Zmierzch Ostrza – Rozdział 12

— Czego potrzebujemy? Trudne pytanie. — Rozglądał się po pomieszczeniu. Zwykły magazyn z masą rzeczy i skrzyń z miejscem na odpoczynek. — Sam do końca nie wiem, minęły wieki, odkąd polowałem. Pomyślmy... Na pewno coś do ochrony, ale zbroja odpada, ba! Nawet sam napierśnik swoje waży.

— Mam coś, co może się spodobać. — Podeszła do jednej z zamkniętych skrzyń i otworzyła wieko, wyjmując grube zielonkawe spodnie i bluzę tego samego koloru. — To odkrycie mego ojca, ponoć znalazł materiał, gdzie włókna są jakoś lepiej splątane, czy coś. Nieważne, po prostu cały komplet jest bardziej odporny na cięcia, pchnięcia i inne ataki, w tym zwierzęce. Minusem jest to, że ogromnie w nim gorąco, nie wszyscy mogą to nosić. — Położyła ubrania na stole. — Niewielu się na nie decyduje, więc sprzedam ci to po kilka sztuk srebra. Materiał występuje dość często, choć sama nie mam pojęcia, co za roślina. Co jeszcze?

— Broń długa, najlepiej coś, czym będę mógł przyszpilić bestie do ziemi. Cholerstwo jest naprawdę szybkie.

— Więc polujesz na dzika? Nie znam innego zwierzęcia dość szybkiego i niebezpiecznego, by stanowić opisywany przez ciebie problem. Zobaczmy... — Chwile się zastanowiła, nim podeszła do stosu broni.

— Dużo wiesz jak na osobę niewychodzącą z miasta. Czyżbyś polowała? Nie zdziwiłbym się, nie pasujesz na tradycyjną dziewczynę.

— Nie, nie. — Zaczęła zaprzeczać, lekko blednąc. — Po prostu słucham dużo, opowieści różnych osób. To ulubione zajęcia szlachciców, bawiących się na ucztach. Miasto to moje jedyne królestwo. Przyroda jest zbyt nieprzewidywalna.

Thomas dałby sobie głowę uciąć, że w jej głosie słychać było nutkę strachu. Postanowił nie wchodzić w szczegóły, to jej sprawa, dlaczego nie lubi takich terenów.

— Może halabardę albo gizarmę? Włócznia raczej szybko się złamie.

— Mam coś lepszego. — Wyciągnęła ze stosu żelazne widły.

— Chyba żartujesz? Nie będę przerzucał siana, tylko polował. — Nie wspominając o wyglądzie typowego wieśniaka, wracającego z pola, ale tego nie powiedział.

— Pomyśl dobrze, większość broni drzewcowej ma pojedyncze ostrze lub grot. Trójząb ma aż trzy zęby, jak umiejętnie zadasz cios, to ofiara na pewno nie wstanie, bez twojego pozwolenia. — Rozbrzmiał hałas, drażniący uszy, gdy nogą zahaczyła o stos mieczy. — Nic się nie stało Lionel — krzyknęła w stronę sklepu. — A ty szlachecki paniczu przyznaj się, że nie chcesz tej broni, tylko z jednego powodu. Będziesz wyglądał jak wieśniak. Czyż nie mam racji?

— Nie wiem, o czym mówisz. — Odwrócił się zakłopotany' w drugą stronę.

— Mówię o tym waszym wizerunku wiecznych elegantów, którym pewne zachowania, czy stroje nie przystają. — Odwróciła jego głowę delikatnym, acz stanowczym ruchem. Jej cudne oczy wpatrywały się w niego, hipnotyzując duszę młodzieńca.

— Dobra, dobra. Biorę je. — Odtrącił jej dłoń. „Zachowuje się, jak gówniarz, który przeżywa swój pierwszy raz. Opanuj nerwy durniu”., skarcił swe zachowanie w myślach.

— Więc mamy piętnaście sztuk srebra za wszystko. Jakąś broń miotaną chcesz?

— Na łuku się nie znam, a kusza będzie tylko zbędnym balastem, nie wspominając o bełtach. Możesz dodać jeszcze parę tych ząbkowanych oszczepów i jeden porządny, odpowiednio wyważony miecz.

— Tu wszystko jest porządne, paniczku — odparła lekko zirytowana. — Jednoręczny, dwuręczny, czy może szablę, albo szpadę.

— Zwyczajny obusieczny miecz do jednej ręki. Żadnego innego dziadostwa nie chce.

— Nie idziesz z duchem czasu, oręż się zmienia, powinieneś rozszerzyć horyzonty. — Zapakowała wszystkie przedmioty w płótna, oddzielając oręż od odzieży.

— Poszerzyć horyzonty? Broń palna to najgorsze ścierwo, jakie powstało. Z pokazu umiejętności zmienia wojnę w bezsensowną masakrę latających pocisków. Cóż to za problem wycelować i czekać na strzał? Byle kiep to potrafi, ranga wojownika traci na znaczeniu. Ostrze to przedłużenie ręki, kula to ślepa idiotka. Wole miecz, przynajmniej wiem, że przegrałem z godnym przeciwnikiem, a nie szczęściarzem. — Przed oczyma jawił się obraz bitwy, gdzie pierwszy raz spotkał się z ognistymi kijami. Tamten moment wciąż mroził krew w żyłach.

— Chyba dotknęłam bolesnego tematu. Należy się za wszystko sztuka złota.

Thomas wysupłał odpowiednią zapłatę i podał monetę. Po czym wręczył bagaż Edmundowi.

— Dziękuje za zakupy i powodzenia na polowaniu.

— Zdecydowanie przyda się. Musimy ruszać dalej, jeszcze parę rzeczy trzeba załatwić.

— Z chęcią potowarzyszyłabym wam, ale mam pracę do wykonania. Nie mogę wszystkiego zwalić na Lionela. Jak wyjdziecie i skręcicie w prawo, traficie na ulicę, gdzie jest pełno dobrych sklepów. Nie sprzedają tam żywności, więc jest mniej ludzi.

Bracia pożegnali dziewczynę i jej kram, po czym skierowali się w stronę sklepu zielarskiego.

— Tom, pierwsze słyszę, że idziesz na polowanie. Znów nie mówisz mi niczego.

— Wybacz młody, mam tyle na głowie, że nie mam czasu na rozmowy. — Musiał wpleść półprawdę, by zmniejszyć zainteresowanie inwalidy. — Spróbuje upolować coś na kolację, dawno już nie miałem porządnego zajęcia. To nic ważnego, ot rozciągniecie zbolałych mięśni.

— Niech ci będzie bracie, choć i tak wiem, że coś ukrywasz. Mimo to zaczekam, aż sam mi o tym powiesz. — Odwrócił się z powrotem we właściwą stronę. — To gdzie teraz?

— Zielarz i karczma.

— Znowu chcesz się zapić? Wiesz przecież, jak reaguje na to matka.

— Spokojnie młody, u zielarza kupię parę ziół, a w gospodzie zamówię parę beczek wina i innych alkoholi. Nasze zapasy stopniały, my nie będziemy nic pić, przynajmniej nie teraz. — Cieszył się z tej krótkiej wymiany zdań, Edmund najwyraźniej był w dobrym humorze.

— Ta ognistowłosa to twoja dziewczyna?

To pytanie lekko sparaliżowało starszego Wrighta.

— Skąd taki pomysł?

— No wiesz, rozmawialiście swobodnie, brak jakiegoś skrępowania. Zazwyczaj to oznacza coś poważniejszego. — Spoglądał na wysokie, kamienne budynki, stojące po obu stronach drogi.

— Coś poważniejszego, coś poważniejszego — przedrzeźniał krewniaka. — Zajmij się lepiej swoimi książkami, a nie pierdoły gadasz. Spróbuj tylko wspomnieć o niej matce, to nie ręczę za siebie. Zaraz zacznie pierdzielić i wyciągać niepotrzebne wnioski.

— Spokojnie bracie, spokojnie. Nie mam zamiaru. — Roześmiał się serdecznie. — Tak mnie, tylko zdziwiło, że taki wojak, jak ty bawi się w kontakty z dziewczynami.

— Przymknij się już lepiej co? — Delikatnie uderzył go w głowę. Przez następną godzinę kupili mnóstwo ziół, spisanych wcześniej przez Lucyfera oraz zamówili w dogodnej cenie parę beczek naprawdę dobrego trunku. Wóz znaleźli pod wieczór, głodni, zmęczeni, rozsiedli się na tyłach. Nie minęła, nawet chwila, a już spali snem mocnym. Mrok otulił braci, a księżyc delikatnie przyświecał, nie rażąc swym światłem.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania