Zmierzch Ostrza – Rozdział 10

Mijał już tydzień, odkąd przebudził się z alchemicznego snu. Przez pierwsze dni nie mógł poruszyć ani jednym mięśniem, każdy ruch powodował ból, przytłaczający ciało. Matce wmówił, że to przez nadmierny trening, choć sam nie wiedział, czy uznała to za prawda. Tak czy siak, odpuściła z jakimikolwiek pytaniami, sprawdzając codziennie, jak się czuje. Kolejne kłamstwa wobec najbliższych, coraz bardziej żałował powrotu z wojny. Tam wszystko było proste, zabijasz albo giniesz, bez słów, bez myśli.

Oprócz tego w głowie wciąż dzwoniły słowa demona. „A co jeśli Edmund rzeczywiście jest na skraju, gotowy popełnić jakieś głupstwo? Nie potrafi pocieszać, czy krzepić rozmową, jest tylko wojownikiem, lubującym się w ostrzu. Wroga wystarczy zabić, dziewczynę spławić, a brata? Cholera, że też życie nie jest takie proste”, prowadził wewnętrzny monolog, leżąc na gęstej trawie niedaleko domu.

— Tu jesteś Thomas. — Nadjechał młodzieniec, prowadzony przez Winstona. — Myślałem, że nie żyjesz, tyle czasu cię nie widziałem.

— Wybacz młody. Przesadziłem z testowaniem broni ojca, nie wiedziałem, że to będzie takie ciekawe. — Spojrzał przed siebie i zauważył niemal przezroczystą nitkę, wijącą się bez początku i końca. Czyżby od słońca dostał jakichś halucynacji? — A tak w ogóle co tutaj robisz? Tak daleko od biblioteki, potrafisz obyć się bez książki?

— Na pewno na tyle, co ty bez miecza u boku. — Lokaj zostawił wózek i odszedł, pozostawiając braci samych. — Mama powiedziała mi, bym ruszył się trochę na świeże powietrze, zamiast ciągle siedzieć między starymi i zakurzonymi tomami. Nie ma litości, nawet dla kaleki, czasem naprawdę powątpiewam, czy ojciec nie miał skłonności masochistycznych, zawierając z nią małżeństwo.

— Kto tam wie. On zawsze bywał ekscentrykiem, bądź co bądź, każdą kłótnię ze żoną przyjmował z uśmiechem na twarzy. — Zabrzmiał śmiech obu, niesiony przez echo.

— Powiedz Edmundzie, co byś zrobił, gdybyś znów mógł chodzić? — spytał po chwili ciszy.

— Hm... Pewnie zacząłbym podróżować. — Na bladej twarzy wykwitł uśmiech.

— Ty i podróże? Już samo wyciągniecie twego zada na wojnę, było cudem. Całe szczęście, że czytałeś jakieś durne wiersze, które opisywały ją w sposób romantyczny i fantastyczny.

— Jedna z książek, która nie powinna znaleźć się w moich rękach.

Nastała niezręczna cisza, „Zawsze coś muszę palnąć”, jęknął w duszy.

— Nie zadręczaj się bracie — rzekł po chwili młodszy Wright. — Nigdy nie winiłem cię za moje kalectwo. Każdy człowiek ma swój rozum i nie powinien, jak ślepy koń podążać w ciemno. Szczególnie, jak się jest upojonym lukrowaną fikcją rzeczywistości. Stało się, lecz nie żałuję opuszczenia domu. Ja zwykły, cichy chłopak, otoczony różnymi napisanymi światami, w końcu zaznałem prawdziwego życia. Wyprawy do tawern, ucieczki przed wściekłymi ojcami dziewczyn wczesnym rankiem, czy wspólna walka z towarzyszami. Wspaniałe wspomnienia, warte gorzkiego końca.

Thomas dostrzegł ciemny opar, oplatający uśmiechniętego brata. Czyżby to właśnie była ta zła energia? Jeśli tak, to jakim sposobem ją widzi? Pewnie to wina tego eliksiru "otwarcia". Nie mógł zostawić go w tym stanie, był mu winien wiele, choćby wymagało to poświecenia własnej duszy. W tle majaczyły ciemne chmury, zwiastujące zmianę pogody.

— Wracamy, młody. — Chwycił za tył wózka. — Szykuję się niezła ulewa albo i coś gorszego, patrząc na nadchodzące chmury. — Bez odrobiny wysiłku przetransportował brata do domu, gdzie zostawił inwalidę w jego pokoju. Pożegnał go i wrócił do swoich zajęć.

— I co zdecydowałeś? — odezwał się Lucyfer, gdy Wright wchodził po schodach.

— Nie teraz — syknął. — Co muszę zrobić, by wyleczyć Edmunda? — spytał, gdy weszli na ostatnie piętro.

— To nie będzie łatwe. — Demon przybrał formę ludzką, wychodząc ze znamienia. — Kluczem jest specjalna rama, która wzmocni i naprawi, co trzeba. W skrócie to po prostu kawałek żelastwa z odpowiednio wyrytymi runami i ze specjalnego materiału wniknie w ciało twego krewniaka i uzdrowi ciało.

— W czym problem? Kowal wykuje to, co potrzeba, a resztą zajmę się z twoją pomocą.

— Gdyby to było takie proste, ludzie nie oznaczyliby tego zaklęcia zaawansowanym.

— Zaawansowanym? Chcesz, bym zabił brata jakimś błędem albo innym potknięciem? — Zaczął mieć dosyć demona i tych jego pomysłów.

— Ponoć złość piękności szkodzi, ale patrząc na ciebie, nie grozi ci to. — Rozsiadł się na zakurzonym krześle, podpierając ciało laską. — Z moją pomocą będzie to łatwe, jak ukradniecie dziecku lizaka. Wykonuj polecenia dokładnie, a Edmund znów będzie normalnie chodzić.

Lucy drażnił niesamowicie starszego Wrighta, ten dziwny styl ubierania, mówienia i arogancja doprowadzała do furii.

— Co muszę zrobić? — Westchnął zrezygnowany.

— Wreszcie coś mądrego z twych ust. — Uśmiechnął się. — Potrzeba nam kręgosłupa jaszczurki.

— Czego? — Myślał, że się przesłyszał.

— No wiesz. Taka długa kość.

— Wiem, co to jest, lecz po co? Chcesz go zmielić i przerobić na eliksir? — Coraz więcej wątpliwości wzbudzał plan.

— Głupcze! — Thomas poczuł uderzenie w głowę. — Nie chodzi mi o normalnego gada. W alchemii nie zrobisz dobrego zaklęcia, używając normalnych składników. Owa jaszczurka ma ponad dwa metry długości, zacisk szczęki mogący jednym klapnięciem odgryźć ci rękę i porusza się bardzo szybko. I przede wszystkim jest mięsożerna, zamieszkuje głównie lasy pełne many. Czatuje, ukryta pośród listowia i innego zielska, przeważnie zadowala się dzieckiem, albo polówką dorosłego.

— I co miałbym zrobić z tą bestią? Zabić? Oswoić?

— Zlikwidować tak, by kręgosłup w odpowiednim odcinku był nietknięty. Będzie idealną ramą.

— Zaraz, zaraz. Mówiłeś o żelastwie, a nie kościach.

— Nieważne, zobaczysz później. Najpierw musimy cię przygotować do łowów, z gołymi rękoma to może ci się nie udać.

— Będę musiał wziąć złoto od matki... — Perspektywa proszenia o jałmużnę niezbyt pasowała do jego wizerunku. Czort z tym, na przyszłość trzeba będzie pomyśleć o jakimś zarobku. Szykuje się kolejna wyprawa do miasta Zamilknąwszy, skierował swe kroki w stronę biblioteki, w głowie układał plan przekonania rodzicielki. Eh, już wolał pokonywać wroga, niż toczyć takie walki. Kiedy wreszcie coś zacznie się dziać?

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania