Myrsky cz. 1

Myrsky siedział spokojnie za samotną skałą, chroniąc się przed wiatrem i obserwował przyciskane do ziemi wciąż i wciąż na nowo wysokie trawy. Nigdzie mu się nie śpieszyło, cierpliwie czekał, aż zawierucha minie, a wiedział, że nie potrwa długo. Wiatr, który nie ma czego zwalić, ani czego poderwać szybko się nudzi, jak tancerz na pustym, cichym parkiecie.

Chciał zachować to poczucie równowagi, ale myśli same zaczęły tłoczyć się w jego głowie, niczym chodzący w miejscu pacjenci w przepełnionej poczekalni. Chaos, mieszające się głosy, rozmazane twarze, szepty i krzyki, wszystko naraz i nic zarazem. Przez chwilę wypatrywał kręconych włosów o mysim kolorze, próbował wyłuszczyć aksamitny głos, ale wszystko na marne, jakby ktoś zasłonił mu oczy i kazał zgadywać, chichocząc złośliwie. Przetarł twarz obiema rękami i otrzepał się z tych myśli jak pies po wyjściu wody. Nie chciał zgubić się w tym dziwnym świecie, nie chciał łapać pojedynczych głosów, prowadzących do znikąd. Powtarzał sobie, że liczy się tu i teraz, i choć wszystko wydawało się tylko koszmarem, to zimno zawsze przypominało mu o tym, że to właśnie rzeczywistość.

Przytulił kolana do piersi. Drżał z zimna, zerkał w dal i starał się nie myśleć, ale samotność weszła mimowolnie pod skórę, nieprzyjemnie podrażniła mięśnie, nerwy i rozgościła się wygodnie przy klatce piersiowej. Ucisk wykrzywił twarz, ból zarysował się wyraźnie na skroniach, ale szybko minął. A może przyzwyczaił się do tych ataków? Zdławił, co bolesne i znów przybrał obojętny wyraz twarzy. Rozluźnił mięśnie i mimo chłodu usiadł swobodnie.

Wiatr ustał.

Myrsky jakby nie zauważył leniwie rozchodzących się chmur. Siedział oparty plecami o chłodną skałę i wyciągnął z kieszeni podartych spodni mały nożyk. W jego porysowanym ostrzu odbijały się promienie zachodzącego słońca, ale nie zwrócił na to uwagi, tylko spokojnie zaczął wydłubywać końcem nożyka brud spod paznokci. Nigdzie mu się nie spieszyło, nikt przecież nie czekał, ani mu nie zagrażał. Był wolny, ale nie biegał z rozłożonymi szeroko ramionami przez rozłożyste pola bez odwracania się za siebie, dla niego wolność była spacerem po bagnie, jedynie krok dzielił go od szaleństwa. Wciąż szukał balansu pomiędzy myśleniem i niemyśleniem, wspominaniem a wymyślaniem, ale przede wszystkim pomiędzy snem a jawą.

– Myrsky, jesteś tu?

– A gdzie miałbym być – odpowiedział, wciąż dłubiąc w paznokciach.

– Musisz iść, nie zatrzymuj się. To będzie zimna noc.

– Wiem, tylko nie idź za mną – rzucił w przestrzeń i leniwie wstał, otrzepując ubranie z kurzu. Schował nożyk i ruszył przed siebie, zanim głosy zaczną się mieszać.

Przywykł do wędrówki nocą. Bardziej niż ciemności bał się wychłodzenia, spał więc popołudniami, kiedy ziemia oddawała ciepło, dając ukojenie zmęczonemu ciału. Nigdy wcześniej nie odczuwał strachu. Tym razem było jednak inaczej.

Słońce zaszło leniwie za horyzont, pozostając jedynie wspomnieniem. Czerwień znikła z pól jak zmyta zimną wodą krew i nastała cicha, chłodna noc. Myrsky maszerował przed siebie, wysokie trawy ocierały się o jego ramiona, czasem powodując bolesne, drobne nacięcia. Nasłuchiwał szumu wody. Był głodny i spragniony. Wiedziony niezrozumiałymi głosami odszedł od rzeki dwa dni temu. Wciąż próbował zrozumieć swoje zachowanie, ale nie potrafił. Gdy zbyt intensywnie przeszukiwał pamięć, popadał w chaos. Postanowił więc zwyczajnie iść przed siebie, tylko że wciąż miał wrażenie, czyjejś obecności. I nie była to obecność Boga, której często szukał, ani jego wyobraźnia. Tym razem czuł wyraźnie, że ktoś za nim podąża. Gdy przystawał, wydawało mu się, że słyszy czyjś oddech. Jeśli ktoś faktycznie tam jest, to dlaczego się nie odezwie? Dlaczego śledzi go w ciszy, choć najprawdopodobniej jest równie samotny? Nie potrafił sobie odpowiedzieć na te pytania, dlatego sam również zachował ciszę i udawał, że wszystko jest porządku.

Po jakimś czasie jednak strach zaczął kłaść się na jego barkach ogromnym ciężarem. Pierwszy raz od bardzo dawna bał się czegoś rzeczywistego. Zaczął iść szybciej, krople potu wstępowały kolejno na skronie, mimo narastającego chłodu. Drżał, a jego serce zaczęło bić szybciej, adrenalina popchnęła do biegu, aż do utraty tchu. Nagle cień przeciął mu drogę. Albo to tylko chmura przysłoniła światło księżyca. Myrsky przewrócił się, był wyczerpany na każdym możliwym poziomie. Mieszające się głosy zagłuszyły szum traw. Zerwał się wiatr, a on znów wypatrywał kręconych włosów w nieznanym tłumie.

– Gdzie jesteś? Pokaż się, proszę… – mamrotał, leżąc twarzą w piachu, a trawy, kładąc się pod naporem wiatru, przykrywały go, tworząc pozorne schronienie.

– Tu jestem – usłyszał wyraźny, aksamitny głos. Bał się spojrzeć, aby się nie rozmazał. – Nie bój się. Jestem tu naprawdę.

Myrsky odwrócił się i uniósł lekko na łokciach. Trawy wciąż kładły się na nim, zasłaniając stojącą obok postać.

– Kim jesteś? – zapytał, ale wiatr zdawał się porwać jego głos.

– Twoją zgubą.

Po tych słowach poczuł przeszywający ból od ramienia aż po koniuszki palców. Odrętwienie zabrało go z powrotem do niecierpliwego tłumu. Tym razem nie był obserwatorem, a jednym z wielu. Stał i nie mógł się doczekać, chociaż nie wiedział czego. Wszyscy chodzili nerwowo w kółko, jakby liczyli kroki dla uspokojenia myśli.

– Na co czekamy? – zapytał starszego mężczyznę, ale nie dostał odpowiedzi. Nerwowo zaczął zaczepiać ludzi, przepychać się w tłumie, wciąż zadając to samo pytanie. Nikt jednak nie zwracał na niego uwagi. Napięcie stawało się nie do zniesienia. Zerwał się wiatr. Myrsky zdziwił się, bo sądził, że znajdują się w jakimś pomieszczeniu. Ludzie zaczęli pokładać się na ziemi niczym trawy na polach, zasłaniali twarze przed zimnym powiewem. Tylko Myrsky stał zdezorientowany na środku, aż nagle ktoś złapał go za rękę. Gdy spojrzał w dół, ujrzał małą dziewczynkę z kręconymi włosami. Patrzała na niego ufnie.

– Przecież wiesz, że my na ciebie czekamy, Myrsky – odpowiedziała aksamitnym głosem. – No już, idź!

Obudził się nad brzegiem rzeki. Bolały go wszystkie mięśnie. Z ledwością udało mu się usiąść. Potarł rękami twarz i próbując zebrać myśli, otworzył oczy, by przyzwyczaić je do porannego słońca. Poczuł wilgoć na koszuli. Odruchowo dotknął ręką ramienia i wykrzywił z bólu. Krew już częściowo skrzepła, ale ruch znów otworzył ranę. Nie potrafił przypomnieć sobie, co się stało. Zdjął sfatygowane ubranie i obejrzał krwawiące miejsce. Wyglądało to na ranę kłutą, na szczęście niegłęboką. Przysunął się bliżej nurtu, by nabrać w dłonie wody. Gdy się schylał, z kieszeni wypadł mu nożyk i zabarwił wodę czerwienią. Zdziwiony podniósł ostrze i przyglądał się mu zaciekawiony. Czyżby sam się zranił? Czy już postradał zmysły?

Opadł otępiały na kolana i obserwował przepływającą wokół wodę. Była krystalicznie czysta. Promienie porannego słońca zdawały się tańczyć w jej nurcie i błyskać na liście pochylonych drzew, budząc wszystko do życia. Myrsky nie pasował do tego bajecznego krajobrazu. W jego postaci nie było piękna. Potargane ubranie, długie skołtunione włosy i wychudłe ciało zdawały się kpić z bogactw natury. Był jak źle zapisany wiersz, bez porządku, ze zgubionym sensem.

– Hej Myrsky, co robisz w wodzie?

– Odejdź.

– Oj tam, przestań. Zraniłeś się? Myrsky mówiłam ci, żebyś uważał.

– Nie chcę cię słyszeć. Co zrobiłaś z moimi myślami? Odejdź, proszę – powiedział, próbując powstrzymać płacz. Ogarnęła go rezygnacja i ogromne zmęczenie.

– Ja jestem twoimi myślami, Myrsky. Nie załamuj się, to tylko samotność. Możesz przegonić ją z wiatrem.

Nie miał pojęcia, cóż to mogło oznaczać. Wiedział jedno, zrobił kolejny krok w stronę szaleństwa.

Następne częściMyrsky cz. 2 Myrsky cz. 3 Myrsky cz. 4

Średnia ocena: 4.3  Głosów: 6

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (5)

  • Dekaos Dondi 2 miesiące temu
    Justysko↔Przeczytam na spokojnie, gdy wrócę:)↔Tak rach ciach, nie chcę:))
  • Dekaos Dondi 2 miesiące temu
    Justysko↔Tekst niewątpliwie wciąga.
    Jak Myrskiego w szaleństwo. I do dobrze oddałaś. Zresztą nazwa bohatera... samolot myśliwski–obserwacyjny.
    Gdy człek już nie wie, co real, a co tylko projekcje mózgu.
    Przytłoczeniem pewnym dla niego. Zagubieniem itp...
    Wyobrażam sobie film ze wstawkami, z jego umysłu.
    P.S↔ Gdzie jesteś? Pokaż się, proszę…
    Jeno mi nieco przeszkadza nadmiar Myrsky↔gdyż wiadomo o kogo chodzi,
    i się ok:50 razy
    Pozdrawiam:)↔Pozdrawiam:)↔%
    Nr: 2↔przeczytam:)
  • Justyska 2 miesiące temu
    Hej, miło że wciąga:) tak nadmiar Myrsky to zdecydowanie racja, muszę trochę uszczuplic.

    Nazwa samolotu???? O matko... nie wiedziałam, po finsku Myrsky oznacza burzę... to bedzie później wyjaśnione... ?‍♀️

    Dzieki DD:))
  • pasja 2 miesiące temu
    Kategoria fantastyka i pewnie coś jest na rzeczy. Jednak obrazy jakie budujesz są takie rzeczywiste. Znana od wieków nazwa - samotność pośród ludzi, tłumu. Jednostka wykluczona ze społeczeństwa jest drobiną w tej pustynie niezrozumienia.
    „Wiatr, który nie ma czego zwalić, ani czego poderwać szybko się nudzi, jak tancerz na pustym, cichym parkiecie”… w tym wersie ujęta pustka i inność. Chociaż tylko się nam wydaje, że inność. Ten tancerz musi wrócić do wnętrza swojego posiadania, do rdzenia swojej osobowości. Wiatr tylko lubi targać nowe drzewa, stare mocno stoją i są odporne na jego podmuchy.
    „Drżał z zimna, zerkał w dal i starał się nie myśleć, ale samotność weszła mimowolnie pod skórę, nieprzyjemnie podrażniła mięśnie, nerwy i rozgościła się wygodnie przy klatce piersiowej”… przeważnie zamieszkuję przy sercu i pragnie się wedrzeć w jego osierdzie. Rozpycha się i boli. Kiedy przełamie lęk, to i strach jej nie będzie obcy.
    "Był wolny, ale nie biegał z rozłożonymi szeroko ramionami przez rozłożyste pola bez odwracania się za siebie, dla niego wolność była spacerem po bagnie, jedynie krok dzielił go od szaleństwa… jednak… Wciąż szukał balansu pomiędzy myśleniem i niemyśleniem, wspominaniem a wymyślaniem, ale przede wszystkim pomiędzy snem a jawą"… bo samotność taka jest, zamyka coraz głębiej wyjście z jej umysłu. Pogrąża się w ciszy i człowiek słyszy tylko to, co ona chce przekazać. Nie ma już pewnie ani jawy, ani snu. Jest ciągłość wpadania w nią coraz głębiej.
    „Gdy zbyt intensywnie przeszukiwał pamięć, popadał w chaos”… paranoiczny stan, katowanie siebie i spadanie w miękkie powierzchnie naszego wnętrza dopełnia jej misję.
    "Postanowił więc zwyczajnie iść przed siebie, tylko że wciąż miał wrażenie, czyjejś obecności. I nie była to obecność Boga, której często szukał, ani jego wyobraźnia"… krok do przodu i poszukiwanie staje się natręctwem i nie potrafimy sami wyjść z tej eremy. Myślimy, że tak jest dobrze. Metafizyczne poszukiwanie absolutu może przeobrazić się w toksyczną obsesję. Syndrom odnalezienia Boga bywa nieosiągalne w tym stanie.
    "Po jakimś czasie jednak strach zaczął kłaść się na jego barkach ogromnym ciężarem. Pierwszy raz od bardzo dawna bał się czegoś rzeczywistego'… czyli istota i przyczyna bytu tkwi w umyśle. Rozważania o tym, co tajemnicze i niedostępne zmysłom nie pomoże, wręcz przeciwnie wprowadzi chaos.
    "Na co czekamy?"… odwieczne pytanie, na które nie ma odpowiedzi. Wgłębianie się w nie nie przyniesie pozytywu, tylko cierpienie w samotności.
    „Ogarnęła go rezygnacja i ogromne zmęczenie”… stan w którym dokonuje się przemiana umysłu, stan depresyjny! Nie wolno się poddawać. Zmęczenie jest pierwszym objawem tego bezwzględnego stanu.
    "Ja jestem twoimi myślami, Myrsky. Nie załamuj się, to tylko samotność. Możesz przegonić ją z wiatrem"… rozmowa ze swoim wnętrzem jest bardzo trudna. Jest kłóceniem się z samym sobą.
    Ciężki i metafizyczny opis pierwszej przyczyny rzeczywistości, jak również jej znaczenie i cel.

    Pozdrawiam serdecznie!
  • Justyska 2 miesiące temu
    Pasjo dziękuje, za tak dogłebny komentarz. Jest mi niezmiernie miło.
    Pozdrawiam!

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania