Zmierzch Ostrza – Rozdział 11

Kolejna wizyta w mieście nie leżała zupełnie w planach Thomasa. Wolałby poćwiczyć alchemię, by ograniczyć możliwe błędy w czasie próby uleczenia brata, ale bez odpowiedniego ekwipunku mógł pomarzyć o zdobyciu najważniejszego składnika. Dlaczego musi to być akurat to? Czy w tej całej sztuce wszystko jest złożone z najdziwniejszych i najniebezpieczniejszych części?

Snuł się, jak duch po domu dochodząc do siebie po kazaniu matki. Wiedział, że łatwo pieniędzy nie da i trzeba będzie znieść wiele trudów, nim dojdzie do przekazania złota. Przypuszczenia w stu procentach poprawne, dwie godziny wyjaśnień, kolejne na wysłuchaniu jej wątpliwości, niedowierzania, przestróg, aż w końcu po jeszcze jednej zaakceptowała prośbę, nie szczędząc przy tym licznych słów. Jeśli wszystkie kobiety takie są, to na pewno będzie sam, nie wytrzyma tego mielenia jęzorem przez całe życie.

Z obciążoną złotym kruszcem kieszenią minął pokój Edmunda, rozmyślając nad kolejną nieprzyjemną podróżą automobilem. Nad tworzeniem tego cholernego ustrojstwa na pewno czuwał jeden z demonów, to nie mógł być twór człowieka.

— Bracie, bracie. Poczekaj chwile. — Usłyszał głos i skrzypnięcie kół. — Słyszałem, że jedziesz do miasta, zabierz mnie ze sobą. Jest nowy właściciel sklepu z książkami, ponoć w porównaniu do swego poprzednika sprowadził masę nowych tytułów.

— Niestety, młody nie mogę. Jadę tym ustrojstwem, a tam nie będzie miejsca na wózek.

Na twarzy inwalidy pojawił się smutek, pewnie miał dość siedzenia w domu.

— To weź wóz. — Z biblioteki wyszła Lady.

— Wozem? Przecież Winston mówił, że nie wypada tak podróżować szlachcicowi. — Thomas wolał nie brać krewniaka, co z nim zrobi w czasie zakupów?

— Winston zapomina, że jesteście młodzi i dodatkowo głową rodziny jestem ja, więc to ode mnie zależy prestiż rodu. — Maria, jak zwykle była elastyczna i zaradna, nic dziwnego, że mimo bycia kobietą, budziła szacunek u innych szlachciców. — Położymy jakieś tkaniny, to nie pobrudzicie ubrań. Edmundowi dobrze zrobi mała wycieczka. A może nie chcesz go wziąć z innego powodu?

— Coś insynuujesz matko? — spytał, patrząc na nią badawczo.

— Czasem zaskakujesz mnie swym słownictwem synu. Coś jednak odziedziczyłeś po Jamesie. — Ręką pogładziła go po czuprynie. — Za dużo myślisz chłopcze. Chodzi mi o dziewczynę, może umówiłeś się na jakąś schadzkę?

— Mamo! — Westchnął zrezygnowany.

— Czyżby spotkanie z chłopcem? Wiesz, ja jestem tolerancyjna i kocham cię takim, jakim jestem. Wprawdzie ksiądz będzie się dziwnie patrzył, a ja liczyłam na wnuki...

— Dobra zabieram go i jedziemy wozem. Zadowolona?

— Edmundzie tylko pamiętaj założyć odpowiednie ubrania, mimo wszystko choć trochę musicie wyglądać elegancko. — Pocałowała obu w policzki. — Ja idę, ponoć nasza Betsy urodziła uroczego cielaka, wszyscy mówią, bym go zobaczyła. — Po chwili już jej nie było.

Starszy Wright wzruszył ramionami w geście rezygnacji, nigdy nie wygra z matką, nawet największego mówcę wywiodłaby w pole.

— Gotowy?

— Już przyszykowałem sakiewkę i przebrałem się. — Uśmiechem rozświetlił swe blade oblicze. Ruszyli w stronę wozu, przygotowanego przez lokaja.

— Winstonie mam nadzieję, że będziesz powoził. Wolałbym, by ktoś miał zwierzęta na oku, wielu ludzi łapy świerzbią.

— Ma się rozumieć paniczu — odpowiedział starzec. — I tak muszę przywieźć trochę materiałów, ostatnia burza uszkodziła dach kaplicy.

— Jakieś poważniejsze uszkodzenia? — Kolejna potencjalna praca, która odciągnie go od alchemii.

— Wnętrze nie tknięte, tylko małe dziury, które z łatwością da się załatać. Już znalazłem nawet ludzi do tego.

Zapakowali inwalidę na pakę oraz jego wózek, Thomas zajął za nim miejsce i ruszyli drogą. Krajobraz powoli ulegał zmianie, pola zaczęły ustępować drzewom, a bezchmurne niebo zasłaniały gęste gałęzie i zielone listowie, tylko światło nieśmiało raziło między nimi.

— Bracie, dlaczego nie powiedziałeś mi prawdy? — spytał blondyn. — Matka mi wszystko powiedziała.

Thomas poczuł, jak poci się intensywnie. Czy ta kobieta zdurniała? Jak mogła powiedzieć mu absolutną prawdę bez konsultacji z nim.

— No wiesz o tym, że na ostatnim piętrze ojciec miał ogromną pracownię z mnóstwem książek i antyków. Był uczonym, a nie wojownikiem. Czyżbyś skłamał, bym nie poczuł się smutny?

Kamień spadł z serca, więc o to mu chodziło.

— Jakbym ci powiedział prawdę, to wyglądałbyś, jak smutny szczeniak i prosiłbyś, bym ci te opasłe tomiska znosił na dół. — Dalsze nużenie się w kłamstwie. Powinien powiedzieć mu prawdę, niż wymyślać takie bzdurne tłumaczenia.

— A jednak mogłeś, książki ojca nie interesują mnie. Nudne, słabo napisane i za bardzo przyziemne. Opasłe tomiska opowiadające o nowych światach, stworach i licznych przygodach, to jest to, a nie grube referaty, czy należy traktować tego owada i tego za takiego i takiego, czy król taki i taki mógł zrobić to, a nie to.

— A skąd mam wiedzieć, dla mnie książka to książka, masa liter i bełkotu.

— Nieprawda... — Dalsza droga upłynęła na przekonywaniu starszego o wyższości lektury nad treningiem fizycznym i wyśmianiu tych argumentów przez Thomasa.

Dotarli w porze wielkiego ruchu, nic się tu nie zmieniło, wciąż śmierdziało i było pełne ludzi, widocznie tak, wyglądał każdy dzień tutaj. Walczyć w tłumie to nic trudnego, ot starasz się, by przeżyć, ale przebywanie wśród masy ludzi jest upierdliwe. Wrzaski, odór, popychanie, wyzwiska i brak swobody. Kto zdrowy na umyśle chciałby tu mieszkać? Pozostawili Winstona i udali się w tę ciżbę, chociaż każdy krok zajmował więcej, niż można było przypuszczać. Nawet wózek z inwalidą nie powodował swobodnego przemieszczania z punktu do punktu. Starszy Wright powoli miał dość, nigdzie nie widział odpowiedniego sklepu, a nacierający ludzie prawie wywrócili Edmunda. Wściekłość powoli narastała, a w myślach jawił się obraz jego z długim, dwuręcznym mieczem wycinającym nim drogę.

— O czy to nie panicz Wright? — Usłyszał ironiczny, znajomy głos, który prawie ginął w miejskim hałasie.

— A czy to nie nasza miłośniczka wina? Ostatnio roztarliśmy się w dość dziwnych warunkach. — Odwrócił się do dziewczyny, stojącej nieopodal. W słońcu jej włosy niemal płonęły swą barwą, a odpowiednie dobrane ubrane podkreślało ponętną sylwetkę.

— To nie było miłe. — A co to za słodki blondyn? — Pochyliła się nad Edmundem.

— To mój brat. Lepiej wyprostuj się, inaczej zaraz mu oczy wyskoczą. — Cofnął wózek lekko. — Taki dekolt do takiego nieimponującego biustu? Widzę, że masz niezachwianą pewność siebie.

— Tylko eksponuje swoją urodę, zresztą nie chciałabym większych. Zbędny ciężar i dodatkowy kawał mięsa. — Wyprostowała się i spojrzała na Thomasa. — Zamiast gadać o cyckach, powiedz lepiej, czego szukacie. Znam to miasto, jak własną kieszeń, jest o wiele mniej skomplikowane, niż stolica Utari. Na pewno nie wybraliście się w taki gorąc na wycieczkę, więc czego potrzebujecie?

— Jest to jakiś kram z bronią albo sklep dla myśliwych? — Przyjął jej pomoc z ulgą, szukanie w takim upale i liczbie osób podwajało męki.

— Było tak od razu. — Kiwnęła na nich ręką. — Chodźcie za mną.

Poprowadziła ich ku drugiej stronie, gdzie na całe szczęście okazało się luźniej. Thomas łapał się coraz częściej, że spogląda na dolną cześć ciała swej przewodniczki. Nie bez powodu przyciągała wzrok mężczyzn z miasta.

— Jesteśmy na miejscu. — Przed oczyma stanął budynek z dziwnym szyldem. Był na nim miecz, skrzyżowany z czymś dziwnym. Weszli do środka.

— Witam panienko — Powitał dziewczynę jeden z pracowników.

— Jak tam Lionelu sprzedaż? — Wyglądało, jakby Eli znała bardzo dobrze to miejsce.

— Ostrza idą, jak świeże bułeczki — Wskazał na ludzi, oglądających broń białą. — Gorzej z wynalazkami panienki ojca. Każdy patrzy krytycznie na broń palną, uważają ją za oręż demonów, ale przybyło również kilku szlachciców, więc jesteśmy dużo na plusie.

— Bardzo dobrze. Jakby co, będę na zapleczu z moimi gośćmi. — Wskazała na młodzieńców, by podążali za nią.

— Zrozumiałem panienko.

Zaprowadziła ich na tyły, gdzie zasiedli przy drewnianym stole.

— Więc czego dokładnie potrzebujesz? — spytała, nalewając wina i dosiadając się.

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Tomasz Bordo 3 miesiące temu
    Fajne ale kiedy cienie przeszłości?
  • krajew34 3 miesiące temu
    Nie są uwzględnione w planach oraz nie są moją serią. Dzięki za wpadniecie.
  • Tomasz Bordo 3 miesiące temu
    krajew34 jak to nie twoją? A kto to pisał?

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania