Zmierzch Ostrza – Rozdział 16

Stres i ciągła koncentracja wyczerpały Thomasa, ledwo co otwierał zmęczone oczy. Mimo to udało się, przynajmniej taką miał nadzieję. Stół już dawno przestał zalewać pomieszczenie różnobarwnym światłem, a ciało Edmunda pozostawało w spokojnym spoczynku, lecz niepokój pozostał. Jak zareagował organizm? Czy wszystko w porządku? Zaczął się obficie pocić, spoglądając na nieruchomego brata.

„Daj, chociaż małą oznakę życia, młody, choćby marną”, szeptał w myślach, oczekując w nadziei.

Wreszcie tamten otworzył niebieskie oczy, odwrócił głowę do Wrighta i rzekł:

— Powiedz mi człowiecze, czemu tak doskonała istota, jak ja jest związana i niczym utuczony wieprz czeka na swój koniec? — W jego spojrzeniu czuć było niesamowity chłód, a włosy z blondu przeszły w piękną biel. Czyżby jakiś efekt uboczny? — Twa kara będzie sroga i okrutna. — Wysunął z dłoni długą, cienką kość i przeciął nią więzy.

Młody nieoficjalny alchemik wyjął swoje ostrze, nie zabiję tego czegoś, ale nie może sobie pozwolić na śmierć. Pacjent wystawił rękę do przodu i wystrzelił gnata, niczym pocisk, jego ofiara próbowała przeciąć dość wolno lecący „przedmiot”, lecz tylko zmienił jego trajektorię, rozsypując przy tym swój oręż. Kilka złotych monet poszło w piach. Białowłosy próbował wstać z mebla, jednak tylko legł na podłogę.

— Widać me ciało nadal słabe. To nie przeszkodzi mi w zlikwidowaniu cię. — Ponownie uniósł kończynę i... padł zdzielony przez Lucyfera.

— Główkuje, dlaczego twoje serce, galopuje, jak oszalałe, a tu takie dziwy. — Wytarł laskę o ubranie nieprzytomnego. — Nie obawiaj się, kontrolowałem siłę przy uderzeniu.

Thomas podbiegł do brata, z ulgą stwierdził, że żyje.

— Wytłumaczysz mi do jasnej cholery, co właśnie widziałem? — spytał, nie kryjąc wściekłości.

— Na pierwszy rzut oka wygląda mi to na mutacje... — odpowiedział, obserwując rannego. — Uzyskał specjalną zdolność i nową osobowość.

— Bracie, czy wszystko się udało? Dlaczego tak bardzo boli mnie głowa — wyszeptał Edmund, budząc się.

— Poprawka, nie nową osobowość, a inną. — Jego demoniczna twarz wykrzywiła się w uśmiech, to pokolenie było interesujące, bardzo interesujące.

— O czym ty gadasz, diable? — Delikatnie posadził krewniaka na krześle.

— Nie słyszałeś o czymś takim jak Jekyll i Hyde?

— Bredzisz...

— Doktor Jekyll i pan Hyde, dwie osoby w jednym ciele, w dzień doktor ratuje ludzi, w nocy zmienia się swą postać i zabija każdego, kogo spotka. Według legend został zabity przez wojsko, teraz lekarze określają tym terminem ludzi o rozdwojonym „ja” — wtrącił osłabiony najmłodszy Wright.

— Jak to w ogóle możliwe?

— Ludzkie umysły są naprawdę potężne i niesamowicie skomplikowane, dlatego my demony tak bardzo się wami interesujemy. Czasem jednak, by uciec od rzeczywistości, tworzą alter ego, osobowości, które poradzą sobie w tych przerażających dla nich okolicznościach. Dodatkowo odcinając się od tego wszystkiego, stąd bardzo często nie wiedzą, co zrobił drugi "ja".

— Więc w wyniku wielkiego bólu stworzył coś takiego? — Spojrzał na odpoczywającego.

— Niekoniecznie. Tak jak mówiłem wcześniej, musiałby być przytomnym, by odczuwać cokolwiek w czasie operacji. To mi raczej wygląda na mutacje w wyniku scalenia się z innymi komórkami. Zyskał nowe umiejętności, kosztem gościa w swej duszy.

— Jeszcze go spotkamy? Szlag, by to.

— Naturalnie, lecz nie oznacza to, że pojawi się ot tak. Druga osobowość ma coś w rodzaju dźwigni, przełącznika, dzięki której przedostaje się do właściwej jaźni. Bez tego może jedynie siedzieć niczym w pokoju pełnym luster, widząc i słysząc, co robi twój braciszek. Radziłbym uważać ze słowami, jak zauważyłeś bardzo dobrze radzi sobie z nowymi mocami, a posiada całkiem niezły charakterek. — Roześmiał się szyderczo.

— Poradzę sobie ze wszystkim, ważne, by Edmund chodził. — Delikatnie pogładził po czole dawnego pacjenta, który w międzyczasie zasnął, wyczerpany.

— Oczywiście, ale to nie znaczy, że zaraz będzie biegał. Czekają go tygodnie ćwiczeń, nim dostosuje ciało do nowych warunków. Alchemia to wielka sztuka, lecz nie boska moc, jej granice wprawdzie elastyczne, ale ograniczone. Spodziewaj się również Upiora, stowarzyszenie działa niezwykle prężnie wobec nowych adeptów. To dość mała ekipa, mająca utrzymać chwiejną równowagę między wszystkimi stworzeniami, dbając, by ludzie nie zauważyli drugiej, magicznej strony.

— Jaki "Upiór"? — Zdziwił się, jakby nie dość dziwów już na dzisiaj było.

— Najstarszy posłaniec Stowarzyszenia Alchemików, jednocześnie egzaminator. Zawinięty w białe, poplamione bandaże, ubrany w znoszony płaszcz z cylindrem na głowie. Pojawia się tam, gdzie nowi rekruci, nikt nie wie, jak i kiedy, po prostu siedzi tam, gdzie jeszcze chwile nikogo nie było. Jego głos przyprawia nawet nas, demony o gęsią skórkę, nieśmiertelny i niezniszczalny. Wieczny poseł. służący tylko naczelnym. Jeśli go widzisz, znaczy się, że nastał dla ciebie test. — Lucy usiadł spokojnie na najbliższym krześle.

— Hola, hola. Przecież od udanej operacji minęła zaledwie chwila. — W słowach kontrahenta znalazł nieścisłość. — Ja rozumiem, jakby ludzie roznieśli, że dawny inwalida chodzi, albo jakby ktoś coś widział, ale tak bez niczego dowiedzieliby się? Podglądają cały świat, czy co?

— Zapominasz o czymś, drogi chłopcze. Pewnie już widzisz kolorowe linie albo inne szlaczki w powietrzu. — Z laski wystrzelił kule ognia, którą zapalił drewno w nowo zbudowanym kominku.

Thomas zauważył pomarańczową mgiełkę, roznoszącą się po pomieszczeniu, powoli zanikała w ścianach.

— To, co właśnie ujrzałeś to tak zwana „droga”, albo inaczej "ślad". Każde zaklęcie, czy to z alchemii, czy też z wrodzonych umiejętności pozostawia po sobie osad, im potężniejsze, tym dłużej się utrzymuje i nie znika. W porównaniu do innych stworzeń wy ludzie po uaktywnieniu many otwieracie w sobie wewnętrzne oczy, którymi możecie zauważyć poszczególne ślady po urokach.

— Czyli na przykład jak wyczaruje takie coś jak ty...

— Zwolnij konie, młodzieńcze. Pora na wykład Profesora Lucyfera. — Jednym ruchem wyczarował szkolną ławkę, w której umieścił Tommiego, a sam przywdział długi, czarny płaszcz, w dłoniach trzymał długą pałeczkę, wskazując na zielonawą tablicę. — Ludzie normalnie nie posiadają magii. Owszem, jako istoty żywe mają energię, ale nie mogą jej uzewnętrznić w postaci żywiołów, czy innych podobnych. Wyjątkiem są dzieci z różnymi mutacjami, które zareagowały na magiczne opary, stąd znani wróżbici, piromani i tak dalej. Jednak jest to niezmiernie rzadkie. Istnieje również inny sposób, by władać mocami nadprzyrodzonymi, mówię tu o pierwszym eliksirze, wypitym przez ciebie. Zmienić energię pasywną na aktywną to niezmiernie trudne zadanie, kończące się bardzo często śmiercią. Dlatego ostrożnie wybierani są kandydaci, odejście od reguły stanowi krew, a mianowicie geny podatne na manę. Wystarczy jeden taki rodzic, by dziecko miało około dziewięćdziesięciu procent szansy, by panować nad alchemią.

Jego uczeń nadążał za wywodem tyle, ile umiał, rozumiejąc tylko ogólnie, o co chodzi.

— Druga strona medalu to umiejętności rasy. Ta kategoria należy do nieludzkich istot, którym od początku przypisano cechy i talenty na przykład: My demony posiadamy jeden żywioł na osobnika oraz możliwość naginania rzeczywistości. To zbyt skomplikowane na twój mózg, więc nie będę wyjaśniał szerzej tego zagadnienia. Wampiry mają swoją siłę, szybkość i metamorfozę, wilkołaki tężyznę fizyczną i wyostrzone zmysły i tak dalej i tak dalej. To wszystko jest od razu przypisane i niemożliwe do zmienienia. Uzyskują natychmiast potężną moc, ale zapłacili za to brakiem możliwości nauki nowych rzeczy. Dlatego to wam ludziom przypisane zostało zachowanie chwiejnej równowagi, jedyne żyjątka, ograniczone tylko własną wyobraźnią. Przerażające, co nie? A to wy boicie się innych.

— A co z moim bratem? On dostał moce dopiero teraz...

— Dochodzimy do trzeciego i ostatniego sposobu, bardzo niebezpiecznego i losowego. Wszczepienie sobie organu, czy części ciała innego gatunku. Nigdy nie wiesz, czy to zadziała w taki sposób, w jaki sobie zamierzyłeś. Natura wymyśliła wszystko według określonego wzorca, postępowanie wbrew temu to igranie z ogniem. Tutaj była inna sytuacja, wszczepienie odpowiednio spreparowanych kości znacząco zmniejsza ryzyko. Trafił się ten jeden procent mutacji. Nie ma co płakać na rozlanym mlekiem, zaakceptuj rzeczywistość, uzbrojony obserwator to naprawdę rzadkość, przyda ci się. — Skończył mówić, po czym ponownie zniknął. Jak zwykle nieprzewidywalny i zupełnie niezrozumiały.

— Bracie, ja czuje nogi... Ja czuje nogi. — szepnął Edmund, gdy ponownie wybudził zmysły ze snu. Thomas uśmiechnął się, widząc jego pełne łez oczy. Dlatego momentu było warto. Pieprzyć przyszłość, będzie, co ma być.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania