Zmierzch Ostrza – Rozdział 9

Wróciwszy z miasta, natychmiast poszedł spać. Na całe szczęście matka niezmiernie zaciekawiona książką swego ulubionego autora, machnęła tylko ręką na jego widok i wróciła do czytania. Kiedyś wykończy swe oczy przy tym migotliwym blasku świecy. Zasnął niemal natychmiast, pogrążony w szybko upływającej ciemności, bez koszmarów, czy innych mar.

Ocknąwszy się przy dźwięku porannego piania koguta, zszedł na dół, nawet nie przebrał się z wczorajszych ciuchów, wolał nie kusić losu, a właściwie bólu, zagnieżdżonego w jego ręce, nadmierną aktywnością.

— Witaj bracie. — Powitał go Edmund, wyjeżdżający na wózku ze swego pokoju. — Piękny dzień, nieprawdaż? Jakby to powiedział Rubstein, "Doceni naturę ten, kto zazna jej wspaniałego uroku przy wschodzie słońca i ciszy rosy".

— Ciszy rosy? — Przejechał mu ręką po bujnych włosach. — Czy ten twój Rubszein na pewno nie najadł się grzybów z kropkami?

— Nie Rubszein, tylko Rubstein. — Oburzył się młodzieniec. — Najwybitniejszy twórca z Dragonii.

— Zapewne już nie żyję, co? Te wszystkie pisarzyny zawsze po śmierci zyskują sławę. Tak, jakby do czegoś im się pod ziemią przydała.

— Nigdy nie zrozumiesz potęgi, ukrytej w słowach. W końcu politykom nie rządzi miecz, tylko odpowiednie intrygi. Inteligencja nad siłą.

— Co ty nie powiesz? — Zawsze traktował brata z pewnym przymrużeniem oka. Niepoprawny marzyciel, trzymający głowę w chmurach, taki zawsze był Edmund.

— Lepiej powiedz, co odkryłeś w Sezamie ojca. — W głosie dało się zauważyć zaciekawienie.

— Czego ojca? — Dlaczego nie mógł używać normalnych słów?

— Sezam, taki legendarny skarbiec rozbójników. Nie pamiętasz, jak nam mama do snu czytała?

Thomas kojarzył tylko ogromną księgę z masą opowieści, które towarzyszyły im w czasie zasypiania. Najczęściej były tak nudne, że w porównaniu do młodszego brata zasypiał na samym początku.

— Aaa, chodzi ci o gabinet na ostatnim piętrze. Mów po ludzku, a nie kluczysz. — Chwile zatrzymał się w myślach, znając wyobraźnie młodego i jego nadgorliwość, lepiej nie mówić mu prawdy. — Nic ciekawego, książki o prawie i kupiectwie, tona złomu i jeszcze więcej kurzu. Zresztą to małe pomieszczenie, większość tak naprawdę zajmuje ściana.

— Taka gruba? — W oczach zaczęło przygasać zainteresowanie.

— Widocznie ojciec stwierdził, że było to za dużo dla niego. Sam zresztą wiesz, ile bagażu zabierał ze sobą na podróż. Był minimalistą w czystej postaci.

— Minimalistą? Używasz słów niepasujących do ciebie, bracie.

— Nawet ja, coś tam się nauczę. — Popatrzył w stronę jadalni, gdzie krzątali się służący, nakrywający do stołu. — Lepiej, żebyś chociaż ty, zjadł z naszą kochaną matulą śniadanie.

— A co z tobą? Nie zamierzasz do nas dołączyć?

— Nie lubię tej atmosfery niczym z wystawnego przyjęcia. Aż przypominają mi się przyjęcia, na które musieliśmy jeździć. Jakby co, będę na górze, ojciec zgromadził całkiem pokaźną kolekcję broni białej, muszę ją wypróbować. — W głębi duszy żałował tego kłamstwa, jako rodzeństwo nie mieli przed sobą sekretów.

— Tylko broń, broń i broń. Jest tyle wspaniałych opowi...

— Tak, tak. Czekających, bym je poznał. — Lepiej było przerwać Edmundowi, potrafił godzinami rozprawiać o książkach. Byłby z niego niezły dyplomata. Może powinienem powiedzieć mu prawdę? Nie, to zły pomysł. Z młodego jest większy idealista niż z Jamesa Wrighta. Prędzej dałby się pochłonąć Lucyferowi i uratował każdego na jego drodze, niż użyłby mocy we właściwy sposób. Idealiści nie powinni mieć dostępu do takiej potęgi.

Wdrapał się na samą górę, w międzyczasie wracając po składniki do piwnicy i zrywając pozostałe rzeczy z okolicy domu. Zamknął drzwi na klucz i rzucił przedmioty na stół.

— Wreszcie się zabrałeś do pracy, twoje postępy już dawno wzrosłyby, gdy nie ta opieszałość.

— Już dawno się nie odzywałeś, co nie? — Wrzucił rośliny do moździerza i zaczął ucierać, według instrukcji w księdze. — Aż dziwne, miałeś tyle okazji.

— Twoje życie nie było zagrożone, więc zajmowałem się innymi rzeczami. Zresztą miałeś wspaniałą towarzyszkę, nie dość, że ładną, to jeszcze silną. Po co więc miałem ingerować? — Wyskoczył ze znamienia, kształtując swą postać w czarnego kota.

— Silną? Jakoś nie zauważyłem.

— Patrząc tylko oczami, szybko zginiesz w czasie nauki. — Uderzył go, przyzwaną laską. Rozsiadł się wygodnie, wpatrując się w ucznia. — Teraz wrzuć to do tego kotła, jest zaklęty, więc natychmiast przybędzie w nim wody i zapłonie pod nim ogień. Bardzo dobrze... Nie, nie, jeszcze nie przelewaj.

— W instrukcji pisało... — Zaczął, trzymając drewnianą chochlę.

— Jak już było napisane. Ty na pewno miałeś prywatną guwernantkę? — spytał z ironicznym uśmieszkiem. — Zmieszaj i zagotuj, aż do barwy niebieskiej, wlej do probówki i odstaw na parę godzin. By przyspieszyć proces, dodaj miodu albo zaryzykuj wypicie. Tak brzmi poprawna instrukcja, niestety twojemu ojcu nie chciało się poprawiać.

— Dlaczego ryzyko? Przecież wszystko zostało zmieszane, zagotowane.

— To nie kuchnia, tu liczy się każdy detal, a ryzyko zależy od rezultatu. Każdy eliksir od razu przygotowany jest niebezpieczny, dlatego alchemicy lubią wszystko robić wcześniej. Możesz go już rozlać.

Thomas spojrzał do kotła, który jeszcze nie tak dawno bulgotał wypełniony po brzegi. Teraz pozostało trochę niebieskiej cieczy na dnie.

— Wyparowało, czy jak? — Nienawidził, gdy logika grała z nim w chowanego.

— To znaczy, że eliksir jest gotowy, tak jak mówiłem wcześniej. To nie kuchnia, ilość składników nie wyznaczy ilości uzyskanego płynu.

Zaczerpnął cieczy i wlał ją do probówki. Przynajmniej taką miał nadzieję, ze wszystkich naczyń tylko to wyglądało, jak ona.

Lucyfer podszedł do niego i zatkał korkiem szklany przedmiot.

— Masz więcej szczęścia, niż myślałem. — Odebrał mu wywar z rąk i przyglądał się mu w promieniach słońca. — Krystalicznie czysty, bez zanieczyszczeń czy śladu baniek powietrza. Efekt możliwy do uzyskania w dwudziestu procentach. Nawet bez miodu wystarczy mu zaledwie półgodziny, by "dojrzał". Fart początkującego. Skoro już czekamy, możemy omówić inne kwestie. Potrzebujesz pomocnika.

— Pomocnik? Zbędne ryzyko i bagaż. — Wciąż pamiętał "towarzyszy", którzy chcąc zdobyć sławę, za nic mieli innych i brnęli na oślep do przodu, łamiąc szyk. Nigdy więcej.

— Czy wiesz, jak pozbyć się bazyliszka? Jak przegonić Yuki-onna? Czy wiesz, w jaki sposób uwolnić się z wiecznego wiezienia ogrów alkoholików? Ja mogę ci dać wiedzę o magicznych napojach, sposobie ich przygotowania i o różnych zaklęciach, lecz co i na kogo użyć, to już nie moje zadanie. Z drugiej strony patrząc na ciebie, potrzebujesz nie pomocnika, a pomocników.

— Ty chyba chcesz pozbyć się wszystkich zębów... — syknął przez zaciśnięte zęby.

— Ależ spokojnie, mówię to dla twojego dobra — odpowiedział irytująco słodkim głosem. — Zresztą w dzisiejszych czasach mana w powietrzu jest bardziej wyczuwalna i potężniejsza, co znaczącą wpływa na różne mary i potwory, podwajając ich umiejętności. Wprawdzie my demony, jesteśmy potężnymi istotami w piekle, ale nie jedynymi mieszkańcami. Przy niektórych żyjątkach jesteśmy słodkimi kociaczkami.

— Co niby proponujesz? — Spytanie o coś diabła, równało się z przyjęciem katastrofy. Przymus i bezradność to najgorsi pomocnicy.

— Masz w otoczeniu kogoś, kto idealnie pasuje do roli obserwatora. — Ponownie zmienił swą postać na kota.

— Niby kogo? Nie, nie ma mowy — odpowiedział, gdy tylko się domyślił, o kogo chodzi.

— Jest idealny. Przeczytał masę książek, które według was są fikcją, a dotyczą realnego zagrożenia.

— Zapomnij. Nie narażę go po raz drugi.

— Jesteś mu to winien — szepnął demon. — Mam już pewne prowizoryczne rozwiązanie, jak naprawić jego nogi, zabierając go w podróż, pozwolisz mu przeżyć niesamowite przygody, o których tak marzy.

— Nigdy. — Nie da się skusić podszeptom tego czarta.

— A jeśli ci powiem, że wyczuwam od niego smaczną nutkę przygnębienia i depresji? Niemal kapie z niego negatywnymi emocjami.

„Niemożliwe, Lucyfer próbuje manipulować faktami.”, tak myślał, „Dlaczego uśmiechnięty i wiecznie pogodny Edmund miałby ukrywać swe smutki?”

— Uczynisz według uznania. — Sięgnął po odłożoną wcześniej fiolkę. — Teraz pij. Twoja alchemiczna droga dopiero się rozpoczyna.

Thomas odkorkował naczynie i wlał jego zawartość do ust. Nie minęła chwila, a poczuł ogromne pieczenie całego ciało, przemieniające się w spazmy bólu. Czuł, jakby coś rozrywało go od środka. Cały spocony i przerażony uklęknął, nie mogąc ustać.

— Czas pokaże, czy zrobiłeś dobrze. — Głos Lucyfera brzmiał potwornie.

Wright powoli tracił świadomość, żegnał go upiorny śmiech.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania