Sklep rzeczy utraconych - rozdział 11b/e
Za kolejnym zakrętem Vaelen ściągnął wodze i powóz stanął. W poprzek traktu leżał wóz kupiecki. Jedno z kół osunęło się do rowu, drugie sterczało wysoko nad ziemią. Na platformie wciąż leżały skrzynie, częściowo przykryte zsuniętym brezentem. Nikogo przy nim nie było. Ani woźnicy, ani koni.
— Proszę zostać tutaj.
Zeskoczył z kozła. Eveline patrzyła, jak obchodzi wóz od strony rowu, przykuca przy kole i przesuwa dłonią po ziemi. Konie poruszyły niespokojnie uszami, nasłuchując czegoś wśród drzew.
Powóz zakołysał się pod cudzym ciężarem. Eveline zdążyła dostrzec fragment zielonego płaszcza, nim mężczyzna stojący na stopniu przy koźle wsunął ramię za jej plecy. Coś zimnego dotknęło jej szyi.
Eveline zamarła. Powietrze uwięzło jej pod żebrami. Czuła własny puls tuż przy ostrzu.
— Ani słowa — powiedział cicho mężczyzna za jej plecami.
Jedną ręką objął ją od tyłu, drugą przycisnął nóż pod jej szczęką.
— Proszę zejść.
Eveline przesunęła się ku krawędzi kozła.
— Powoli.
Mężczyzna zszedł ze stopnia, przytrzymując ją przy krawędzi kozła. Kazał oprzeć stopę na piaście koła i dopiero wtedy pozwolił zsunąć się na ziemię. Nóż nadal miała pod szczęką.
Vaelen wyprostował się. Jego wzrok przesunął się z ostrza przy szyi Eveline na twarz mężczyzny.
— Medalion — powiedział tamten.
Vaelen powoli sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wyjął srebrny medalion.
— Rzuć.
Rzucił go w piach, na środek traktu. Mężczyzna zerknął za medalionem.
Tylko na moment.
Vaelen ruszył, zanim tamten zdążył spojrzeć z powrotem. Eveline nie zapamiętała, jak pokonał te kilka kroków. Zobaczyła tylko jego dłoń na nadgarstku napastnika. Nóż wypadł w piach, a Vaelen odciągnął ją na bok tak gwałtownie, że prawie potknęła się o suknię.
— Za wóz!
Eveline skryła się przy uniesionym kole kupieckiego wozu. Z tego miejsca widziała trakt między przeszkodą a ich powozem.
Mężczyzna rzucił się na niego natychmiast. Vaelen przechwycił jego ramię i skręcił je za plecy, jednak ramię nie ustąpiło. Materiał zielonego rękawa rozdarł się przy łokciu. Pod rozdarciem połyskiwał metal o ciepłym, złotawym odcieniu. Nachodzące na siebie płyty osłaniały ramię od rękawicy aż po bark.
— Kadeński pancerz — powiedział Vaelen i puścił go.
Mężczyzna odwrócił się.
Eveline znała tę twarz. Ostatni raz widziała ją po drugiej stronie lady, kiedy proponował tysiąc koron za medalion.
Płaszcz odsunął się na biodrze i Eveline zobaczyła rękojeść miecza.
— Podobno jesteście bardzo przywiązani do honoru — powiedział Vaelen. — Branie kobiet na zakładników chyba nie należy do waszych tradycji.
— Nie zna pan naszych tradycji.
Uniósł dłoń. Z krawędzi rękawicy wysunęło się wąskie ostrze.
Vaelen zbił jego rękę na bok, ale Kadeńczyk już był przy nim. Uderzył barkiem, przesuwając go o pół kroku, i ciął ponownie. Vaelen zamiast się cofnąć, wszedł pod jego ramię i uderzył otwartą dłonią w pierś.
Kadeńczyk nawet nie drgnął.
Vaelen cofnął rękę. Drugi raz nie spróbował. Eveline widziała, jak jego wzrok przesuwa się po zbroi, zatrzymuje pod pachą, potem schodzi niżej. Nad biodrem płyty się kończyły. Kadeńczyk zauważył, gdzie patrzy, i ustawił się tak, by zasłonić odsłonięte miejsce. Ruszył ponownie, nie dając Vaelenowi chwili wytchnienia. Vaelen nie próbował zatrzymywać każdego ciosu. Po prostu przestawał być tam, gdzie miały trafić. Ostrze minęło go z prawej, a chwilę później Vaelen był już blisko, sięgając do twarzy Kadeńczyka.
Kadeńczyk odbił jego rękę. Vaelen znieruchomiał na ułamek sekundy. Eveline zauważyła to tylko dlatego, że do tej pory nie zawahał się ani razu. Jego wzrok zatrzymał się na ręce Kadeńczyka, jakby rozpoznał w tym ruchu coś znajomego. Nie patrzył na ostrze.
Kadeńczyk natychmiast wykorzystał zawahanie. Ostrze pomknęło prosto w bok Vaelena i Eveline była pewna, że tym razem trafi.
Nie trafiło.
Vaelen stał już z boku. Eveline nie widziała, kiedy się poruszył.
Kadeńczyk zatrzymał ostrze i przez moment patrzył na puste miejsce przed sobą. Dopiero potem odwrócił głowę.
— Jak…
Vaelen był już przy nim. Zepchnął ostrze w dół i przejął przedramię Kadeńczyka, ale tamten wyrwał się i cofnął o krok.
Tym razem nie ruszył od razu. Patrzył na Vaelena uważniej, jakby próbował zrozumieć, co właśnie zobaczył.
Potem zmienił sposób walki. Nie próbował już dosięgnąć go jednym cięciem. Zaczął zamykać przestrzeń krok po kroku, spychając Vaelena w stronę wozu.
Vaelen ustępował. Jedno cięcie przecięło połę jego płaszcza, następne uderzyło w deskę wozu. Drewno rozszczepiło się z suchym trzaskiem, a drzazga otarła się o wierzch dłoni Eveline.
Vaelen nadal nie sięgnął po to, co nosił pod płaszczem.
Wtedy przestał się cofać.
Gdy Kadeńczyk nacisnął ponownie, Vaelen wszedł mu pod ostrze. Jego dłoń trafiła w łączenie przy łokciu.
Kadeńczyk szarpnął ręką, ale było za późno. Vaelen nacisnął. Coś w zbroi zgrzytnęło i ramię zatrzymało się w pół ruchu.
Kadeńczyk obrócił bark i wolną ręką chwycił Vaelena za nadgarstek. Zacisnął palce. Eveline usłyszała cichy trzask i nie wiedziała, czy pękła kość, czy metal.
Vaelen nie puścił. Przekręcił dłoń w łączeniu i nacisnął jeszcze raz. Segment przy łokciu odskoczył z suchym stuknięciem, a Kadeńczyk gwałtownie wciągnął powietrze.
Ani jeden nie ustąpił.
Eveline wyszła zza wozu. Medalion leżał tam, gdzie upadł, na środku traktu. Podeszła i schyliła się po niego.
W tej samej chwili coś zatrzeszczało w lesie.
Konie poderwały głowy. Jeden zarżał i szarpnął uprząż. Vaelen i Kadeńczyk znieruchomieli, a po drugiej stronie traktu coś ciężkiego uderzyło o ziemię. Puścili się jednocześnie.
Vaelen cofnął rękę do piersi. Kadeńczyk poruszył ramieniem, ale segment przy łokciu nie wrócił na swoje miejsce. Potem położył dłoń na rękojeści miecza. Dopiero wtedy Eveline uświadomiła sobie, że przez całą walkę ani razu po niego nie sięgnął.
Z lasu dobiegł niski, chrapliwy dźwięk. Nie przypominał głosu żadnego zwierzęcia, które Eveline znała.
Komentarze (3)
Moj drobny komentarz :) Niestety, pisząc tę część, zauważyłam, że mam drobny problem. Mianowicie zorientowałam się, że ja się kompletnie nie znam na budowie walk :D Lata czytania romansideł sprawiły swoje :) Więc wybaczcie, może być trochę pokracznie literacko i do końca nie wiem, czy to ma sens :)
Sądzę, iż ryzyko w opisie walki dokładnym, a'la "krok po kroku, sekwencja po sekwencji", tkwi w szczegółach właśnie. Łatwo utracić dynamikę towarzyszącą bijatyce dzięki "niedokładnemu dokładnemu" opisowi poszczególnych akcji, przedsiębranych przez uczestników. Skłaniam się ku temu, by, miast prowadzić czytelnika zawsze za rękę, dać pole do popisu jego własnej wyobraźni.
"Napastnik ciął mieczem z góry, mierząc w czoło przeciwnika, jednak tamten zrobił unik, obracając się o dziewięćdziesiąt stopni w prawo, by zaraz swą prawą ręką uzbrojoną w szablę pchnąć atakującego w jego lewy bok."
Albo
"Napastnik zamachnął się mieczem, by przeciwnikowi rozrąbać czerep, lecz tamten, zwinnie przed morderczym ciosem uskoczywszy, dźgnął go szablą pod żebro."
Technikalia:
"(...)by zasłonić odsłonięte miejsce(...)" - a może "by zasłonić nieochraniane miejsce", lebo "by chronić odsłonięte miejsce", abo "by osłaniać wrażliwe miejsce", czy nawet "ustawił się tak, by uniemożliwić/udaremnić/utrudnić atak na odsłonięte miejsce", itd.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania