Poprzednie częściZmierzch Ostrza – Rozdział 1  

Zmierzch Ostrza – Rozdział 2

Biegł, jakby go samo licho goniło. Gałęzie raniły twarz i ręce, a nieznośny ból w ramieniu doprowadzał do skraju obłędu. Ukrył się za drzewem, do jego uszu dobiegły odgłosy wycinania w pień uciekinierów. Ulubiona zabawa lekkich jeźdźców, godna tchórzy i zdrajców. Skręcił w drugą stronę, potykając się o wystający korzeń. Sam nie wiedział, gdzie ma teraz się udać. Wprawdzie książę mówił o posiłkach od swoich braci, ale brzmiał zupełnie niewiarygodnie, tracąc przedtem zbyt wielu ludzi bez żadnego sprytnego planu. Właśnie, ciekawie co z Edmundem? Wzgórza również zostały pożarte przez ogień i dym.

– Obyś przeżył bracie, pupilku mamy. – pomyślał. – Nie wiem, jak jej wytłumaczę twoją śmierć.

Chwile poczekał i krzywiąc się z bólu, ruszył dalej. Musiał szybko coś zrobić z tą raną, inaczej mógł pożegnać się z ręką. Jedynym rozwiązaniem był przypalenie jej, ale skąd w ciemnym lesie ogień? Bez krzesiwa czy krzemienia, pozostała ostateczna metoda, lecz wpierw musiał znaleźć bezpieczne miejsce.

Błąkał się po ciemnym gaju, wyczerpany i przerażony. Jego ciało opanowały dreszcze, świadczące o nadchodzącej gorączce, widmo śmierci urosło do niespotykanych rozmiarów, a śmierć wesoło szczerzyła się, zaciskając kościste ręce na kosie. Wiedział, że już po nim, lecz cóż to? Spojrzał przed siebie, nie wierzył własnym oczom, przez listowie przebijały liczne kolory różnych namiotów. Czyżby wzrok oszołomiony chorobą, płatał mu figla? A może wróg rozbił swe obozowisko, a jego czeka zagłada? Podszedł bliżej, a jednak biały dumny lew na błękitnym tle, majaczył na wbitej na środku placu fladze. Ryzykując strzał, pokuśtykał do strażnika.

— Stój! Kto idzie? — Zawołał rycerz w płaskim, garnkowym hełmie.

— Jestem Thomas Wright, szlachcic z Cardberry. Jestem ciężko ranny, potrzebuje pomocy. — Bardziej wychrypiał, niż powiedział.

— Cardberry kojarzę, lecz nie mogę cię wpuścić bez zgody przełożonego. Kto wie, czy jakieś zarazy nie przyniosłeś. — Trzymał go na odległość włóczni. — Henry! — zawołał do drugiego. — Idź no po sierżanta! Jakiś maruder się trafił.

Po kilku minutach jego kolega powrócił z wąsatym jegomościem z wielkim herbem na piersiach.

— Czego mi dupę zawracają? — spytał, bawiąc się wąsem.

— Sierżancie, ten gagatek wyszedł z lasu i twierdzi, że jest szlachcicem.

— Przecie widzę, że to nie krasnoludek. Wezwaliście mnie tylko po to? — Na brodzie widniały resztki jedzenia, zapewne został oderwany od posiłku.

— Nie wiemy, czy go wpuścić... — Niepewnie wtrącił Henry.

— Tylko jeden, ranny i brudny, jak prosię. Na pewno sprowadzi na nas kłopoty. Czy wy macie mnie za durnia? — Z normalnego głosu przeszedł na krzyk.

— Nie, sir. — Strażnicy byli zmieszani. — A jak jakieś choróbsko przywiódł?

— A od czego jest nasz królewski cyrulik? Cały czas twierdzi, że jest wyjątkowy, zaprowadźcie tego nieboraka do niego, a nie dupę zawracają pierdołami. Mam obowiązki do wykonania! — Odwrócił się na pięcie i odszedł.

— Co robimy Wiliamie? — spytał młodszy.

— Nie słyszałeś rozkazów? — odburknął. — Chodź z nami. Tylko nie próbuj przybliżać się.

Thomas ledwo kontaktował z rzeczywistością, jawa mieszała się z przywidzeniami. Ruszył za kolorowymi rycerzami, mijając ćwierkające namioty.

— Co wy do diabła robicie? — Zabrzmiał arystokratyczny głos.

— Sierżant rozkazał, by przyprowadzić.

— Przyprowadzić? — spytał ironicznie. — Przecież on ledwo chodzi. — Podszedł do Wrighta i rozszerzył mu oczy. — Kostucha niemal puka do drzwi. Powiedzcie mi, że jest to wróg...

— No... — Spojrzeli na siebie.

— Zejdźcie mi z oczu patałachy. Więcej rozumu ma krowa na polu niż wy. Bliźniaki przynieście nosze! — rzucił do swych asystentów. — Nie możemy przeciążać jego organizmu.

Thomas poczuł, jak jest układany na czymś wygodnym, był tak oderwany od rzeczywistości, że widział puszyste króliki, biegające wokół.

— Co my tu mamy... — Usłyszał. — Gorączka, osłabienie organizmu, ohydna rana na ramieniu. Rozgrzejcie kleszcze, musimy ją zamknąć. Dodatkowo zagrzejcie wody, brud nie działa dobrze na ciało.

— Cyruliku! Słyszałem, że masz jakiegoś pacjenta z raną. Czyżby wojownik z tamtego pola bitwy? Przytomny? — Dołączył kolejny głos, tak samo nieznany, jak poprzednie.

— Zgadza się wasza wysokość. Rycerz z raną ramienia, podobnej do tamtych. Mogę zbadać uraz i spróbować ją wyleczyć, lecz wtedy śmiertelność wzrasta do dziewięćdziesięciu procent. Albo przypalić, będzie żył, jednak sprawność ręki zostanie ograniczona. Postąpię według królewskich rozkazów.

— To badania na zwłokach nie wystarczyły? Już i tak szlachta patrzy na mnie bykiem, że ci na to pozwalam.

— Królu, aby dotrzeć do przełomu potrzeba nam informacji. Ludzkie ciało jest bardzo skomplikowane, bez sekcji na martwych wiele się nie dowiemy. Truposzy po bitwie i tak nikt nie pochowa. Więc co szkodzi na tym skorzystać? Jednak operowanie na umarłych jest znacząco inne od ratowania żywych. Są czynniki zmienne, poziomy bólu, krwawienie i tak dalej. Miłościwy władco sam wiesz, że amputacja kończyn w większości kończy się śmiercią i wygląda dość makabrycznie. — Podniósł parujące kleszcze.

— Nie przypominaj mi, jadłem niedawno obiad. Przyślij posłańców, gdy będzie gotowy do rozmowy. Muszę przekonać tych jurnych generałów, że nowa broń znacząco zmienia rozkład sił. Musimy dążyć do rozejmu.

— Wasza wysokość myśli, że te napakowane mięśniaki będą słuchać głosu rozsądku? Prędzej świnia zacznie gadać po ludzku.

— Cyruliku zapędzasz się. Zbyt wiele ludzi straciliśmy w tej wojnie, druga strona podobnie, nowe wyposażenie zapewne jest prototypowe, inaczej wykorzystaliby swoją przewagę wcześniej, Nie ważne, utrzymaj tego człowieka przy życiu. To twoje najważniejsze zadanie. — Załopotała tkanina i wyszedł. Parę sekund później obozowiskiem wstrząsnął krzyk rannego, przypalenie nie było delikatną formą leczenia. Gdy lekarz przyrządzał lekarstwa z ziół, asystenci umyli Thomasa. Teraz trzeba było czekać.

Kilka dni później gorączka spadła, a Wright mógł normalnie jeść, choć nadal był słaby.

— Więc zaatakowaliście, a potem zaczęło się piekło? — spytał król w asyście gwardzistów.

— Zgadza się. — Przytaknął, nie podnosząc głowy. — Nie wiedzieliśmy, co nas rani i zabija. Ludzie ginęli w akompaniamencie deszczu ognia i chmury dymu. To nie była wojna, tylko jednostronna rzeź. Najdziwniejsze jednak jest to, dlaczego nie użyli tego wcześniej? Walczyliśmy już długo, mordując się w klasyczny sposób, a mimo to skorzystali z nowej broni tak późno.

— To wszystko rycerzu. Za odniesioną ranę w boju za przyszłość Dragonii, dostaniesz wynagrodzenie. Oto trzos złotych monet. — Położył pakunek na małym stole. — Kuruj się.

Po chwili już ich nie było.

— Sakiewka z pieniędzmi, co? — Cyrulik spojrzał na tobół.— Tak, jakby metal mógł zastąpić kaleką kończynę. Właśnie tyle dostaję się za wierną służbę... Jak się dzisiaj czujesz?

— Prócz ręki, którą mogę podnieść w ograniczony sposób, wszystko już w porządku.

— To granice naszej medycyny, może za sto, dwieście lat będziemy mieli wystarczające umiejętności. Mało pocieszająco. Powiedz mi, nie masz czasami krewnego? — Zaczął rozgniatać zioła w moździerzu.

— Mam brata, dlaczego pytasz?

— Jest tu jeszcze jeden pacjent, też kaleka. Nie może chodzić, nie ma z nim kontaktu. Powtarza tylko imię: Thomas. Macie podobne rysy twarzy.

— Gdzie on jest? — spytał głośno.

— Dwa namioty dalej, opiekują się nim moich asystenci.

Wright wypadł z polowego szpitala jak oparzony. Nadzieja dodawała skrzydeł. Czy to Edmund? Lecz mózg studził emocję. Nie tylko ty jesteś o takim imieniu. Dobiegł do docelowego miejsca i wszedł. Na drewnianym wózku siedział blondyn o nieobecnym spojrzeniu.

— Edmund! — krzyknął i dopadł do brata. Łzy same cisnęły się do oczu.

— Thomas — szepnął inwalida.

— Jak się cieszę, że żyjesz. — Nie dostrzegł radości na twarzy bliskiego, tylko smutek.

— Już nie zostanę aktorem ani twórcom. Jestem kaleką, wolałbym zginąć. — Spojrzał na Thomasa, na jego twarzy malowała się desperacja.

— Ciii — Chwycił mocno brata. — Poradzimy sobie.

— Miło widzieć rodzinną miłość, choć równocześnie zbiera mi się na wymioty, obserwując dwóch ściskających się mężczyzn. — Cyrulik nie miał za grosz taktu.

— Mogę zabrać brata? Chyba nie potrzeba wam kalek w obozie.

— Droga wolna. Tu macie wasze złoto. Dodałem jeszcze torbę od siebie. — Rzucił mu bagaż.

Thomas położył tobół na kolanach brata i pchnął wózek. Wymagało to ogromnej siły, ponieważ koła ślizgały się w błocie, lecz nie chciał pomocy. Z twarzą bez wyrazu kontynuował mordęgę, opuszczając obóz. To cierpienie miało być zadośćuczynieniem, że wciągnął krewnego w te nędzną wojnę. Teraz pozostało tylko wrócić.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Kapelusznik 2 miesiące temu
    Ok
    Dobra kontynuacja
    Spokojniej niż zwykle
    5
  • krajew34 2 miesiące temu
    Ta seria raczej taka będzie, mam pewien pomysł do niej, ale na razie milczę, by nie zapeszyć. Dzięki za wpadnięcie.
  • ANQ 2 miesiące temu
    Chwilę mnie nie było, cieszę się, że jest godny ciąg dalszy! Zabieram się za czytanie kolejnych części
  • krajew34 2 miesiące temu
    Seria wyjątkowo przypadła mi do gustu, jeśli chodzi o pisanie. To jest właściwie druga seria, zaraz po murze, gdzie wiem, że historia nie stanie w miejscu i nie na trafie na ścianę.
  • krajew34 2 miesiące temu
    Dzięki za wpadniecie.
  • Tomasz Bordo 2 miesiące temu
    krajew34 czemu nie jesteś na tw?!

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania