędzonego demona nie należy do najmądrzejszych pomysłów, jakie miałem przez ostatnich osiemset lat.

Demon przez chwilę stał nieruchomo. Potrząsnął masywnym łbem. Jakby zderzenie ze skałą nie zrobiło na nim większego wrażenia. Potem powoli odwrócił się w stronę magów. Dopiero teraz mogli przyjrzeć mu się dokładniej.

Był jeszcze większy, niż wydawało się z oddali. Grzbiet niemal ocierał się o niższe fragmenty sklepienia. Ciało przypominało potężnego byka, lecz zamiast sierści pokrywała je gęsta, falująca ciemność. Tylko miejscami spod niej przebijała twarda, grafitowa skóra poprzecinana jasnymi pęknięciami przypominającymi zastygłą lawę. Rogi były długie, ostre i lekko zakrzywione ku przodowi.

Demon zaryczał ponownie. Tym razem już nie ruszył od razu. Powoli przebierał racicami, jak rozjuszony byk przygotowujący się do kolejnej szarży.

– Rozchodzimy się! Nie stójcie w jednej linii! – krzyknęła Zhana.

Magowie błyskawicznie wykonali polecenie. Lucien wysunął się lekko na lewo. Bram pozostał bliżej środka. Kadir i Laeria zajęły prawą stronę. Filius cofnął się kilka kroków, przygotowując zaklęcia natury.

Demon ruszył. Tym razem nie rozpędzał się od razu. Najpierw przeszedł kilka ciężkich kroków. Potem coraz szybciej. I nagle zaczął biec z pełnym impetem.

Lucien wyciągnął kostur. Kula ognia pomknęła prosto w pysk bestii. Płomienie eksplodowały z hukiem. Demon nawet nie zwolnił. Dopiero druga kula, rzucona przez Zhannę, uderzyła go w bok, pozostawiając na falującej ciemności szeroką smugę płonącej energii.

Bestia ryknęła z bólu. Pierwszy raz. Ale nadal biegła. Bram uderzył kosturem o ziemię. Kamienna posadzka przed demonem uniosła się gwałtownie, tworząc nierówny próg. Potwór zachwiał się. Jedna z racic ześlizgnęła się z kamienia. Szarża minimalnie zboczyła z kursu. To wystarczyło. Demon minął Luciena dosłownie o włos. Róg przeciął powietrze tuż przed jego twarzą. Lucien odskoczył i natychmiast odpowiedział kolejnym strumieniem ognia. Kadir wykorzystała moment. Potężny strumień wody uderzył w rozpalony bok bestii. Rozległ się syk przypominający gaszenie rozgrzanego metalu. Gęsta para momentalnie wypełniła znaczną część tunelu.

– Nic nie widać! – krzyknęła Laeria.

– Nie przestawajcie! – odpowiedziała Zhana.

Silny podmuch powietrza rozdarł mgłę. Laeria skierowała wir powietrza wprost na demona, próbując zachwiać jego równowagą. Efekt był niewielki. Bestia była zbyt ciężka. Jedynie odwróciła łeb i ryknęła prosto w jej stronę. Filius wykorzystał tę chwilę. Z pęknięć w kamiennej posadzce wyrosły grube korzenie, które błyskawicznie oplotły przednie nogi demona. Na ułamek sekundy. Więcej nie zdołały. Potężne szarpnięcie rozerwało rośliny jak cienkie sznurki.

Demon ponownie ruszył. Jeszcze szybciej. Jeszcze gwałtowniej. Tym razem nie próbował trafić konkretnej osoby. Po prostu wpadł między magów. Lucien i Zhana uskoczyli w przeciwne strony. Bram ponownie uniósł kamienną przeszkodę. Bestia przeskoczyła ją z zaskakującą lekkością. Kilka chwil później z całym impetem uderzyła głową w ścianę tunelu. Kamień eksplodował. Odłamki poleciały we wszystkich kierunkach. Jeden przeciął przedramię Filiusa. Inny rozdarł rękaw Kadir. Laeria osłoniła twarz, lecz drobne kawałki skały i tak pozostawiły kilka krwawych zadrapań na jej policzku. Żadne z obrażeń nie było poważne. Ale każde przypominało, że nawet nie trafiając magów, demon potrafił zamienić całą kopalnię w broń.

Ja krążyłem wysoko pod sklepieniem, starając się nie stracić z oczu przebiegu walki. Musiałem przyznać, że radzili sobie znacznie lepiej, niż spodziewałbym się po świeżo upieczonych absolwentach. Ich zaklęcia trafiały coraz częściej, na bokach bestii pojawiały się kolejne ślady oparzeń i pęknięć, a oddech demona stawał się coraz cięższy. Jednocześnie jednak potwór wciąż sprawiał wrażenie niezwykle silnego. Żadna z ran nie wydawała się naprawdę groźna, a każda kolejna szarża nadal mogła zakończyć się śmiercią któregoś z nich. Walka dopiero się rozpoczęła i miałem nieodparte przeczucie, że demon nie pokazał jeszcze wszystkiego, na co było go stać.

Kolejne minuty walki zaczęły układać się w zaskakująco uporządkowany rytm. Demon wciąż pozostawał potężniejszy od każdego z nich z osobna, lecz magowie bardzo szybko zrozumieli, że nie muszą go pokonać siłą. Wystarczyło odebrać mu największy atut. Szarżę. To ona była najgroźniejsza. Gdy rozpędzał swoje ogromne cielsko w wąskim tunelu, niewiele mogło go zatrzymać. Jeśli jednak nie pozwolą mu się rozpędzić albo zmuszą go do utraty równowagi, sytuacja zaczynała wyglądać zupełnie inaczej. Bram zrozumiał to chyba jako pierwszy. Uderzał kosturem o kamienną posadzkę raz za razem, a z ziemi wyrastały kolejne skalne progi, ostre występy i nierówne bloki. Nie były wysokie, lecz pojawiały się dokładnie tam, gdzie demon stawiał kolejne kroki. Patrzyłem na niego z prawdziwym uznaniem. Wielokrotnie powtarzałem, że ten chłopak jest leniwy. I nadal to podtrzymuję. Ale równie często wspominałem, że natura obdarzyła go talentem, jakiego większość magów ziemi mogłaby mu tylko zazdrościć. W normalnych warunkach podobne zaklęcia wymagały skupienia i czasu. Bram tworzył je niemal odruchowo. Kamień odpowiadał na jego wolę tak naturalnie, jak płomień słuchał Luciena. Kadir natomiast z niezwykłą precyzją rozlewała po kamiennej posadzce szerokie pasy wody. Sama ilość nie była duża, lecz wystarczała, by gładkie skały zamieniły się w śliską powierzchnię. Już dwukrotnie demon wpadł na taki fragment i choć nie przewrócił się całkowicie, wyraźnie tracił na chwilę równowagę, co pozwalało pozostałym zyskać cenne sekundy. Filius z kolei wykorzystywał każdą szczelinę pomiędzy kamieniami. Z najmniejszych pęknięć wyrastały grube korzenie, oplatające racice bestii lub wyciągające się niczym liny w poprzek tunelu. Większość z nich demon rozrywał niemal natychmiast, lecz nawet krótkie szarpnięcie wystarczało, by wybić go z rytmu. Lucien i Zhana nie przestawali zasypywać przeciwnika kolejnymi kulami ognia. Płomienie raz po raz eksplodowały na bokach demona, pozostawiając coraz liczniejsze ślady przypaleń. Bestia ryczała z irytacji, lecz nie zwalniała. Laeria natomiast wykonywała chyba najmniej widowiskową, ale równie ważną pracę. Za każdym razem, gdy rozgrzany ogniem bok demona spotykał się z wodą Kadir, tunel natychmiast wypełniał się gęstą parą. Bez niej pozostali walczyliby niemal po omacku. Laeria nieustannie rozcinała więc mgłę silnymi podmuchami wiatru, oczyszczając pole walki i pozwalając wszystkim zachować widoczność. Przez dłuższą chwilę wszystko funkcjonowało niemal idealnie. Demon szarżował, Bram zmieniał teren, Kadir odbierała mu przyczepność, Filius próbował go spowolnić, Laeria utrzymywała widoczność, a dwójka magów ognia zadawała kolejne obrażenia. Nie była to walka efektowna. Była metodyczna. Powoli odbierali przeciwnikowi przewagę. Nawet ja zacząłem wierzyć, że być może rzeczywiście uda im się go pokonać. I właśnie wtedy demon zrobił coś, czego nikt się nie spodziewał. Rozpoczął kolejną szarżę dokładnie tak samo jak wcześniej. Potężne racice uderzały o kamień, z nozdrzy buchała czarna para, a Lucien i Zhana przygotowali już następne zaklęcia. Bram właśnie tworzył kolejną skalną przeszkodę, Kadir rozlewała wodę przed bestią, Filius wypuszczał korzenie spod kamieni. Wszystko wyglądało znajomo. Zbyt znajomo. Nagle, zaledwie kilka metrów przed przeszkodą, demon gwałtownie zahamował. Kamień zaskrzypiał pod jego racicami, drobiny skały poleciały we wszystkie strony, a ogromne cielsko zatrzymało się niemal w miejscu. Przez ułamek sekundy wszyscy zastygli zaskoczeni. Wszystkie przygotowane zaklęcia były wymierzone w rozpędzoną bestię, nie w nieruchomy cel. Demon wykorzystał tę jedną chwilę perfekcyjnie. Obrócił się błyskawicznie, znacznie szybciej, niż ktokolwiek przypuszczał, że jest w stanie poruszać tak ogromnym ciałem. Jego tylna noga wystrzeliła do tyłu z potworną siłą. Zhana dostrzegła ruch dopiero w ostatnim momencie. Zdążyła jedynie unieść rękę, odruchowo próbując się zasłonić. Potężna racica uderzyła ją prosto w bok. Huk był równie głośny jak pękająca belka stropowa. Magini dosłownie oderwała się od ziemi. Przeleciała kilka metrów w powietrzu i z ogromnym impetem uderzyła plecami o kamienną ścianę tunelu. Jej kostur wypadł z dłoni, odbił się od skały i potoczył po ziemi. Sama Zhana osunęła się bezwładnie na posadzkę. Nie poruszała się. Na kilka krótkich sekund cała walka zamarła.

Przez krótką, paraliżującą chwilę nikt się nie poruszył. Wzrok wszystkich spoczywał na leżącej Zhanie. Lucien zrobił nawet odruchowy krok w jej stronę, jakby chciał natychmiast do niej pobiec, lecz właśnie wtedy demon zaryczał ponownie. Tym razem ryk był znacznie bliżej. Bestia nie zamierzała czekać, aż magowie otrząsną się z szoku. Ruszyła natychmiast. Lucien w ostatniej chwili uskoczył przed kolejną szarżą, a ogromny róg przeciął powietrze dokładnie tam, gdzie przed ułamkiem sekundy znajdowała się jego głowa. Skały ponownie eksplodowały od uderzenia rozpędzonego cielska. Kamienne odłamki posypały się we wszystkich kierunkach, zmuszając pozostałych do osłaniania twarzy. Ich wcześniejszy plan właśnie przestał istnieć. Nie było już zwartego szyku. Nie było spokojnego przygotowywania przeszkód. Nie było czasu na przemyślane działania. Walka zamieniła się w czysty chaos.

Lucien ciskał kolejnymi kulami ognia niemal bez przerwy, nie czekając już na odpowiedni moment. Bram raz po raz uderzał kosturem o ziemię, podnosząc kolejne fragmenty skał, choć nie zawsze trafiały dokładnie tam, gdzie zamierzał. Kadir tworzyła gwałtowne strumienie wody, próbując choć na chwilę ograniczyć ruchy bestii, lecz demon przestał poruszać się według jakiegokolwiek schematu. Raz szarżował, innym razem gwałtownie wyhamowywał i obracał się wokół własnej osi, próbując dosięgnąć któregoś z magów potężnym kopnięciem tylnych racic. Filius wysyłał w jego stronę kolejne korzenie, lecz większość z nich była natychmiast rozrywana. Laeria nie skupiała się już wyłącznie na rozwiewaniu pary. Coraz częściej uderzała podmuchami wprost w głowę potwora, próbując choć odrobinę zaburzyć jego równowagę. Każdy walczył już właściwie samodzielnie, reagując instynktownie na to, co działo się wokół.

Demon zdawał się czerpać z tego chaosu ogromną przewagę. Kilkukrotnie jego rogi przemknęły tuż obok któregoś z magów. Raz potężne kopnięcie roztrzaskało skalny filar, za którym chwilę wcześniej schował się Filius. Innym razem bestia z całym impetem uderzyła barkiem w ścianę tunelu. Sklepienie zatrzęsło się niebezpiecznie, a z góry posypał się prawdziwy deszcz kamieni. Jeden z większych odłamków trafił Kadir prosto w lewe ramię i bark. Magini nie zdążyła uskoczyć. Kamień uderzył z głuchym hukiem, przewracając ją na ziemię. Przez moment wydawało się, że również straciła przytomność, lecz po kilku sekundach z trudem podniosła się na kolano. Oddychała ciężko, z rozciętego czoła spływała krew, a lewa ręka wyraźnie odmawiała jej posłuszeństwa, mimo to zacisnęła zęby, podniosła kostur prawą dłonią i ponownie dołączyła do walki.

Ja krążyłem wysoko pod sklepieniem, coraz bardziej przekonany, że za chwilę wydarzy się tragedia. Jeszcze kilka minut wcześniej walczyli jak dobrze zgrana drużyna. Teraz przypominali grupę ludzi desperacko próbujących przeżyć kolejne sekundy. Paradoksalnie jednak demon również wyglądał coraz gorzej. Na jego bokach widniały głębokie przypalenia, jedna z przednich nóg poruszała się odrobinę wolniej, a oddech stawał się coraz cięższy. Był wyraźnie zmęczony, lecz nadal śmiertelnie niebezpieczny.

Lucien spojrzał kątem oka na leżącą Zhanę. Potem na Kadir, która ledwie utrzymywała się na nogach. Potem znowu na demona. Coś zmieniło się w jego twarzy. Zniknęła pewność siebie. Zniknęły żarty. Zniknęła chęć popisywania się. Pozostała wyłącznie wściekłość.

Nie powiedział ani słowa. Cofnął się kilka kroków, zamknął oczy i mocno ścisnął kostur obiema dłońmi. Powietrze wokół niego zaczęło gwałtownie się nagrzewać. Płomienie, które dotąd wystrzeliwały jedynie z końca kostura, zaczęły pojawiać się również wokół jego nóg i ramion. Ogień wirował coraz szybciej, zataczając szerokie kręgi po całym tunelu. Kamienne ściany odbijały pomarańczowy blask, a temperatura rosła z każdą sekundą.

– Lucien! – krzyknął Bram, domyślając się, co zamierza.

Lucien otworzył oczy. Płonęły tym samym kolorem co ogień otaczający jego ciało. Uniósł kostur wysoko nad głowę i z całej siły uderzył jego końcem o kamienną posadzkę. W jednej chwili cały tunel eksplodował morzem płomieni.

Ogniste inferno rozlało się po ścianach, suficie i podłożu niczym żywa fala. Wirujące języki ognia otoczyły demona ze wszystkich stron. Bestia zaryczała tak głośno, że aż zadrżało sklepienie kopalni. Płomienie wspinały się po jej bokach, oplatały rogi, pochłaniały falującą ciemność pokrywającą ciało. Nawet z miejsca, w którym latałem, poczułem falę gorąca tak silną, że musiałem gwałtownie wzbić się wyżej.

Inferno trwało zaledwie kilka sekund. Ale wystarczyło. Kiedy ogień wreszcie zaczął wygasać, demon nadal stał na środku tunelu. Nie szarżował. Nie ryczał. Jedynie chwiał się ciężko na nogach. Jego ciało było pokryte głębokimi pęknięciami, z których wydobywał się czarny dym. Jedna z racic drżała, a głowa bezwładnie opadła w dół. Wyglądał, jakby walczył już nie z magami, lecz z własnym ciałem.

Bram dostrzegł tę chwilę. I nie zmarnował jej. Bez słowa wysunął się o krok do przodu. Mocno chwycił kostur, zamknął oczy i uderzył nim z całej siły o kamienną posadzkę. Przez ułamek sekundy nie wydarzyło się nic. Potem ziemia pod demonem pękła. Z głębi skały z hukiem wystrzelił ogromny kamienny szpikulec. Ostry jak włócznia. Gruby niczym pień starego dębu. Przebił ciało bestii od spodu i wyszedł wysoko ponad jej grzbietem.

Ryk urwał się natychmiast. Demon zastygł. Jego czerwone oczy zgasły. Falująca ciemność pokrywająca ciało zaczęła rozpływać się w powietrzu niczym dym rozwiewany przez wiatr. Masywne cielsko pozostawało nieruchome, wbite w kamienny kolec.

Zapadła cisza. Taka prawdziwa. Po raz pierwszy od chwili, gdy usłyszeli pierwszy ryk. Nawet krople wody spadające ze sklepienia wydawały się teraz głośniejsze niż przedtem. Nikt się nie odezwał. Nikt nie świętował. Magowie po prostu stali, ciężko oddychając, próbując uwierzyć, że to naprawdę koniec.

Przez kilka sekund po śmierci demona nikt jeszcze nie potrafił się poruszyć. Dopiero ciężki oddech Luciena przerwał ciszę. Mag ognia odwrócił głowę w stronę miejsca, gdzie leżała Zhana, i bez chwili wahania rzucił się w jej kierunku. Pozostali natychmiast pobiegli za nim. Magini nadal leżała nieruchomo przy skalnej ścianie, dokładnie tam, gdzie odrzuciło ją potężne kopnięcie. Jej twarz była nienaturalnie blada, oddech ledwie dostrzegalny, a z rozcięcia nad skronią powoli spływała krew. Lucien uklęknął obok niej tak gwałtownie, że niemal upuścił kostur. Przez krótką chwilę patrzył tylko na jej twarz, jakby próbował upewnić się, że jeszcze żyje. Dopiero gdy dostrzegł delikatne unoszenie się klatki piersiowej, odetchnął z wyraźną ulgą.

Filius natychmiast przejął dowodzenie. Otworzył swoją torbę z ziołami i bandażami, które przez całą wyprawę nosił ze sobą z niemal przesadną troską. Teraz wszyscy zrozumieli dlaczego. Sprawnymi, pewnymi ruchami oczyścił największe rany, sprawdził, czy żadne kości nie przebiły skóry, a następnie przygotował gęstą zielonkawą maść o intensywnym zapachu leśnych ziół. Ostrożnie posmarował nią najbardziej posiniaczone miejsca na boku Zhany, po czym dokładnie zabandażował jej klatkę piersiową i ramię. Pracował szybko, lecz ani przez chwilę nie sprawiał wrażenia zdenerwowanego. Był całkowicie skupiony.

Kadir z trudem doczołgała się bliżej. Sama wyglądała fatalnie. Lewa ręka niemal bezwładnie zwisała przy ciele, czoło miała rozcięte, a każdy głębszy oddech sprawiał jej wyraźny ból. Mimo to uklęknęła obok Filiusa, przywołała niewielką kulę czystej wody i delikatnie obmyła twarz Zhany z krwi oraz pyłu. Strumień był tak słaby, że ledwie utrzymywał kształt. Nigdy wcześniej nie widziałem, by zaklęcia Kadir wyglądały tak niepewnie.

– Żyje... – wyszeptał Filius po dłuższej chwili. – Ale musimy zabrać ją do twierdzy. Jak najszybciej.

Lucien nawet nie próbował dyskutować.

– Wracamy. Natychmiast. Zadanie wykonane. Nie zostajemy tu ani chwili dłużej.

Nikt nie zaprotestował. Bram bez słowa odłożył kostur, przykucnął obok Zhany i spojrzał na Luciena.

– Razem.

Lucien tylko skinął głową.

Ostrożnie wsunęli ręce pod plecy i nogi nieprzytomnej magini, po czym wspólnym wysiłkiem unieśli ją z ziemi. Mimo zbroi była zaskakująco lekka. Jej głowa bezwładnie opadła na ramię Luciena.

Filius przeszedł na drugą stronę i objął Kadir w pasie. Laeria zrobiła to samo z drugiej strony. Magini wody próbowała iść o własnych siłach, lecz już po kilku krokach było jasne, że bez pomocy przewróciłaby się niemal natychmiast.

Powoli ruszyli w drogę powrotną. Korytarze, które jeszcze godzinę wcześniej wydawały się areną wielkiego polowania, teraz były jedynie ponurym labiryntem prowadzącym ku wyjściu. Nikt już nie zwracał uwagi na ślady demona, rozwidlenia ani stare szyby. Liczyło się tylko jak najszybsze opuszczenie kopalni. Ich kroki odbijały się głuchym echem od kamiennych ścian. Co jakiś czas z góry spadały drobne odłamki skały wzruszone wcześniejszą walką. W kilku miejscach musieli ostrożnie omijać rumowiska powstałe po uderzeniach rozpędzonej bestii. W powietrzu nadal unosił się zapach spalenizny pozostawiony przez ogniste inferno Luciena.

Kiedy wreszcie dostrzegli przed sobą naturalne światło wpadające przez wejście do kopalni, wszyscy odetchnęli z ogromną ulgą. Ostatnie metry pokonali niemal resztkami sił. Lucien i Bram ostrożnie wynieśli nieprzytomną Zhanę na zewnątrz, po czym bardzo delikatnie ułożyli ją na miękkiej trawie. Filius i Laeria pomogli usiąść Kadir, która natychmiast oparła się plecami o duży głaz i zamknęła oczy. Świeże, chłodne powietrze gór wydawało się niemal nierealne po długim pobycie w dusznych tunelach. Nad szczytami powoli przesuwały się jasne chmury, a delikatny wiatr poruszał wysokimi trawami. Przez dłuższą chwilę nikt się nie odzywał. Wszyscy po prostu siedzieli, próbując uspokoić oddech i uwierzyć, że naprawdę są już na zewnątrz.

W końcu Bram westchnął ciężko i spojrzał w stronę ciemnego wejścia do kopalni.

– Wiecie... trochę jestem zawiedziony.

Lucien spojrzał na niego zmęczonym wzrokiem.

– Czym?

– No tym całym cieniem. Najpierw wygłasza przemowę, zaprasza nas do wyzwania, robi z tego wielkie przedstawienie, a potem nawet nie wyjdzie powiedzieć: „gratuluję, dobrze wam poszło”. Zero kultury. Jak już ktoś organizuje takie widowisko, to powinien chociaż zadbać o zakończenie.

Laeria, mimo zmęczenia, parsknęła cichym śmiechem.

– Ty naprawdę teraz o tym myślisz?

– Oczywiście. Lubię, kiedy ludzie kończą to, co zaczęli. A on najwyraźniej nie.

– Może obserwuje nas z daleka – powiedział Filius, rozglądając się odruchowo po zboczach.

– Tym gorzej – odparł Bram. – To znaczy, że słyszy moje uwagi.

Ja również odruchowo rozejrzałem się po okolicy. Szczerze mówiąc, spodziewałem się, że cień rzeczywiście się pojawi. Choćby na chwilę. Choćby po to, by rzucić kolejną zagadkę albo skomentować przebieg walki. Tymczasem wokół panowała absolutna cisza. Nie dostrzegłem najmniejszego śladu jego obecności. Góry wyglądały tak spokojnie, jakby pod nimi nigdy nie rozegrała się walka z demonem.

Nie musieli długo czekać. Po kilkunastu minutach od strony ścieżki prowadzącej do twierdzy nadjechał konno zwiadowca. Zatrzymał się gwałtownie na widok całej grupy i przez moment z niedowierzaniem przyglądał się ich poszarpanym zbrojom oraz zakrwawionym bandażom.

– Na bogów... Co się tutaj wydarzyło?

Lucien wskazał jedynie ciemne wejście do kopalni.

– Demon nie żyje.

Zwiadowca spojrzał najpierw na niego, potem na nieprzytomną Zhanę, następnie na ranną Kadir. Nie zadawał już więcej pytań.

– Czekajcie tutaj. Natychmiast sprowadzę pomoc.

Odwrócił konia i pogalopował w stronę twierdzy z prędkością, jakiej chyba jeszcze żaden koń nie osiągnął na tej górskiej ścieżce. Pomoc dotarła znacznie szybciej, niż się spodziewałem. Widocznie Zheron przewidział, że coś może pójść nie tak. Już po niespełna godzinie od strony serpentyny pojawiła się większa grupa jeźdźców. Wśród nich jechali medycy, kilku magów oraz zwiadowcy prowadzący specjalnie wyszkolone konie górskie. Zwierzęta były silniejsze od zwykłych wierzchowców i przyzwyczajone do poruszania się po stromych ścieżkach z dodatkowym ciężarem.

Medycy natychmiast zajęli się rannymi. Zhanę dokładnie zbadano jeszcze przed przeniesieniem. Jeden z uzdrowicieli westchnął z wyraźną ulgą, stwierdzając, że choć obrażenia są poważne, życiu magini nic już bezpośrednio nie zagraża. Kadir otrzymała silniejsze środki przeciwbólowe oraz zaklęcia stabilizujące złamane kości. Nawet Lucien, Bram, Filius i Laeria nie uniknęli krótkich oględzin. Dopiero teraz okazało się, ile drobnych ran i siniaków każdy z nich zdążył zebrać podczas walki.

W drogę powrotną ruszyli powoli. Każdy z magów siedział na koniu razem z doświadczonym zwiadowcą, który prowadził zwierzę wąską górską ścieżką. Zhanę ułożono ostrożnie przed jednym z medyków, starannie unieruchamiając jej ciało, aby nie pogłębić obrażeń. Kadir również nie była w stanie samodzielnie utrzymać się w siodle, dlatego przez całą drogę podtrzymywał ją siedzący za nią zwiadowca. Pozostali wyglądali niewiele lepiej. Kolumna powoli wspinała się ku twierdzy, a ja leciałem nad nimi, obserwując, jak mury z każdą minutą stają się coraz większe.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania