Zmierzch Ostrza – Rozdział 7

Gwar miasta irytował niezmiernie uszy, rozpieszczone wiejską ciszą. Tłumy spoconych i śmierdzących ludzi, zapach złowionych ryb, prażących się w słońcu, mimo drewnianej osłony. Tylko wariaci i idioci chcieliby mieszkać w tym wielkim chlewie. Thomas z niepokojem spoglądał na okna, oczekując niemiłego zaskoczenia.

— Paniczu, proszę się nie obawiać. Praktyki wylewania nieczystości na zewnątrz zostały porzucone na rzecz bardziej cywilizowanych i higienicznych metod. — Starzec uśmiechnął się, widząc minę pasażera. Młody Wright wciąż pamiętał wakacje i ranny powrót ze suto nakrapianego spotkania. Późniejsze wydarzenia można by podsumować dwoma zdaniami: Kupa śmiechu i śmierdząca sprawa. Właściciel domu nie chciał go wpuścić frontowym wejściem, widząc stan, w jakim się znajduje. Ubrania do wyrzucenia i godzina szorowania w lodowatej wodzie na chłodzie poranka. Niezapomniane przeżycie, zaszczepiające ostrożność przy każdej wizycie w mieście.

— Zaparkuj Winstonie, przejdę się pieszo. — odpowiedział, próbując przekrzyczeć nawoływania sklepikarzy.

— Panicz raczy żartować? — Skierował wehikuł na boczną stronę ulicy. — Stragany i sklepy są w znacznej odległości od siebie, nie wspomnę o kieszonkowcach, lubujących się w cudzym złocie.

— Najwyżej dopłacę trochę, by ci przynieśli towar wprost do automobilu. — Wysiadł, z ulgą rozprostowując zbolałe nogi. — Nie chce siedzieć w tym czymś jak kurczak w klatce. Oczekuj mego powrotu i pilnuj produktów. — Nie czekając na odpowiedź, wmieszał się w tłum.

Stary lokaj mówił o wielkich zmianach, lecz na pierwszy rzut oka miasto pozostało takie, jak je zapamiętał. Te same stare budynki, choć większe i zbudowane z cegieł, a nie z kamienia. Szersze drogi, na których wciąż się coś działo, począwszy od histerycznej reakcji koni na pojazdy silnikowe, a skończywszy na bijatykach i krzykach o zajechanie drogi i inne głupstwa. Choć musiał przyznać, był jeden plus, smród uryny i innych fekaliów został mocno zredukowany, mógł jednak zapomnieć o szybkim wypróżnianiu do rynsztoka.

Zatopiwszy dłonie w obszernych kieszeniach płaszcza, ruszył pomiędzy straganami, zamawiając odpowiednie produkty. Z transportem nie było problemu. Wystarczyło dorzucić parę srebrnych monet, nikt nie narzeka, mając możliwość dodatkowego zarobku. Przez ponad dwie godziny włóczył swe spocone cielsko po kupcach, zalecanych przez matkę. Przeklinał swój wybór, by wkładać na siebie akurat taką odzież, zresztą kto, by przypuszczał, że o tej godzinie będzie tak ciepło? Wreszcie pokonując brukowaną drogę, doczłapał się zmęczony do rzeźnika.

— Co podać wielmożnemu szlachcicowi? — Mężczyzna spojrzał krótko na klienta i kontynuował ćwiartowanie mięsa. Jego zakrwawiony fartuch nie sprawiał dobrego wrażenia, przypominał kata.

— Masz świńskie nerki? — rzucił krótko Thomas.

— Ja się ze świnią narządami się nie zamieniałem, więc chyba nie. — Zarechotał głośno. — Jasne, że mam. Ile potrzebujesz? Dziesięć, piętnaście? Pewnie na przyjęcie, jako rarytasy.

— Tylko dwie.

— Widać, nawet szlachetnie urodzonych dopadła prosta bieda. — Tylko głupiec nie wyczułby niechęci. Rzeźnik wbił nóż w deskę i podszedł do drewnianej beczki, chwile pomieszał brudną ręką i wyjął zamówienie, zapakowując następnie je w kawałek tkaniny. — Dwa srebrniki.

Wright wysupłał monety i odebrał zawiniątko. Musiał pamiętać, by wypłukać je w wodzie, zanim cokolwiek z nimi zrobi. Wsunął paczkę do kieszeni, teraz wystarczyło wrócić. Pobożne życzenie, można by rzec. Jak tylko ujrzał szyld gospody, zapragnął, choć kufel zimnego piwa, by ochłodzić zgrzany organizm. Niesiony pragnieniem skierował swe kroki w stronę lokalu. Już czuł dotyk złotego nektaru w gardle, wystarczyło tylko otworzyć drzwi.

Nagle poczuł szarpnięcie za kieszeń i zauważył uciekającego chłopca w łachmanach. Ze strachem sięgnął po sakiewkę, której już nie było.

— Złodziej! Stój! — krzyknął i puścił się pędem za pędrakiem. Cholerny płaszcz przeszkadzał w pogoni, zbyt go lubił, aby go porzucić. Malec z małpią sprawnością przemykał wątłe ciało nad ogrodzeniami, zmierzając w nieznanym kierunku. — Zatrzymaj się gówniarzu! Szlag, by to. — szepnął do siebie, słysząc dźwięk zrywanego materiału. Kolejne ulubione ubranie pójdzie do śmieci. Próbował kontynuować bieg, lecz potknął się o dużą skrzynię, po czym legł, jak długi. Całe szczęście, że tylko w ziemie, a nie w coś gorszego.

Sylwetka złodzieja szybko nikła między budynkami. Matka zmyje mu głowę za nieostrożność i utratę ponad dziesięciu monet. Przeklinając swoje szczęście, podniósł się i otrzepał z kurzu.

— Nie zgubiłeś czegoś? — Usłyszał głos przed nim.

Podniósł głowę i dostrzegł ognistowłosą dziewczynę, trzymającą wysoko małego złodzieja.

— Puść mnie wiedźmo! — krzyczał chłopak, próbując się wyrwać.

— Na twoim miejscu oszczędzałabym siły, Kevin. Twój ojciec widział, co zrobiłeś. Poprosił mnie, bym cię zatrzymała, a sam wrócił do domu, by poszukać najgrubszy pas. — Złodziej zbladł i w ciszy czekał na rozwój wypadków. — No i to rozumiem. Co powiesz panu?

— Przepraszam — odpowiedział niemalże bezgłośnie.

— Nie słyszałam.

— Bardzo przepraszam, tu są pańskie pieniądze! — krzyknął cały czerwony na twarzy. — Możesz mnie teraz puścić?

— Nie ma mowy, kolego. Jak znam cię, zaraz uciekniesz i wrócisz do domu po kilku dniach, gdy wszystko ucichnie. — Zarzuciła wierzgającego na plecy. — Trzymaj twoje złoto. — Rzuciła Thomasowi trzos.

— Dziękuje. — Sytuacja niezmiernie go zaskoczyła, dodatkowo uroda wybawicielki nie pomagała w logicznym myśleniu.

— W ramach zadośćuczynienia za zniszczony płaszcz, mogę postawić ci coś do picia i jedzenia. No, chyba że chcesz ciągnąć młodego po milicji. Jednak prócz wątpliwej radości z odwiedzenia ich budynku, nic nie wskórasz. Są ważniejsze sprawy niż kieszonkowcy i naiwne okradzione ofiary. Możesz zyskać smakowity posiłek i napitek albo ciągać się po instytucjach. — Jej szmaragdowe oczy spoglądały wesoło.

— Jeśli nie spróbujesz mnie okraść lub oszukać, będę zaszczycony. — Odpowiedział, zdejmując bezużyteczny już płaszcz. Miał tam jednak ważne zawiniątko, złożył całość i dając pięć srebrnych monet żebrzącemu przy sklepie chłopcu, przykazał mu, by zaniósł paczkę do Winstona.

— Dla takiej ilości monet, nawet nie pokazałabym się, a co dopiero oszukała cię bardziej wyrafinowanymi sztuczkami. Skoro czasu ci nie brakuje na podejrzliwość, to chodź za mną. Odstawie tylko Kevina do domu.

Podążył za piękną nieznajomą, z trudem przechodząc na drugą stronę, podróżujący nigdy nie zwracali uwagę na pieszych.

— Jestem Eli — rzekła, nie odwracając się. — Nie ukrywam swojej tożsamości. I tak każdy tu zna każdego, wystarczy, że zapytasz o piękną wiedźmę, a wszyscy będą wiedzieć, o kogo chodzi.

— Wiedźmę? Czyżbyś parała się magią? — spytał bardziej z ciekawości niż ze strachu.

— A gdzie tam. — Roześmiała się. — To wymysł kobiet, które stwierdziły, że rzucam zaklęcia na ich mężczyzn, choć to oni sami lgną do mnie jak muchy. Odmówiłam wszystkim, ale co z tego? Zazdrość rodzi nienawiść i plotki. Nieważne, przyzwyczaiłam się. — Podeszła do jednej z nielicznych drewnianych chat. — Panie Stevens! Panie Stevens, mam pańską zgubę.

Drzwi otworzył szczupły mężczyzna o surowej twarzy i spracowanych dłoniach.

— Dzięki ci Eli, całe szczęście, że moja Suzy jeszcze o tym nie wie. A co do ciebie... — Zwrócił się do chłopca, stojącego nieśmiało, którego w międzyczasie ognistowłosa upuściła na ziemie. — Marsz do domu. — Młodziak minął ojca i zniknął w ciemnościach chaty. — Jeśli przyszedł pan po zadośćuczynienie, to niestety nie mam nic, co mógłbym ofiarować.

— Już o to zadbałam. — Uprzedziła Thomasa.

— Mam nadzieję, że nie musisz zrobić czegoś niemoralnego? — Mężczyzna spojrzał z niechęcią na Wrighta.

— Nic z tych rzeczy. Umiem o siebie zadbać panie Stevens. Proszę uważać na Kevina, zbyt długa rozmowa z nami, może dać mu czas na ucieczkę.

Ojciec złodzieja kiwnął głową i wrócił do środka. Kilka sekund później słychać było krzyki, „przestępca” nie uciekł od kary.

— A teraz twoja kolej. Niedaleko jest mała karczma, wprawdzie nic wyszukanego, ale smacznie. Acha, byłby zapomniała. — Podeszła blisko Thomasa i pstryknęła go w pierś. — Jeśli zaczniesz przesadzać i wyobrażać sobie nie wiadomo co, szybko sprowadzę cię do parteru. Rozumiesz?

— Nie jestem zdesperowany, czy też zboczony, by nie wiedzieć, gdzie leży granica. — Jednak ciekawość delikatnie łaskotała jego duszę. Co by zrobiła z nachalnym intruzem, jak by się broniła? Wyglądała na pewną siebie i silną kobietę, pewnie ma jakieś sztuczki. Szybko zdusił te myśli, matka nie darowałaby mu skrzywdzenie płci pięknej.

— Kto tam wie? Znam wielu szlachciców, którzy myślą, że ich pozycja społeczna gwarantuje wszystko, włącznie z ciałami wszystkich dziewcząt, jakie zechcą. — Odgarnęła włosy sprzed oczu. — Ostrzeżenie dostałeś, teraz chodźmy.

Poprowadziła go prostą drogą, to cud, że nic ich nie przejechało. Na szczęście automobile trzymają się bardziej bogatych dzielnic. W końcu dotarli do niskiego, szerokiego budynku, z którego dochodziła wesoła, skoczna muzyka i gwar różnych osób. Otworzyła drzwi i weszli do środka, uchodząc przed piekącym słońcem.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania