Zmierzch Ostrza – Rozdział 8

— Co sprowadza wielmożnego pana szlachcica do naszego miasta? — spytała, siadając przy stole. W międzyczasie zamówiła już posiłek. — Z tego, co wiem, elita preferuje metropolie, gdzie godzinami urzędują na salonach, dyskutując o odwadze i męstwie na polu bitwy.

— Zwyczajne zakupy — rzucił krótko. Dziewczyna wydawała się w porządku, ale ile razy takie złudzenia sprowadzały nieszczęścia? Lepiej nie kusić losu.

— Zakupy? Myślałam, że od tego macie ludzi. — Kiwnęła głową do nadchodzącej kelnerki, biorąc od niej drewnianą tackę. — Czyżbyś nie ufał sługom w kwestii pieniędzy?

— Zaufanie to głupota stworzona przez księży. Wystawione plecy tylko czekają, aż ktoś wbiję w nie nóż.

— Ale z ciebie optymista, nie ma co. — Roześmiała się. — Czyżbyś i mi nie ufał? — Spytała, spoglądając mu prosto w oczy.

— Ktoś z przezwiskiem „Wiedźma” raczej nie brzmi wiarygodnie. Zresztą kaleka to idealny cel. — Podniósł lewą rękę, krzywiąc się z bólu. — Szczególnie, jak jest szlachcicem.

— Masz duże mniemanie o sobie, "paniczu". Na złoto nie narzekam, a co kochanków... — Zamyśliła się chwile, przesuwając łyżką w zupie. — Mój ojciec jako naczelny konstruktor broni w Dragonii jest ściśle pod obserwacją, ja również. Pewnie widziałeś tych przyjemniaczków, nieudolnie kryjących się w bogatych ubraniach pośród biedoty. Nawet chwilowa zabawa może skończyć się ograniczeniem wolności, a ptak w klatce długo nie pożyje. Ale zmieńmy temat, tyle ci zdradziłam, a ja nadal nie wiem, kim jesteś. Może szpiegiem Utari?

— Chyba nie są na tyle zdesperowani, by zatrudniać inwalidów wojennych i to z mentalnością słonia w składzie porcelany — odpowiedział z uśmiechem na ustach.

— Inwalidę wojennego? Brałeś udział w dziwnej wojnie? — W jej głosie dało się wyczuć żywą ciekawość.

— Dziwną? Tego określenia jeszcze nie słyszałem. Krwawą, beznadziejną, bezsensu i tak dalej, to owszem, ale skąd ta "dziwność"? — Wbrew podejrzeniom odczuwał satysfakcje z tej rozmowy, czuł, jak wszelki stres uchodzi z jego ciała.

— Popatrz na dwie strony konfliktu. Utaria, wojskowy kraj z najbardziej rozwiniętą armią, znacznie mniej liczna atakuje Dragonię, która ma przewagę we wszystkim prócz nowoczesnego uzbrojenia i wyszkolenia żołnierzy. Ubożsi w surowce nie mają nawet trzydziestu procent szans, by wygrać. Rozgorzały potyczki i inne bitwy, a co robi wasza ojczyzna? Wszelkie zasoby poświęca na konstruowanie automobilu, śmierci na kółkach i tak zwanemu silnikowi. Myśleli, że wróg je przejmie i oficerowie się pozabijają? Wojna trwa w najlepsze, mimo strat wróg przesuwa się w głąb kraju, zostanie zatrzymany w rejonie Wielkiego Lasu, na równinach. Obie strony tracą masę ludzi w kilku dniowej batalii, szala zwycięstwa zaczyna się przechylać na stronę obrońcy. Aż tu nieprzyjaciel rozbija armię z pomocą super nowoczesnego oręża. Dlaczego nie użył tego wcześniej, skoro bitwa trwała już dość długo? Nie mogąc, wygrać obie strony, zawierają ekspresowy pokój. Jak, gdzie, co i kiedy? Możesz mi wytłumaczyć, w jaki sposób do tego doszło? Nie minęło parę dni i układ podpisany, nie sądzisz, że to dziwne i to w całej okazałości?

— Polityka jest, jak gówno, póki nic z nią nie robisz, nie pobrudzi ci rąk i nie zacznie śmierdzieć. Dlatego trzymam się z dala i słucham poleceń, mniej myślisz, lepiej dla ciebie. — Spojrzał na kaleką rękę i tak nie ochroniło go to przed urazem. — Mówiłaś coś o ojcu konstruktorze. Z tego, co wiem, Sir Williams zmarł dość dawno, nawet nie miał ucznia, a co dopiero córki.

— Mówisz o tym wariacie, co zostawił pracownię pełną dziwacznych rysunków? Zajęliśmy jego laboratorium, jeśli w ogóle można to tak nazwać. — Chwyciła za pełny kufel i opróżniła go do końca. — Tutejsze wino bije na głowę każde, które dotąd piłam. Przybyliśmy w tajemnicy dość dawno, lecz na początku nikt nie chciał ojca słuchać. Ot wariat z głupimi pomysłami, jednego dziwaka się pozbyli, dlaczego więc mieli kolejnego przyjmować? Wszystko się zmieniło po tym, jak Utaria uczyniła masakrę z wojaków oponenta, używając do tego niewidzianej wcześniej broni. Minister działając na własną rękę, przyjął nas od razu, zlecając skonstruowanie nowego oręża, mając nadzieję, że uszczęśliwi tym pana.

— Jesteś pewna, że możesz mi o takim czymś mówić? — Dziwił się jej wylewności, poznali się raptem godzinę temu.

— Wybacz, znalazłam pierwszego rozmówcę, który zamiast wylewać oczy w dekolt, spogląda w stronę twarzy. To niezwykły rarytas w tym mieście, gdzie kobiety pałają do mnie nienawiści, a mężczyźni ślinią się, jak głupi. — Oparła się o filar i spoglądała w sufit. — Zresztą nawet w łaźni usłyszysz lepsze plotki, zalani szlachcice też nie kryją wiele. Sam nie wiem, jakim cudem Dragonia przetrwała, jako jeden z najsilniejszych krajów, skoro władca obawia się szlachty i pozwala im tworzyć Radę Królewską. Władza absolutna, też mi coś. Eh znowu odbiegłam od tematu, a ty nadal nie się nie przedstawiłeś.

— Jestem Thomas Wright z Cardberry, syn Jamesa i Marii. — Uśmiechnął się przepraszająco. — Wybacz, od maleńkości wpajali nam takie przedstawianie.

— Thomas, ciekawe imię, można, by powiedzieć, że idealnie pasujące do błękitno-krwistego.

— Rodzice nie mieli problemu z jego wybraniem. — Upił łyk z pucharu. — Więc nie jesteście stąd? Dziwne, że Utaria pozwoliła wam odejść.

— Nie obyło się bez rękoczynów i polanej krwi, ale uciekliśmy. — Zamówiła kolejną porcję wina i splotła palce, oparła na nich głowę. — Mój kochany ojciec Henryk to typowy przykład głupiego idealisty, uważa, że każdy kraj powinien mieć równe szanse i wygrywać odpowiednią taktyką. Głupie, co nie?

Wright nie odpowiedział, w ciszy spoglądał na dziewczynę. Coraz częściej łapał się na czerpaniu radości ze słuchania jej słów. Widocznie brak kobiety i to od dłuższego czasu dawał o sobie znać, jednak nie czas na rozkosze ciała. Musi skupić wszelkie swe myśli na alchemii, co jednak nie znaczy, że nie może prowadzić przyjemnej rozmowy.

— Co tak milczysz? — Wino zaczynało ciążyć na jej głowę. — A milcz sobie, na czym to ja skończyłam? A już wiem, no więc przybyliśmy do Dragonii, po drodze zabijając paru Utariańczyków i zaczęliśmy pracę. Co by nie mówić o waszych generałach, tak rzemieślników macie świetnych. Dzięki planom szybko zabrali się do roboty i po kilku dniach uzbroiliśmy tutejszy garnizon. Całe szczęście, że tu pracujemy, a nie w stolicy. Tam dopiero byłoby żołnierzy. — Na chwile zasnęła, a jej oczy zasłoniły, opadające piękne włosy. Ocknęła się po chwili. — Różnica między bronią Utarii, a Dragonii jest mały kapiszonek zamiast kółeczka. Rozumiesz? Jeden mały przedmiot, a robi różnicę.

Spojrzał na wyczerpaną walką z alkoholem Eli, teraz nawet rycząca bestia nie obudziłaby ją z winnego snu. Podszedł do niej i delikatnie podniósł ją. Tylko pytanie, gdzie ona mieszka? Z tym problemem opuścił gospodę, tutejsi bywalcy spoglądali pazernym wzrokiem na nieprzytomną. Znalazł się na pustej ulicy, tylko świerszcze grały swą pieśń przy świetle księżyca. Nie spodziewał się, że rozmowa pochłonie tyle czasu. Matka go zabije.

W tym momencie podjechała ciemna kareta, zupełnie niezwracająca uwagi, ani swym wyglądem, ani hałasem. Drzwiczki otwarły się cicho, a z wnętrza wyskoczyły dwie kobiety.

— Proszę nam panienkę podać — rzuciła cicho starsza.

Thomas kątem oka zauważył eskortę, czarne zbroje, zamaskowane twarze. Brutale ze specjalnej jednostki, lepiej im zejść z drogi, lubują się w bezpodstawnej przemocy. Oddał nieprzytomną w ręce kobiet.

— Panienko, przecież pan Henryk mówił, żebyś tyle nie piła. Nie będzie zadowolony — Pokojówka skierowała swe słowa do Eli, po czym zamknęła karetę i ruszyli z kopyta.

Wright popatrzył zdezorientowany wokół, jak on teraz wróci do automobilu? Znał centrum, ale w tej dzielnicy jeszcze nie był.

— Paniczu Thomas. — Usłyszał głos z daleko.

— Winstonie? A skąd ty się tu wziąłeś? — Zdumiał swe oblicze, widząc znajomą sylwetkę.

— Paniczu, żyje w tej okolicy już tyle lat, że znam każdy kamyk na pamięć. Trochę mi zajęło znalezienie pańskiej osoby, ale udało się. W międzyczasie zawiozłem zakupy do domu, umieszczając wrażliwe produkty w piwnicy. Pańska matka nie będzie sprawiała problemów, powiedziałem, że spotkał pan starego przyjaciela i zasiedział się z nim. Lady trochę pokrzyczała, ale teraz pewnie już jej przeszło.

— Jesteś skarbem Winstonie. Gdzie zaparkowałeś?

— Bardzo mi miło paniczu. Automobil jest niedaleko. — Wskazał ręką na pojazd w oddali. Thomas lekko wzdrygnął się, powrót w tych ciemnościach będzie niesamowitym przeżyciem, o ile przeżyją.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Tomasz Bordo 2 miesiące temu
    Krajew miło że mimo wyrzucenia z prawicy skrytykowałeś antypolski tekst Aisak.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania