Zmierzch Ostrza – Rozdział 17

Rehabilitacja trwała w ukryciu już któryś tydzień, sama Lady tak zadecydowała. Nie ma nic gorszego niż wieśniak z przydługim językiem, rozpowiadający wszystkim o cudzie panicza. Ludzie porzuciliby swoją pracę, gromadziliby się przy posiadłości, Edmund potrzebował teraz spokoju i cierpliwości, a nie rozgardiaszu i chaosu.

— Posiadłeś umiejętności ojca, synu. — Wraz z Thomasem obserwowali postępy najmłodszego krewniaka, trenującego w asyście zaufanych lokajów. Z tyłu domu prócz zielarni, znajdował się ogrodzony wysokim płotem placyk, niedostępny dla wścibskich oczu, tu właśnie upadał i wstawał, powracający do zdrowia młodzieniec.

— Nic takiego nie zrobiłem — odpowiedział mrukliwie. — To głównie zasługa demona.

— Wielkie rzeczy zaczynają się od malutkich kroczków. James zawsze powtarzał, że w alchemii ważny jest każdy szczegół. Wszystko się udało, czyli nic nie zepsułeś, doceń to. — Lady jak zwykle nie próbowała być delikatna.

— Niezły optymizm schowany w pesymizmie. Uwielbiasz żonglować słowami, czyż nie, matko?

— My kobiety posiadamy słabe ciała, wiec używamy tego, co dał nam pan Bóg. Sprytu i rozumu, nawet nie wiesz, ile narodów było tak naprawdę rządzonych z ukrycia przez niewiasty, ile mężczyzn upadło tylko przez nasze słowa. Stąd takie nasze upodobanie do żonglowania nimi. W pracy alchemika wiele razy zdarzy ci się stanąć oko w oko ze stereotypami i pokusą oceny pierwszego spojrzenia, twoim zadanie będzie podążać drogą prawdy i oczyścić jej ścieżkę z pnączy kłamstw i cienia nienawiści. Ludzie to nędzne istoty, skłonne do słabości i fanatyzmu, w tym, co robią i w to, co wierzą. Nawet jeśli masa z nich mówi to samo, nie znaczy to, że prawda stoi między nimi. Istoty magiczne mimo wszystko mają prawo żyć, nie zależnie czy się komuś to podoba, czy nie. Dopiero gdy granica zostanie naruszona, można użyć ostatecznych środków. — Odstawiła ulubioną powieść na stolik i wstała z misternie wykonanego srebrnego krzesła.

— Czytasz zbyt dużo książek, matko.

— To moje okna na świat, odkąd musiałam stać się głową rodu. Obowiązki pożerają wszelkie przyjemności. Winstonie! — krzyknęła do starego sługi. — Zostaw już panicza, zaraz będą mieli gościa. Możesz już wracać do swoich obowiązków wraz z innymi.

— Według rozkazu, lady. — Skłonił się i powrócił do domu z pozostałymi.

— Gościa? Czyżbyś nam coś zaplanowała, matko? — spytał Thomas, pomagając bratu usiąść.

— To tylko kobieca intuicja, nic więcej. Powodzenia, chłopcy. — Odeszła w stronę posiadłości, bez żadnego tłumaczenia. — Spakowałam do waszych plecaków to, co potrzebne. Twoja alchemiczna walizka stoi obok. Napełnijcie mnie dumą, moi kochani synowie. — Po czym zniknęła w środku.

— Wiesz, o co chodziło matce? — Zadał pytanie Edmund.

— Jak zwykle nie. Strzeżcie się kobiet, te istoty są gorsze od wszelkich demonów, znają serca i umieją uderzyć w odpowiednie struny duszy, kierując nierozważnych na bezdroża.

— To z cytat z Niebieskich Wzgórz. Czytałeś, bracie?

— Gdzie tam. — Położył mu rękę na głowie. — Kiedyś umawiałem się z taką jedną, lubiła książki i opowiadać o nich, jakimś cudem zapamiętałem to zdanie. Nie licz, że ktokolwiek odmieni moją niechęć do stron pełnych słów.

Sielankowa atmosfera zaczęła gęstnieć, lecz to nie przez któregoś z Wrightów. To ciężkie uczucie dochodziło od strony furtki, prowadzącej do lasu. Coś lub ktoś zmierzało do nich. Potwór? Nie, raczej nie. Demon na pewno, by wspomniał o jakimkolwiek zagrożeniu? A co jeśli prowadził nieczystą grę? Na dodatek jego miecz był złamany, nie stawi czoła żadnemu zagrożeniu. Thomas zacisnął zęby i wpatrywał się w drewniany, wysoki płot, kalkulując zagrożenie. Napięcie powoli rosło, a klamka furtki powoli opadała w dół. „Zaatakować? Spróbować zablokować wejście?”, myślał gorączkowo. Promienie słońca zbladły, a świat nabrał, jakby złowieszczych barw. Nienaoliwione wejście głośno zaskrzypiało i zaczęło uchylać rąbku tajemnicy.

Najpierw zobaczyli obandażowaną dłoń, pchającą drewniane wrota, później cielsko ukute w długi, skórzany płaszcz koloru najczarniejszej z nocy. Postawił stopę na przystrzyżonym dokładnie trawniku, momentalnie pod butem zaczęło wszystko więdnąć, nic nie mogło przeżyć w kontakcie z tajemniczym osobnikiem, przynajmniej tak podpowiadał rozum Thomasowi. Mimo to nie potrafił zmusić się do ucieczki, czy zaatakowania potwora. Czyżby to był strach?

Wright spojrzał na drżące nogi, tak opanowało go przerażenie, zamrażające wszystko prócz płochliwego myślenia. „Dalej ruszajcie, durne kończyny”, próbował zmusić się do jakiejkolwiek czynności. Bezskutecznie. Zabandażowana postać powoli nadchodziła, znacząc wypalonymi śladami swoją wędrówkę.

— Thomasie Wright, Edmundzie Wright. — Głos przeszywający aż do szpiku kości, mroźny niczym północne lodowce rozbrzmiał po okolicy. Nawet echo zdawało się tylko po cichu powtarzać jego słowa. — Zostaliście wybrani, jako rekruci do Stowarzyszenia Alchemicznego. Ty Thomasie jako ręka sprawiedliwości, a ty Edmundzie jako Wszechwiedzące Oko mające go wspierać. Przeszliście już dwa testy. Nie zaatakowaliście mnie bezrozumnie i nie uciekliście w popłochu, choć zapewne możecie zrzucić to na strach. — Tu wymownie spojrzał na starszego z braci. Przynajmniej tak to wyglądało, zważywszy, że spod zasłaniającego twarz płótna nic nie było widać. — Poznanie lęku i jego pokonanie to pierwszy krok do wielkiej sławy i potęgi. Tylko głupiec rzuci się bezmyślnie na przeciwnika, nie wiedząc, czy naprawdę nim jest. To nic upokarzającego zaznawać tego uczucia, kluczem, by zapanować nad tym. Drugi egzamin byłby teoretyczny, sprawdziłbym twoje umiejętności w zakresie eliksirów, ale i ten już przeszedłeś. Udana trudna operacja i to słuchając tylko dość skromnych wyjaśnień i rad demona, to naprawdę czyn godny podziwu. Pozostały ostatnie drzwi, abyś został strażnikiem równowagi.

— A co ze mną? — wtrącił młodszy. — Nie muszę nic zdawać?

Starszy uderzył się w czoło. Nie mógł siedzieć cicho?

— Od dawna mamy cię na oko, drugi synu Marii. Wiemy, że odpowiednio wspomożesz swego krewniaka, gdy przyjdzie pora. Dam ci jednak jedną radę, marzycielu. Głód wiedzy jest szlachetnym pragnieniem, lecz jeśli nie stanie ramię w ramię z ostrożnością, szybko wywiedzie cię na bezdroża i pochłonie, niczym nienasycona ciemność małego świetlika. A ty dziedzicu. — Zwrócił się ponownie do posiadacza demona. — Dostaniesz pierwsze zlecenie, które ostatecznie sprawdzi, czy nadajesz się do powierzonej roli. W mieście Wolfstein grasuję niebezpieczny potwór, zatapia swe kły w ciele ofiar i wysysa z nich krew, pozostawiając rannych na skraju śmierci. Jeszcze nikt nie umarł, ale to kwestia czasu. Pozostawię ci drobną wskazówkę. Nie wszystko, co się świeci, jest złotem i nie każda ciemność zwiastuje zło. — Zakończył wypowiedź i odwrócił się do nich tyłem. Nim zdążyli mrugnąć, już go nie było. Zagadkowy i mroczny poseł...

— Ale fajnie, czeka nas polowanie na wampira. — Na Edmundzie wizyta Upiora nie zrobiła żadnego wrażenia. Dziwny dzieciak.

— Wampir? — Zdziwił się Thomas.

— Nie słyszałeś o nich? No wiesz, nie lubią słońca, mają potworną siłę i szybkość, zmieniają się w nietoperze i żywią się ludzką krwią.

Brzmiało to, jak jedna z okropnych bajek, opowiadana przez ojca. Lubił on tak dręczyć chłopców, wszystko się zmieniło, gdy usłyszała o tym matka. Jeszcze takiej awantury i tylu lecących przedmiotów nie widzieli. Po wszystkim trzeba było wyremontować pokój. Gniew obecnej głowy rodu jest niedopisania i lepiej jej nie prowokować.

— Młody, ty nie odczuwasz strachu, czy też obawy, przed tym, co mamy zrobić?

— Czuje tylko podniecenie. Zobaczę stwory, o których mogłem tylko czytać. Czy to nie wspaniale?

— Tak, tak — odpowiedział mu szybko. — Gdzie jest to miasto Wolfstein?

— Bracie nie rozśmieszaj mnie, naprawdę nie wiesz? — Spojrzał na niego ze zdziwieniem.

— Nie, naprawdę nie wiem.

— Byliśmy tam nie dawno, kupiłeś u Elizabeth broń i inne rzeczy.

— Nie okłamujesz mnie? — Nigdy się nad nazwą nie zastanawiał. Zawsze było, jedziemy do miasta i tyle.

— Oj bracie, mieszkasz tu od urodzenia i nie wiedzieć, że tuż obok leży Wolfstein. Przecież to tak nietutejsza nazwa...

— Marudzisz. Rusz lepiej swój szanowny zad. Czeka nas długa droga na piechotę.

— Na piechotę?

— Przynajmniej poćwiczysz ciało, dalej młody, czas ucieka. — Wstali i skierowali się po spakowane bagaże. Thomas spojrzał ostatni raz na dom, kto wie, kiedy tu wrócą. Raczej wątpił, by ukończywszy zadanie, wrócili ot tak tutaj. No cóż, coś się kończy, coś się zaczyna.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania