Szklane Deszcze - Rozdział 22

Zapraszam na moje Szklane Deszcze!

 

Anne

 

Wszystko było już w porządku, przynajmniej tak wyglądało. Donatello na następny dzień wypuścili, ale miał tydzień wolny od szkoły. Pierwszy dzień zamierzał spędzić z mamą i Agnes. Proponował Anne, żeby przyszła, ale wymigała się gadką o dniu dla rodziny. Też mogła go spędzić ze swoją, Tom był bardzo pozytywnie nastawiony. Ale główny problem był taki, że nie wiedziała, czy w ogóle chciałaby rozmawiać z ich mamą jako "dziewczyna Donatello".

Wytykał jej, że jest niezdecydowana i strasznie nie chciała przyznać mu racji. Ale fakt faktem, że teraz do "niezdecydowanie" straszliwie ją dotknęło. Nie wiedziała, co robić. Zależało jej, jasne. Ale czy jemu też?

Skrzywdził ją. Zabolało.

"Nie chciałem wyjść na ofiarę" - nadal brzmiało, jak "nie ufam ci".

Ona też zaryzykowała, nie mógł zaprzeczyć. Oboje dobrze wiedzą, że jest trudny. Ona zaufała. On nie potrafił.

Potrząsnęła głową. Siedziała na łóżku i starała się ubrać, ale natrętne myśli wciąż sprawiały, że wszystko wylatywało jej z rąk. Westchnęła ciężko, rzuciła ubrania na bok i w samej bieliźnie powlekła się do łazienki. Opłukała twarz zimną wodą z nadzieją, że w końcu się z tego otrząśnie.

Zaufała mu, więc czemu teraz się z tego wycofywała. Powinna dać mu dobry przykład.

Ale to powinno działać w dwie strony.

Naprawdę nie wiedziała, co robić. Ten mętlik zabierał jej grunt spod stóp.

- Dzieeeeeeń dobrrrry - zawołał śpiewnym głosem Tommy, wchodząc do jej pokoju. Po chwili zauważyła jego głowę przez drzwi od łazienki. - Co tam, Annie? Nie możesz się dobudzić do końca? Śpioszku kochany.

- Tom, spadaj, nawet nie jestem ubrana - jęknęła zmęczonym głosem.

- Zrobię ci kawę, podziała lepiej niż te dziwaczne kulty, które uprawiasz od wczoraj nad umywalką.

Spojrzała na niego ze złością, ale kiedy zobaczyła w jego oczach cień zmartwienia, uśmiechnęła się delikatnie. Rzadko się martwił. Nie chciała, żeby robił to przez nią.

- Lecę robić kawę - rzucił po chwili, jakby się speszył.

Tak, martwienie się było u niego rzadkie, chyba sam nie wiedział, co z tym zrobić.

- Zaraz zejdę - oznajmiła uśmiechnięta.

W końcu zebrała się na tyle, żeby ubrać się w coś wygodnego. Już kierowała się na schody, kiedy rozdzwonił się jej telefon.

- Halo? - rzuciła, zerkając na wyświetlacz. - Co jest, Agnes?

- Alec u mnie spał.

No dobra, troszkę się zachwiała. Agnes nie była osobą, która mówiła rzeczy prosto z mostu. Z reguły wolała najpierw pokręcić się, pojąkać.

- Um, okay? - odpowiedziała po chwili, nadal zdezorientowana. - Ale że spał, spał? Czy...

- Nieee - pisnęła. - Nie zrobiliśmy tego.

I nigdy nie nazywała rzeczy po imieniu. Anne westchnęła, czyli nie jest aż tak źle.

- Ale spał u ciebie, czy u Donatello? Wiesz, co mam na myśli.

- Annie - odezwała się Agnes, nagle śmiertelnie poważnym głosem - spaliśmy w jednym łóżku.

- Wow, no to... Gratuluję. A co na to Donatello?

- Na szczęście zebraliśmy się, zanim przyszedł. Równie dobrze mogłam powiedzieć, że po prostu Alec przyszedł rano.

Anne przystanęła i oparła się o ścianę. Troszkę za dużo informacji. Kiedy ostatnio widziała Agnes, przez gardło by jej nie przeszło, że Alex się jej podobał.

I jeszcze to "Alec". Własne zdrobnienia? Czyli są już tak blisko?

Nagle poczuła ukłucie gdzieś w okolicach serca. Odetchnęła głęboko.

- To fajnie, cieszę się, naprawdę. A wasza mama? Wróciła jeszcze po Donatello?

- Nie, była nawet chwilę przed nim, ale dosłownie chwilę, może z dziesięć minut. Czekaj, Donnie coś krzyczy. A, muszę iść posprzątać po śniadaniu. Dzisiaj moja kolei. Odezwę się później, okay?

- Jasne, okay.

Agnes się rozłączyła, a do Anne dotarło, czym było to ukłucie. Zwykła zazdrość.

 

Donatello

 

Agnes siedziała w kuchni, a mama wyszła na chwilę do sklepu, więc miał czas, żeby pozałatwiać parę spraw. Najpierw napisał do Chrisa. Był w końcu jego zastępcą. Chyba na tym to polegało - kiedy Donatello był chory, Chris powinien go zastępować. W praktyce było to troszkę trudniejsze. Musiał go przekupić obietnicą miesiąca bez sprzątania łazienek, żeby ten...

Jesteś osłabiony - powiedział do siebie w myślach. - Nie denerwuj się.

Żeby ten malkontent zainteresował się w ogóle rozmową. Miał tydzień wolny i nie zamierzał się angażować w sprawy szkoły. A ktoś musiał przygotować festyn.

W ich szkole, ostatni dzień przed zakończeniem był całkowicie wolny od lekcji. Zawsze wtedy samorząd organizował festyn, który miał jednocześnie uczcić koniec, jak i zachęcić przyszłych pierwszorocznych do wybrania ich szkoły. Wszystkim zajmowali się uczniowie, każde kółko, każda klasa mogła mieć swoje stoisko, tylko trzeba było nad tym wszystkim zapanować.

Nie żeby wierzył w Chrisa, ale kiedy pójdzie do Monici, błagając o pomoc, Donatello będzie mógł mieć tą słodką świadomość, że tym razem to nie on ją obarcza dodatkowymi obowiązkami. Jego sumienie mogło być spokojne.

Zerknął przez ramię na Agnes. Podśpiewywała cichutko, zmywając. Uśmiechnął się lekko. Lubił, kiedy była taka radosna.

Chwilę po ostatnim SMS-ie od Chrisa, jego telefon się rozdzwonił. Monica, któż by się spodziewał.

- Naprawdę - zaczęła, bez jakiegokolwiek "jak się czujesz" - jeśli sądzisz, że nie wiem, co robisz, to jesteś idiotą.

- Też się cieszę, że cię słyszę.

- Ja mam swoje obowiązki! - pomstowała dalej w najlepsze, nie podnosząc głosu ani o decybel. Nawet wściekła, była najspokojniejszą osobą, jaką znał. - A organizowanie festynów i niańczenie Chrisa, należy do twoich!

- Dzisiaj wyszedłem ze szpitala - mruknął.

- I już zdążyłeś go na mnie nasłać.

- Mam tydzień odpoczywać. Nie zdążymy, jeśli przynajmniej nie zaczniemy.

Prychnęła. Chwilę pomilczała i prychnęła jeszcze raz. W końcu się rozłączyła.

Uśmiechnął się pod nosem. I tak sam będzie musiał radzić sobie z ewentualnymi katastrofami, ale jeśli dojdzie do katastrof, to duży procent prac będą już mieli za sobą.

Czyli od strony szkoły już zero odpowiedzialności na najbliższe kilka dni. Zerknął jeszcze raz na telefon. Ciekawe, czy Anne Marie jeszcze śpi? Już sięgał ręką, żeby zadzwonić, kiedy usłyszał jakiś pisk w kuchni.

Podbiegł wystraszony, że coś się stało. Po kilku krokach poczuł, że bieganie to ostatnie, co powinien teraz robić, bo płuca już zaczynały go palić.

Musiał oprzeć się o ścianę. Agnes wybiegła z kuchni w jednym kawałku, więc westchnął z ulgą.

Spojrzała na niego wystraszona.

- Tam był pająk - wyszeptała, ale patrzyła na niego tak, że Donatello sam nie wiedział, czy bardziej boi się jego czy pająka.

- Zaraz go wypuszczę - westchnął. - Poczekaj.

Agnes uśmiechnęła się lekko.

- Nie, ty się tylko doczołgaj do fotela. Sama to zrobię.

Chciał podziękować, ale tylko uśmiechnął się i przymknął oczy. Naprawdę był wykończony.

Lekarz kazał mu zacząć znowu używać inhalatora, ale Donatello tak strasznie tego nienawidził. Za każdym razem czuł się całkowicie przegrany. Wiedział, że to głupie, ale mimo wszystko, nie potrafił pozbyć się tej myśli. Tak samo było z okularami. Typowy frajer w okularkach z inhalatorem. Trochę się nienawidził. Może nawet bardzo.

 

♥♥♥

 

Zjedli z mamą obiad, kolację też zjedli razem. Dawno nie spędzili tyle czasu razem. Choć nie odzywali się za dużo. Zainteresowała się dopiero, kiedy Agnes musiała napomknąć jej o Anne.

- Nie mówiłeś mi, że się z kimś spotykasz - odpowiedziała po chwili skonsternowana.

- To trwa od niedawna.

- Opowiesz mi o niej?

Od początku kolacji tylko mieszała na talerzu, a teraz już zupełnie straciła zainteresowanie jedzeniem. Martwiło go to lekko. Kiedy tata ją zostawił praktycznie wmuszali w nią jedzenie i nadal nie jadła za dużo.

- Jest wysoka - mruknął. Nie potrafił opowiadać.

- I śliczna - dodała Agnes z szerokim uśmiechem.

Mama zmrużyła oczy.

- Zaraz, to ta Anne... Evans? Co przychodziła do Agnes, kiedy byłyście młodsi.

- Dokładnie ta sama. - Agnes wydawała się przeszczęśliwa tematem rozmowy.

- Miła dziewczyna. Tylko trochę niezdarna.

Prawie wypluł makaron, parskając śmiechem.

- Nawet bardziej niż trochę - zauważył cicho.

- Słabo ją pamiętam - przyznała.

- Głównie ja chodziłam do niej - mruknęła Agnes.

- Wyswatałaś ich? - Uśmiechnęła się delikatnie i nagle zaczęła wyglądać na parę lat młodszą.

- Donnie bardzo dobrze sam się swata. Szczególnie w stanie wskazującym - dodała trochę ciszej.

- Co proszę?

Przewrócił oczami.

- Miałem urodziny. Osiemnaste. To dziwne, że piłem?

Mama wzruszyła ramionami.

- Chyba nie. Trochę szybko dorastasz.

Spojrzał na Agnes i rzucił jej ostrzegawcze spojrzenie. Już czuł, jak zaraz palnie coś w stylu, że "tak to wygląda, bo mama rzadko ich widuje".

- Jak długo zostaniesz? - zapytała tylko, spotykając jego wzrok.

- Pojutrze o szesnastej mam samolot. Może jutro zaprosicie Adę...

- Anne - poprawił ją.

- Tak, oczywiście, Anne. Na obiad.

- Zapytam.

- Na pewno przyjdzie - zaszczebiotała Agnes. - Anne jest szkolną gwiazdą sportu, wiesz?

- Jak Donnie kiedyś. - Uśmiechnęła się ciepło.

Wiedział, że chciała być miła, ale zabolało go, że mu przypomina.

- I Donnie wziął ją do samorządu. Jest jego asystentką.

Mama zmarszczyła brwi.

- Dlatego, że jesteście parą?

Przewrócił oczami, ale Agnes odpowiedziała za niego.

- Raczej na odwrót. Zbliżyli się przez samorząd.

- Słodko.

- Bardzo.

- Zaraz mnie zemdli - westchnął.

I właściwie na tym rozmowa się zakończyła. Dalej jedli w ciszy. Chyba każdy chciał sobie coś przemyśleć.

Już dzisiaj zapraszał Anne i nie przyszła. Niby wytłumaczenie było dobrze, ale miał wrażenie, że tylko się wykręcała. Słabo rozumiał uczucia innych i był tego świadomy. Nie wiedział, czy wciąż się wściekała o wczoraj, przecież później już było dobrze. Może wstydziła się spotkania z jego mamą, a może naprawdę chciała, żeby oboje spędzili dzień z rodzinami.

Tego też nienawidził - że tak naprawdę był bardzo głupi.

W końcu zadzwonił do Anne. Zamierzał ją zaprosić jeszcze raz i tym razem już nie przyjmował sprzeciwu.

 

Anne

 

Miała wrażenie, że idzie do Chevalierów po raz pierwszy. Ostatnio dość dużo przesiadywała u Donatello, ale teraz przejmowała się jak nigdy. Jedyny plus był taki, że Agnes postanowiła zaprosić też Alexa, więc spotkali się po drodze. Pochwalił się jej, że "chyba już są parą".

- Chyba? - zaśmiała się. - To nawet nie wiesz?

- Ciężko mieć stuprocentową pewność w tych sprawach - mruknął.

Powoli pokiwała głową. W sumie miał rację - ona też wielu rzeczy już nie była pewna.

Nie chciała iść, ale Donatello potrafił postawić na swoim. Przynajmniej już nie groził jej sprzątaniem. Szkoła bez niego nie wydawała się aż taka zła. Na pewno byłoby luźniej.

Skarciła się w myślach. Była naprawdę beznadziejną dziewczyną. A poza tym, patrząc na to obiektywnie, zapanowałby totalny chaos i nieład.

- Dawno nie widziałem ich mamy - rzucił Alex.

- Ja w sumie też. Od gimnazjum. - Parsknęła śmiechem i pokręciła głową. - Boże, nawet sobie nie przypomnę jak ma na imię.

- Imię? Myślałem, że nazywa się Mama Chevalier.

Zaśmiała się cicho.

- Na pewno ma jakieś francuskie imię.

- Ich tata jest z Francji, nie mama.

- Mama się wychowała tutaj, ale jej rodzice też są z Francji.

- Nieważne, nigdy mnie to specjalnie nie interesowało.

- Nic cię nigdy nie interesowało.

Uśmiechnął się, odsłaniając kilka bielusieńkich zębów.

- Agnes mnie interesuje.

Pokręciła głową rozbawiona.

- Cieszę się, bardzo.

- A z tobą i Donatello już wszystko w porządku?

- Nie mam bladego pojęcia.

Westchnął.

- Tylko... Nie myśl, że ktoś czegoś od ciebie oczekuje, okay?

Spojrzała na niego pytająco, ale on tylko pokręcił głową.

Więcej się nie odzywał, chyba chciał, żeby pomyślała, ale w głowie miała kompletną pustkę. Myślała już za dużo. Nie potrafiła się już dłużej skupiać.

Kiedy Agnes zaprowadziła się do środka, nawet nie wiedziała, gdzie usiąść. Pocieszył ją trochę fakt, że przyjaciółka też wyglądała na spiętą. W sumie Alex mógł chyba mieć już pewność, co do tego czy są razem, skoro został zaproszony.

Czekali, aż Donatello skończy brać prysznic i ich mama skończy rozmawiać. Niby najgorsze było dopiero przed nią, ale Anne powoli zaczęła obmyślać plan ucieczki. Jaka mogła być kobieta, która wychowała dwie bliskie jej osoby? Musiała być wspaniała.

Chociaż czy to był dobry rok myślenia? Agnes miała do niej żal. A Donatello, chcąc nie chcąc, był skrzywiony i to dość mocno. Pamiętała ją jeszcze z gimnazjum, ale już wtedy rzadko się pokazywała. Ich ojca pamiętała jak przez mgłę, ale obraz matki był dużo bardziej wyraźny. Była... Dumna. To słowo pasowało jej najbardziej.

Kiedy w końcu zeszła do nich do jadalni, Anne stwierdziła, że wiele się nie zmieniło. Szła idealnie wyprostowana i choć oczywiście, była ładna, jej wyraz twarzy sprawiał, że wyglądała na strasznie nieprzystępną.

- Dzień dobry - powiedziała cicho zmęczonym głosem.

- Dzień dobry - odpowiedziała Anne. Z niezadowoleniem stwierdziła, że zadrżał jej głos.

Usiadła przy stole, a właściwie upadła na krzesełko. Niby z gracją, a jednak kompletnie bez siły, jak balon bez powietrza.

Nigdy nie była specjalnie energiczna, ale chyba jednak wiele się zmieniło.

 

♥♥♥

 

Odkąd Donatello zszedł, nikt nie odezwał się ani słowem. Zjedli pierwsze i drugie danie bez słowa. Nawet Agnes milczała, jedynie uśmiechając się co chwilę do Alexa. Anne kąciki ust się unosiły, kiedy widziała, jak przyjaciołom błyszczą oczy. Sama nie chciała patrzeć na Donatello. Nie wiedziała czemu, ale nie potrafiła podnieść na niego wzroku. Kiedy zaproponował kawę, prawie podskoczyła. Teraz siedzieli w salonie, powoli popijając gorące napoje. Aromat unosił się w powietrzu i choć Anne lubiła zapach kawy, teraz drażnił ją, bo atmosfera stawała się przez niego jedynie coraz cięższa.

Donatello delikatnie nakrył jej dłoń swoją. Lekko podskoczyła, więc spojrzał na nią pytająco. Jedynie pokręciła głową.

W końcu ktoś postanowił przerwać ciszę rozmową o pogodzie.

- Zaczęło się robić cieplej - zauważyła Agnes.

Niby nic, ale odezwała się tak nagle, że Anne wylała na siebie kawę. Pisnęła poparzona, Donatello od razu skoczył ją wycierać, Agnes wybiegła po ścierkę.

Mogło się jej wydawać, ale pani Chevalier chyba parsknęła śmiechem. Donatello też uśmiechnął się pod nosem. Spojrzał na Anne rozbawiony.

- Coś za spokojnie ostatnio było - zauważył. - Przynajmniej nic sobie nie złamałaś.

- To tylko kawa - mruknęła.

- Twoja kawa - parsknął.

Wydęła usta, ale pocałował ją w skroń i w końcu też się uśmiechnęła.

Spojrzała na panią Chevalier przepraszająco, ale ona w końcu zaczęła rozmawiać z Agnes i Alexem.

- Ogólnie to dosyć krępująca sytuacja - szepnęła Anne.

- Daj spokój, już wszyscy się do tego przyzwyczaili.

- Mam na myśli ogólnie, popołudnie.

Westchnął cicho.

- Wybacz - mruknął i zerknął na swoją mamę - ona taka po prostu jest.

- Nie gniewam się, po prostu... - urwała, bo brakło jej słów.

Uśmiechnął się lekko, jakby pocieszająco.

- Rozumiem.

- Donnie? - odezwała się Agnes nagle. Oboje spojrzeli na nią pytająco. - Mama mówi, że dziadek chce rozszerzyć zasięg firmy. Zrobiłby tutaj drugie centrum. Może mógłbyś zostać.

- Naprawdę? - zdziwił się chłopak, patrząc na swoją matkę. - Byłoby niesamowicie.

- Jeszcze nic nie jest pewne - zauważyła. - Myślimy jeszcze o Włochach. I szczerze mówiąc dziadek skłania się bardziej w kierunku Włoch.

Agnes zachichotała.

- Donnie, może zrzucisz się Tommy'emu na głowę.

Skrzywił się jakby, jakby zjadł coś paskudnego.

- Z całym szacunkiem, ale wolałbym nie.

Anne też zaśmiała się cicho.

- Akurat przyjechał, możesz zagadać.

- Nie mówiłaś - pisnęła Agnes.

- Przyjechał dość nagle. W sumie to w środku nocy.

- Fajnie. Tom to brat Annie - wytłumaczyła mamie szybko.

Kobieta pokiwała głową. Przetarła ręką czoło.

- Nie czuję się najlepiej.

- Chcesz się położyć? - W oczach Donatella zalśniło zatroskanie.

Ponownie skinęła. Wstała powoli i zerknęła na Alexa i Anne.

- Bardzo się cieszę, że was poznałam - odezwała się.

- Nawzajem - odpowiedziała Anne cicho. Alex się tylko uśmiechnął.

Agnes spojrzała na matkę jakoś nieprzychylnie. Donatello chyba też to zauważył, bo zaproponował, żeby siedli na werandzie.

Znowu odpoczywali w ciszy, choć teraz już nie była tak ciężka do zniesienia. Anne oparła się o ramię Donatella i wpatrywała się w ulicę. Było wyjątkowo spokojnie, tylko od czasu do czasu ktoś przemykał gdzieś powolnym krokiem. W końcu znudziła się, więc przeniosła wzrok na przyjaciół.

Oczy Alexa były pełne życia i przytomne jak nigdy, a sam jego wzrok nasycony był czymś jakby mieszaniną podziwu, szacunku, oddania i tej jednej rzeczy, tego jednego czynnika, którego nie potrafiła nazwać.

- Donatello? - odezwała się tak cicho, że prawie zdziwiła się, gdy spojrzał na nią pytająco.

- Tak? - odpowiedział niewiele głośniej.

A ona zapytała go, uświadamiając sobie, że chyba tego nie wie:

- Donatello, czym jest miłość?

Następne częściSzklane Deszcze - Epilog

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • Paradise 07.11.2017
    no dawno nie było rozdziału :D ale u mnie w sumie z podobną częstotliwością pojawiają się rozdziały xD chyba nie muszę mówić, że brakowało mi Donniego :D kilka literówek po drodze zauważyłam, ale teraz nie mogę ich znaleźć, więc nieważne xD i ta końcówka <3 5 i czekam na więcej :)
  • Ichigo-chan 07.11.2017
    Mogę dać następny rozdział, ale żeby nie spamować może dam go jutro xD Dziękuję za komentarz ♥♥♥
  • KarolaKorman 26.12.2017
    ,,że teraz do "niezdecydowanie" - to
    ,, Niby wytłumaczenie było dobrze,'' - dobre
    ,,Kiedy Agnes zaprowadziła się do środka,'' - ich
    ,, Niby najgorsze było dopiero przed nią, ale Anne powoli zaczęła obmyślać plan ucieczki.'' - w tym zdaniu dorzuciłabym słowo: już (w sensie : już powoli zaczęła obmyślać)
    ,,Chociaż czy to był dobry rok myślenia?'' - tok
    Jak zawsze, no, może często, Anne zaliczyła jakąś wpadkę, ale atmosfera panująca przy obiedzie i kawie sprzyjała. Sama pewnie czułabym się podobnie w takiej sytuacji, a wtedy o jakąś gafę nie jest trudno.
    Jest szansa, że Donatello nie będzie musiał wyjeżdżać, więc miłość (czymkolwiek ona jest) może rozkwitać, widać, że Doni wreszcie do tego dorósł :)
    Fajnie, że zerknęłam i trafiłam na kolejną część :) Zostawiam 5 :) Serdecznie pozdrawiam :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania