Między rytmem a ciszą - Dzień 2 - Sophia (14)
Sophia
Kilka minut wcześniej
Siedziałam na twardej, zakurzonej podłodze, tuląc kolana do piersi. W tym obcym, dusznym mieszkaniu każdy dźwięk wydawał mi się zagrożeniem. Ledwo zdążyłam się trochę uspokoić po porwaniu, a już wtargnął tu jakiś mężczyzna. Dobrze, że był to tylko kolega Tiago i moja obecność pozostała tajemnicą. Jedyne poczucie bezpieczeństwa dawało mi okienko, przez które sączyło się ciepłe światło z sali na dole.
Leżałam z twarzą niemal przyciśniętą do brudnej szyby. Na dole Tiago tańczył ze swoją ekipą. Muzyka była tak głośna, że bas wibrował w moich kościach, a drewniane deski pode mną delikatnie drżały. Patrzyłam na niego jak urzeczona. Skupiałam się głównie na jego ciele: dynamiczne, szybkie kroki, pewność siebie, z jaką ciął dłonią powietrze. Przed chwilą spojrzał w moją stronę. Choć dzieliła nas brudna szyba i mrok, czułam, że tańczy tylko dla mnie. Chciał mi pokazać, że przy nim nic mi nie grozi. Coraz bardziej mu w wierzyłam. Moje serce, coraz częściej zaczynało bić spokojniejszym rytmem.
I wtedy cały mój nowo zbudowany świat runął w ułamku sekundy.
Potężny huk rozbił muzykę. Ktoś z impetem pchnął drzwi na dole. Mateo potknął się, a cała ekipa zamarła. W obiektywie mojego małego okienka pojawili się trzej mężczyźni. Moje gardło natychmiast się zacisnęło, a żołądek skręcił w lodowaty supeł. Poznałam ich. Luźne koszulki, chłodna pewność siebie i ten paraliżujący wzrok. To byli ludzie gangu, który więził mnie w tamtej przeklętej piwnicy. Odnaleźli mnie. Przeszukiwali wszystkie uliczki, by po mnie znaleźć.
Tiago podszedł do odtwarzacza i wyciszywszy muzykę, odciął mnie od resztek odwagi. W sali zapadła głucha, upiorna cisza. Słyszałam pojedyncze słowa nienagannego, twardego portugalskiego, którego nie rozumiałam, ale ton faceta z blizną na brwi mroził krew w żyłach. Widziałam, jak wyciąga kartkę. Zdjęcie. Moje zdjęcie.
Nie patrz na mnie, Tiago. Błagam, nie patrz w górę, powtarzałam w myślach jak mantrę, zalewając się zimnym potem.
Tiago zachowywał niesamowity spokój. Jego ciało było rozluźnione, odpowiadał im niedbale, ale widziałam, jak ukradkiem cofa się w stronę schodów, blokując do nich dostęp. Nagle lider gangu zrobił dwa kroki w bok. Zamknęłam oczy, niemal przestając oddychać. Jego ciężki, wojskowy but zatrzymał się tuż pod moją szybą. Był tak blisko. Gdyby spojrzał w górę, zobaczyłby moje przerażone oczy.
Znowu zaczęli mówić, ich głosy stały się ostrzejsze. Tiago stał twardo, opierając się o poręcz. Słyszałam słowo "mieszkanie". Chcieli iść na górę. Tiago uniósł ręce, próbując ich zatrzymać, coś tłumaczył, ale nie dali mu skończyć.
Ruch bandyty był tak szybki, że ledwo go zarejestrowałam. Krótki, potężny cios w szczękę.
– Tiago! – Moje gardło wydało z siebie niemy krzyk, gdy zobaczyłam, jak jego ciało bezwładnie uderza o podłogę. Krew natychmiast trysnęła z jego ust. Chciałam krzyczeć, ruszyć mu na pomoc, ale zesztywniałam z przerażenia. Usłyszałam metaliczny szczęk przeładowywanej broni na dole. Ktoś z ekipy krzyknął, ale zaraz ucichł.
Tiago leżał na boku, zaledwie trzy metry od mojego okienka. Jego oczy łzawiły, ale desperacko szukały ostrości. Spojrzał prosto na mnie. Przez brudne szkło zobaczyłam w jego wzroku czystą, rozdzierającą panikę. Widziałam w jego oczach to, co sam krzyczał w duchu: Uciekaj!
W tym samym momencie potężne, wojskowe buty lidera gangu ominęły leżącego Tiago i zaczęły uderzać o drewniane stopnie schodów. Każdy krok dudnił w mojej głowie jak dzwon pogrzebowy. Jeden stopień. Drugi. Trzeci.
Szedł prosto po mnie. Identyczny dźwięk przeładowywanej broni i krzyki jego ludzi trzymających w szachu resztę na dole oznaczały jedno: Tiago został obezwładniony. Byłam sama.
Ciężkie, miarowe kroki na schodach odliczały sekundy, które mi pozostały. Jeden stopień. Drugi. Trzeci. Szedł prosto po mnie, a ja byłam w pułapce.
Mój umysł, dotychczas sparaliżowany strachem, nagle eksplodował czystą, zwierzęcą paniką. Rozejrzałam się po małym pokoju, ale wszystko wydawało się zbyt odsłonięte, zbyt nędzne, by mogło mnie ocalić. Kanapa? Znajdzie mnie tam w ułamku sekundy. Łazienka? Odetnie mi jedyną drogę ucieczki.
Zostało mi może pięć sekund. Moje spojrzenie padło na starą, masywną szafę z ciemnego drewna, która stała w sypialni. To był czysty, podświadomy impuls. Dopadłam do niej, szarpnęłam za staromodny uchwyt i wcisnęłam się do środka, niemal wbijając kolana we własną brodę. Przymknęłam za sobą ciężkie skrzydło, zostawiając zaledwie milimetrową, pionową szparę, przez którą do wnętrza wpadała cienka niteczka światła.
W środku pachniało starym drewnem, kurzem i perfumami Tiago. Jego cytrusową wodą kolońską, proszkiem do prania i potem po wielogodzinnych treningach. Otoczyła mnie ściana jego wiszących bluz, koszulek i kurtek. Na wprost mnie leżała kupka wymiętych, rzuconych byle jak ubrań. Złapałam za nie i hurtowo narzuciłam na siebie, by jakkolwiek się osłonić. Wtuliłam się w nie, zaciskając dłonie na materiale jednej z koszulek, jakby to mogło mnie obronić. Serce waliło mi tak mocno, że byłam pewna, iż facet usłyszy je przez drewnianą ściankę.
W tym samym momencie drzwi do mieszkania pękły z głośnym, suchym trzaskiem. Ustąpiły pod siłą jego buta.
Zamarłam. Przestałam oddychać, a w gardle poczułam palący, lodowaty ucisk. Usłyszałam ciężki, powolny krok na deskach. Ten facet nigdzie się nie spieszył. Był pewny siebie. Słyszałam jego urwany, świszczący oddech i ciche, gardłowe przekleństwo, którego nie rozumiałam, ale którego intonacja niosła czystą grozę.
Nagle niteczka światła w szparze zniknęła. Zasłonił ją potężny, ciemny cień. Kroki zatrzymały się tuż przed szafą. Słyszałam szelest jego skórzanej kurtki zaledwie kilkanaście centymetrów od mojej twarzy. Czułam, jak pot spływa mi po karku, a całe moje ciało zaczęło się trząść tak gwałtownie, że musiałam wbić zęby we własne przedramię, by nie wydać z siebie ani jednego dźwięku. Dziko gryzłam własną skórę, czując metaliczny smak krwi.
Zamiast otworzyć drzwi, facet zrobił coś, czego się nie spodziewałam. Był wściekły i działał w amoku. Poczułam potężne, brutalne szarpnięcie. Złapał za bok szafy i z całą siłą pchnął ją do przodu.
W ułamku sekundy mój świat stracił pion. Ciężka szafa runęła do przodu z przerażającym skrzypieniem pękających zawiasów. Krzyknęłam w duchu, kurczowo zasłaniając głowę rękami i kuląc się w embrionalną pozycję, czekając na miażdżący ból, który zaraz nadejdzie. Wszystkie ubrania z wieszaków zerwały się pod wpływem pędu i runęły prosto na mnie, gruba, ciężka warstwa materiału przysypała moje ciało, odcinając resztki powietrza.
Huk uderzenia rozdarł powietrze, aż zadudniło mi w uszach. Szarpnęło mną, aż boleśnie uderzyłam o drzwiczki. Miałam zamknięte oczy i wstrzymany oddech. Dopiero po chwili zrozumiałam, że mebel nie zarył drzwiami w podłogę, a jego górna część z impetem oparła się o twarde, solidne oparcie kanapy. Szafa zawisła pod skosem, tworząc niefortunny, ciasny trójkąt, w którym leżałam przygnieciona ubraniami. Drzwi zakleszczyły się całkowicie, odcinając mnie od świata w absolutnej, klaustrofobicznej ciemności.
– Caralho!29 – warknął wściekły głos na zewnątrz.
Sekundę później tuż nad moją głową rozległo się potężne uderzenie. Gangster z furią kopnął w zewnętrzną ścianę przewróconej szafy. Drewno pękło, a drzazgi posypały się na tkaniny, które mnie zasłaniały. Leżałam nieruchomo jak głaz, niemal mdlejąc z braku tlenu i przerażenia. Przez głowę przemknęła mi jedna, desperacka myśl: Jeśli zacznę kaszleć od kurzu, umrę.
Bandyta musiał uznać, że szafa jest pusta, albo że gdybym tam była, upadający mebel by mnie zmiażdżył. Nie miał czasu, by podnosić ciężkie drewno, zakleszczone o kanapę. Usłyszałam, jak odchodzi w stronę salonu.
Przez następne dwie minuty przeżywałam absolutne piekło, słysząc jedynie dźwięki kompletnej demolki. Słyszałam odgłos noża rozrywającego materiał zaledwie metr ode mnie. Słyszałam, jak rzuca krzesłami, jak przewraca regał z książkami, który z wielkim hukiem uderzył o podłogę. Chwilę później przeniósł się do aneksu kuchennego. Dźwięk tłuczonego szkła, rozbijanych słoików i trzaskających drzwiczek lodówki zlewał się w jeden, przerażający hałas.
A potem wszystko nagle ucichło.
Usłyszałam jego ciężkie, szybkie kroki kierujące się z powrotem do wyjścia. Trzasnął drzwiami wejściowymi, a jego buty zaczęły dudnić na schodach, gdy schodził na dół. Dopiero wtedy, w tej głuchej, upiornej ciszy, która zapadła w zniszczonym mieszkaniu, pozwoliłam sobie na pierwszy, głęboki, drżący haust powietrza. Leżałam w ciemności pod stertą ubrań Tiago, uwięziona pod ciężarem szafy, płacząc bezgłośnie i czekając na to, co wydarzy się dalej.
29 Caralho! (z portugalskiego) – Cholera!
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania