Poprzednie częściMyrsky cz. 1

Myrsky cz. 2

Siedząc nad rzeką, wyskubywał kawałki surowej ryby. Tęsknił. Zdecydowanie czuł, że tęskni, nie potrafił jednak sprecyzować za czym. Tak jakby w środku zostawił ktoś rozżarzony węgielek, a później zakrył go porządną warstwą kurzu. Ilekroć chciał rozdmuchać to ciepło, popadał w chaos. Różne głosy mieszały się, wywołując naprzemiennie napady paniki albo euforii. Myrsky był jak zbyt pełna szklanka, byle drżenie powodowało rozlewanie zawartości na zewnątrz. Nie lubił tego, bał się swojego zachowania i utraty pamięci. Jednocześnie chęć dojścia do prawdy o sobie i swoim pochodzeniu nie pozostawiała mu wyboru. Musiał zagłębić się w poplątane głosy.

Kiedy przełknął ostatni kawałek ryby, syty położył się na kamienistym brzegu, by odpocząć. Przymknął oczy i przypomniał sobie małą dziewczynkę z kręconymi jak baranek włosami. Uśmiechała się, czuł dotyk jej ręki w swojej.

– Kim jesteś? – zapytał na głos.

– Jestem trochę tobą, a trochę nie.

– Przyjaźnimy się? Bo chyba potrzebuje przyjaciela…

– Przyjaźnimy, tylko że jesteś bardzo daleko i wciąż nie wracasz – ostatnie słowa porwał wiatr.

– Znów wieje… – powiedział do siebie i zakrył uszy. Szybko schował się za gęstymi krzewami. Nienawidził wiatru. Wydawało mu się, że pojawia się zawsze w nieodpowiednich chwilach, przynosi ze sobą chaotyczne myśli, a później odchodzi jakby nigdy nic, pozostawiając spustoszenie.

Skulił się na ziemi i zacisnął powieki. Odpadające z drzew liści zakrywały go, to znów odkrywały. Wichura rozpętała się na dobre. Zewsząd dochodziły odgłosy łamanych gałęzi.

Skupił się i znów zobaczył dziewczynkę. Stała samotnie pomiędzy drewnianymi domostwami. Rozglądała na boki, jakby kogoś szukała. Chciał ją zawołać, podjeść bliżej, ale nie potrafił. Nie dlatego, że coś go przytrzymywało, zwyczajnie się bał. Jakby miał sprawić jej zawód. Nagle z jednej z chat wyszła kobieta. Wzięła dziewczynkę na ręce, coś do niej mówiła, wydawało mu się, że to coś ważnego. Chciał usłyszeć, ale stał za daleko. Po chwili zaczęli wychodzić też inni, jakby dopiero wstali. Kobiety rozpalały ogniska, mężczyźni przygotowywali torby do drogi. Myrsky znał ich wszystkich. Nie wiedział skąd, wspomnienia były tak nieuchwytne, że doprowadzały go do szału. Był coraz bardziej rozgniewany, szukał w pamięci, ale to było jak dłubanie w ranie w poszukiwaniu maleńkiej drzazgi.

Już miał odejść, gdy nad osadą pojawiły się chmury i zerwał się potężny wiatr jeden z tych, co zrywa dachy. Mieszkańcy zaczęli się przewracać, ochraniać własnymi ciałami dzieci. Dwa domy runęły bezgłośnie i wtedy rozległ się krzyk, a wraz z nim wszystko ustało. Jakby ktoś odciął zbliżającą się burzę nożem. Urodziło się dziecko. Nie widział go, ale było to tak oczywiste, jak wschód i zachód. Rzadko był czegoś tak pewien, jak tych narodzin.

– Myrsky, wstań już kochany – słowa niosły się z oddali. Ale nie emanowały dobrocią. Wręcz przeciwnie, opatulała je kpina, która wytrąciła Myrsky z letargu. – No już, już, szybciutko.

– Kim jesteś?

– Jestem trochę tobą, a trochę nie i wiesz co? Ja mam ciebie, a ty nie masz nic!

Cisza. Całkowite otępienie, huk w uszach. Gdy wreszcie podniósł się z ziemi, znów świeciło słońce. Chyliło się z wolna ku zachodowi, zalewając świat czerwonym światłem. Nie nie miał pojęcia jak długo spał, o ile był to w ogóle sen, ale ulżyło mu, bo choć wciąż nie znał kierunku wędrówki, to przynajmniej wiedział, że gdzieś ma dom i nie jest sam.

Wstał ostrożnie, wciąż odczuwając palący ból w ramieniu, i rozejrzał wokół. Wybór kierunku wędrówki nie był prosty, a jednocześnie konieczny. Północ czy południe. Wiatr zawsze wieje z północy. Tak też zdecydował i ruszył pod prąd. Pierwszy raz od dawna miał czyste myśli. Niczego nie wspominał, nie słyszał głosów. Skoncentrował się na drodze i precyzyjnym stawianiu kroków w pogłębiającej się szarówce wieczora. Wilgotne kamienie były zdradliwe i spowalniały marsz, ale Myrsky nie chciał znów oddalać się od rzeki. Postanowił śledzić jej nurt, choćby miał dotrzeć aż do źródła.

Niebo było czyste, powietrze rześkie, nadzieje spójne, cel jasny, choć jego znaczenie już mniej.

Nie wiedział, czy znajdzie wioskę z wizji, czy ona istnieje, a jeśli tak, to gdzie się znajduje? Pytania znów zaczęły narastać mimo woli, piętrzyć się niczym burzowe chmury, aż zabrały spokój i puściły go z nurtem rzeki. Dłonie Myrsky drżały, kroki stały się niepewne, nerwowe, krótkie jak oddech.

– Spokojnie, spokojnie – powtarzał coraz głośniej. Ciężko wciągał powietrze, potrząsał głową, by odpędzić wątpliwości, aż w końcu stało się najgorsze – upadł, a dotkliwy ból w prawej kostce mógł oznaczać tylko jedno – zwichnięcie.

Chciał wstać, ale nie miał się nawet na czym oprzeć. Przeklął w myślach samotność i runął na plecy, co odczuł boleśnie, uderzając głową w kamień. Zrezygnowany spojrzał w niebo i z żalem stwierdził, że nawet gwiazdy go opuszczają, chowając się za chmurami. Nie mógł uwierzyć, nie chciał. Podskórnie czuł, że znów rozpęta się wichura, wrzuci go w nieznany świat. Jednak ku jego zaskoczeniu po policzku przewinął się jedynie delikatny powiew niczym ciepły dotyk matki. Wspierając ciało na łokciach, wbił wzrok w ciemność, próbując rozróżnić kształty w ciemności. Nie zdołał zobaczyć jednak nic prócz kołyszących się koron drzew nad brzegiem rzeki.

– Co za pech z tym upadkiem. Muszę przyznać, że mi przykro, choć nie jestem zaskoczona – chichot rozniósł się echem i odpłynął ze spokojnym nurtem rzeki.

– Kim jesteś? Czemu mnie prześladujesz?

– Prześladuję? No wiesz, obrażasz mnie. Mówiłam już, że jestem trochę tobą, nie mogę cię zostawić, choć jesteś bardzo irytujący. –Wiatr znów delikatnie owiał twarz Myrsky. Wyraźnie usłyszał czyjeś westchnienie. – Ale muszę przyznać, że lubię ci dokuczać.

– Nic z tego nie rozumiem…

– Wiem i powiem ci, czemu tak jest. Opuściłeś sam siebie, bo taki słaby i kruchy jesteś, że aż żal.

– Czemu się nie pokażesz? Boisz się?

– Ja i strach nie chodzimy w parze.

Po tych słowach zerwał się silny wiatr. Drzewo na drugim brzegu runęło, rozchlapując wodę, a na spokojnej dotąd rzece powstał silny wir.

– Dobrze, już rozumiem! Przestań! – krzyczał, a słowa wirowały wraz z liśćmi i wracały do jego ust. Na chwilę stracił oddech, jakby się dławił.– Rozumiem, rozumiem, że to szaleństwo – dodał zrezygnowany.

– Żadne szaleństwo mój kochany, Myrsky. – Wiatr ustał. – To słabość.

Następne częściMyrsky cz. 3 Myrsky cz. 4 Myrsky cz. 5

Średnia ocena: 4.8  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (9)

  • Ocmel 2 miesiące temu
    Nie powiem, naprawdę mnie zaciekawiło, dokąd to wszystko zmierza. Masz przyjemny w czytaniu styl i budujesz fajne metafory. Technicznie też jest w porządku, rzuciło mi się w oczy tylko kilka baboli:

    "– Znów wieje… – powiedział do siebie i zakrył uszy. Szybko ukrył się za gęstymi krzewami." - "zakrył" i "ukrył" nieco się gryzą, może lepiej "schował się"?
    "Skupił się i znów zobaczył dziewczynką." - literówka
    "Już miał odejść, gdy nad osadą pojawiły się chmury, zerwał potężny wiatr jeden z tych, co zrywa dachy." - kto zerwał ten wiatr? ;)
    "Nie wiedział jak długo spał, o ile był to w ogóle sen, ale ulżyło mu, bo choć wciąż nie znał kierunku wędrówki, to przynajmniej wiedział, że gdzieś ma dom i nie jest sam." - wiedział x2
    "Przeklną w myślach samotność i runął na plecy, co odczuł boleśnie, uderzając głową w kamień." - przeklął ;)

    Pozdrawiam ;))
  • Justyska 2 miesiące temu
    Hej, dzięki piękne za odwiedziny i dobre słowo, wredne babole poprawione.:)
    Pozdrawiam serdecznie!
  • Bożena Joanna 2 miesiące temu
    Tekst pełen znaków zapytania. Kim jest rozmówczyni Myrskiego? Samotnością, drugim ego czy pragnieniem kontaktu z drugą osobą na pustkowiu, próbą pokonania słabości za pomocą dialogu?

    Pozdrowienia!
  • Justyska 2 miesiące temu
    Witaj! W kolejnej części pojawią się pewne odpowiedzi, mam nadzieję, że pozostaniesz razem z Myrsky:)
    Dzięki i pozdrawiam!
  • Dekaos Dondi 2 miesiące temu
    Justyska↔Przeczytałem na spokojnie i stwierdzić muszę, że coraz ciekawiej, wizyjnie i pod całunem tajemnicy. To dobrze, że wiele się nie wyjaśnia, zbyt szybko. Przez to tekst zaciekawia. Szczególnie gdy ma być więcej części. Czy faktycznie jego wizje mają pokrycie w przeszłości, w realu, czy jeno w jakiś sposób, są to projekcje umysłu, których nie chce i chce zarazem.
    Tak sobie luźno porozpatrywałem. Następną zapewne przeczytam:)↔Pozdrawiam:)
  • Justyska 2 miesiące temu
    Witaj DD. Miło mi, że śledzisz. Pisze się dalej i troche się wyjasni:)
    Dzięki i pozdrawiam!
  • pasja 2 miesiące temu
    Ponowne rozmyślania i poszukiwanie drogi do wyjścia.
    „Zdecydowanie czuł, że tęskni, nie potrafił jednak sprecyzować za czym”… tęsknota przerodziła się w ogrom smutku, który gromadzi się w naszym wnętrzu. Zadusza powietrze i powoli dusimy w sobie emocje. Ulegamy zewnętrznemu światu i wpadamy w ten swój wywnętrzy, wierząc, że tam będziemy bezpieczni.
    "Jednocześnie chęć dojścia do prawdy o sobie i swoim pochodzeniu nie pozostawiała mu wyboru. Musiał zagłębić się w poplątane głosy"… ciągła walka w dążeniu do poznania początku tej drogi, tej ciszy w ciszy.
    "Nienawidził wiatru. Wydawało mu się, że pojawia się zawsze w nieodpowiednich chwilach, przynosi ze sobą chaotyczne myśli, a później odchodzi jakby nigdy nic, pozostawiając spustoszenie"… żywioł niedający się ujarzmić naszym myślom. Jego głos zawsze jest groźny i dokonujący spustoszenie. Nieokiełzany przez rzeczywistość.
    "Chciał ją zawołać, podjeść bliżej, ale nie potrafił. Nie dlatego, że coś go przytrzymywało, zwyczajnie się bał"… lęk w środku powoduje taki stan. By go pokonać potrzeba wyzwolić na zewnątrz strach, który zabije to co w nas w środku. Strach wyzwala adrenalinę do walki.
    „Nie wiedział skąd, wspomnienia były tak nieuchwytne, że doprowadzały go do szału… szukał w pamięci, ale to było jak dłubanie w ranie w poszukiwaniu maleńkiej drzazgi”… obrazy ukazywały niezrozumiale sceny, cichy krzyk samotności. Nie potrafił już myśleć jasno, mroki i pojedyncze puzzle z dawnej rzeczywistości powodowały w nim stany obłąkania.
    "Urodziło się dziecko. Nie widział go, ale było to tak oczywiste, jak wschód i zachód'… wizje i mrok przesłaniały świadomość. Jakby był w ciągłym śnie.
    Poszukiwał odpowiedzi w tym szaleństwie myśli… "Pytania znów zaczęły narastać mimo woli, piętrzyć się niczym burzowe chmury, aż zabrały spokój i puściły go z nurtem rzeki'… kolejny żywioł woda zabierały spokój.
    Nie poddawał się, ale… "Zrezygnowany spojrzał w niebo i z żalem stwierdził, że nawet gwiazdy go opuszczają, chowając się za chmurami… samotność powielekroć obnaża obojętność i zabija wiarę.
    "Jednak ku jego zaskoczeniu po policzku przewinął się jedynie delikatny powiew niczym ciepły dotyk matki'… resztki ze stołu matczynego i ciepło jej dotyku… „Opuściłeś sam siebie, bo taki słaby i kruchy jesteś, że aż żal”… i gorzka prawda odrzucenia. To matka nie powinna go ganić za niedonoszenie, za słabość, za brak powietrza do życia. Porzucenie przez najbliższych jest niczym nie wytłumaczalnym zjawiskiem.
    „Ja i strach nie chodzimy w parze”… a może trzeba wyzwolić ten strach, by pokonać nasze wnętrze, by odnaleźć sens istnienia… „To słabość”… wmawianie i utwierdzanie się w tym jest bardzo niebezpieczne.

    Pozdrawiam!
  • pasja 2 miesiące temu
    *po wielokroć
  • Justyska 2 miesiące temu
    pasja dziękuję i tu. Twoje czytanie jest zgodne z moimi zamierzeniami, więc cieszę sie podwojnie. Kolejna czesc jest juz inna. Ogolnie próbuję po swojemu połaczyc fantastyczne elementy i wewnetrzne przemiany. Zobaczymy co z tego będzie:)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania