Czerń przetykana złotem, rozdział 14

Rozdział 14 Przesłuchanie

Zszedł na dół, do salonu, gdzie Santoro z konsternacją badał Rio. Vivian i Maria poszły na górę, przebrać Lilith i doprowadzić ją do porządku. Dante za to krążył po pokoju, jak wściekły lew w klatce, w głowie już układając plan działania. Wiedział już dokładnie co zrobi.

- Mamy dwójkę z napastników, obaj ranni, ale przytomni, wyciśniemy z nich co się da. Widziałeś kto do Ciebie strzelał?

Rio drgnął, podnosząc w końcu na niego wzrok. Ręce już mu się przestały trząść, ale co chwile zaciskał dłonie w pięści i później je rozluźniał.

- Tak... Dokładnie pamiętam - twarz mu się wyostrzyła. - Nero Valenti.

Dante się zatrzymał w pół kroku.

- Skurwiel tam był?

- Przyjechał czwartym autem, zbierać niedobitków. Wydaje mi się, że czekał na dobry moment, żeby wkroczyć i przejąć Lilith. Ale się przeliczyli, najwyraźniej nie spodziewali się, że będziemy mieć dodatkową obstawę.

- Widział, że Cię trafił?

- Widział. I bardzo go to ucieszyło.

- No to przynajmniej ułatwia sprawę, wiemy jaki kierunek obrać - zacisnął ręce na telefonie i zaczął już wybierać numer telefonu.

- Jakie straty po naszej stronie?

- Pięciu rannych, zero trupów - Dante popatrzył na niego znacząco, jego wzrok uciekł do obnażonej piersi przyjaciela. Przez chwilę przed oczami stanął mu obraz krwi wypływającej spod palców Vivian, ale odrzucił ten obraz od siebie. Teraz musiał działać. - wszyscy powinni się wylizać.

- Lilith?

- Śpi.

- Obudzi się?

Zamiast odpowiedzieć, zacisnął tylko mocniej zęby, aż zazgrzytały. Tego też nie chciał w tym momencie analizować, zamiast tego przycisnął telefon do ucha. Wykonał już tuzin telefonów do tej pory. Wydał rozkazy, rozdzielił zadania, ktoś miał się zając służbami, ktoś rannymi, inne osoby przewoziły właśnie dwójkę zatrzymanych napastników do jednego z magazynów w Tribunie. Zajmie się nimi osobiście. Po drugiej stronie telefonu odezwał się Massimo.

- Nero Valenti. Masz znaleźć skurwiela, monitoruj transport, granice, wszystko co się da.

- Robi się. Ale to nie będzie łatwe.

- Dlatego to właśnie Tobie zleciłem to zadanie. I ustal, gdzie znajduje się obecnie Victor Vassarii.

- Vassarii?

- Tak, Massimo, czy ja mówię niewyraźnie? Chcę mieć to wszystko na wczoraj - warknął i rozłączył się bez słowa.

Wybrał kolejny numer.

- Czwórka ludzi, za pół godziny, samochód, którego nie da się z nami powiązać.

Znowu się rozłączył.

- Co z nim? - pytanie skierował do Santoro, który najwyraźniej skończył badać Rio.

- Nic, wszystko jest w porządku - powiedział z kamienną twarzą - Miał mieć ranę postrzałową, a jedyne co widzę, to świeże blizny po ranie, której ja nie opatrywałem. Jedna z przodu, druga z tyłu. Po rozmiarze, zgaduję duży kaliber. Rana powinna być śmiertelna. Czy ktoś może mi wyjaśnić, co się dzieje i na co ja patrzę?

- Lepiej, żebyś nie wiedział. Fizycznie jest z nim wszystko w porządku?

- Jak widzisz, siedzi, oddycha. On też powinien przyjechać do kliniki na badania.

- Co potrzebuje?

- USG już dałoby jakiś obraz.

- Przywieź maszynę tutaj.

- Łatwiej będzie...

- Nie, Rio nie opuszcza rezydencji, płacę Ci wystarczająco dużo, żeby nie wszystko zawsze musiało być łatwe.

Rio podniósł się z kanapy, sięgając po koszulkę.

- Nie zostaję w rezydencji, jadę z Tobą.

- Nie, nie jedziesz.

- Spróbuj mnie powstrzymać - Rio założył koszulkę i zrobił kilka gwałtownych kroków w jego stronę, minę miał zaciętą, usta mocno zaciśnięte, a na twarzy malowała mu się determinacja.

- Zostajesz!

Rio w dwóch szybkich krokach skrócił do niego dystans, a jego ręka zacisnęła się na koszuli Knoxa. Odpowiedź była natychmiastowa, Dante pchnął go na ścianę, dociskając go do niej ręką za szyję.

- Zostajesz kurwa, w rezydencji - warknął mu prosto w twarz - Nie chcę, żeby ktoś Cię widział. Dla Valentiego jesteś martwy, a ja chcę, żeby tak pozostało. Nie wiadomo, kiedy może nam się to przydać.

Rio ciężko oddychał, ale już się z nim nie szarpał.

- Nie mogę siedzieć bezczynnie i czekać na to czy ona się obudzi, czy nie. W głowie mam tyle pytań, że zaraz zwariuję. Muszę coś ze sobą zrobić, nie mogę siedzieć w miejscu. Nie będę się rzucać w oczy, zostanę z boku, albo będę siedział w aucie, tylko nie każ mi tu siedzieć bezczynnie, bo poczucie winy zje mnie od środka. Jak ona się nie obudzi... - urwał w połowie zdania. Nie wiedział co ze sobą zrobi, jak Lilith się nie obudzi.

Dante jeszcze chwilę patrzył na przyjaciela. Dotarło do niego co musiało się właśnie dziać w głowie Rio. Rozluźnił chwyt na jego szyi.

- To nie jest Twoja wina. To była jej decyzja.

- Wiem. I to jest właśnie w tym wszystkim najgorsze.

Dante w końcu westchnął, puszczając go całkiem.

- Bądź gotowy za piętnaście minut.

- Będę gotowy za dziesięć.

***

- Nie jestem fanem nieuzasadnionej przemocy i nadmiernego okrucieństwa - Dante wycierał krew ze swoich knykciów chusteczką - ale chyba sam rozumiesz, że dzisiejsza sytuacja jak najbardziej ją uzasadnia.

Stał oparty o obskurny stół z nonszalancją człowieka, który tłumaczy coś małemu dziecku. Przed nim siedzieli dwaj mężczyźni, obaj przywiązania do swojego krzesła. Jeden był już nieprzytomny, głowa bezwładnie wisiała mu w dół, z jego twarzy krew kapała dużymi kroplami na podłogę. Drugi, patrzył na niego z mieszkanką wściekłości i paniki. Rio stał zaraz obok, z nożem w ręce, gotowy do zadania kolejnego ciosu. Specjalnie zabrali się za nich w tej kolejności. Pierwszy wyglądał na twardszego, nic nie powiedział, zanim stracił przytomność. Ale ten drugi, ten drugi był na granicy pęknięcia tylko po tym, jak obserwował, co zrobili pierwszemu. Dante nie przejmował się tym, że widzą Rio żywego. Raczej żaden z nich nie będzie w stanie nikomu o tym opowiedzieć.

- Widzisz, Ty i Twoi przyjaciele, porwaliście się na coś, co nie może pozostać bez odpowiedzi z naszej strony. Nie atakuje się w tak bezpośredni sposób rodziny Romano, nie oczekując zemsty całego rogu. Więc, powtórzę pytanie. Dla kogo pracujesz?

Odpowiedziało mu milczenie. Skinął głową, pięść Rio zderzyła się głośno z twarzą mężczyzny.

- Mój przyjaciel miał dziś bardzo stresujący wieczór przez Was. Szuka sposobu, na odreagowanie. Możemy Cię męczyć całą noc, pilnując, żebyś nie stracił przytomności. Albo możemy to zakończyć szybko.

- On mnie zabije - mężczyzna wypluł krew z ust na podłogę.

- My też mamy taki zamiar. Wydaje mi się, że nasza groźba jest w tym momencie bardziej realna.

Mężczyzna wahał się jeszcze przez jakiś czas, później zwiesił głowę w dół.

- Nero Valenti - powiedział cicho.

- Grzeczny chłopiec. Kolejne pytanie. Kto był celem?

Cisza. Kolejny cios, głowa odleciała mu do tyłu z takim impetem, że całe krzesło wywróciło się do tyłu. Rio spokojnie podniósł do z powrotem do góry.

- Mogę tak całą noc.

- Dziewczyna.

- Jakby był plan? Miała zginąć?

- Nie. Strzelanina miała Was zająć na tyle, żeby udało się ją porwać. Nero mówił, że wartość ma tylko żywa. Reszta ludzi go nie interesowała i mogła zginąć.

- Gdzie miała trafić?

- Nie wiem.

Tym razem pięść Rio trafiła go prosto w brzuch, wyrywając mężczyźnie głośne sapnięcie z trzewi.

- Nie wiem, gdzie dokładnie - powiedział po chwili, kiedy już w końcu mógł złapać oddech.

- Postaraj się - Dante uśmiechnął się jadowicie.

- Na Ciampino podobno miał czekać prywatny odrzutowiec.

- Czyj?

- Nie wiem.

Kolejny cios, w bok głowy.

- Kurwa, nie wiem - załkał mężczyzna - nie wiem też, dokąd miał lecieć...

- W porządku. Skąd wiedzieliście naszą trasę przejazdu i to, że dziewczyna będzie z nami?

- Nie wiedzieliśmy.

Rio niósł dłoń z nożem.

- Czekaj. Nie wiedzieliśmy, ktoś stale obserwował dom. - powiedział, wypluwając w panice słowa - Nie taki był plan. Nero kazał obserwować rezydencję, szukać słabych punktów. Domyślam się, że chciał uderzyć w dom. Albo w inny słaby punkt. A później sam ją wywiozłeś. Śledzili Was dronem, z powietrza. Nero organizował wszystko na szybko.

To była improwizacja. Nie byli dobrze przygotowani, zapewne Nero nie miał dostępnych więcej ludzi w tak krótkim czasie. Chcieli wywieźć Lilith jak najszybciej. Pytanie tylko dokąd. Jasna cholera, gdyby byli lepiej przygotowani... Jego telefon zawibrował w kieszeni. Spojrzał na wyświetlacz. Massimo.

- Dokończ sprawę - rzucił w stronę Rio - wyciągnij z niego co się da o tym, gdzie może być Valenti i chcę nazwiska wszystkich ludzi zamieszanych w atak.

Później wyszedł z pokoju.

- Co dla mnie masz?

- Valenti rozpłynął się w powietrzu. Ale zlokalizowałem Victora Vassarii. Ma wynajęty pokój w hotelu w centrum Turynu. Na czternastą dziś ma rezerwację w restauracji Del Cambio.

- Mam nowy trop, sprawdź prywatne loty z Campino z dzisiejszej nocy. Chcę wiedzieć czy z lotniska startował jakiś prywatny samolot powiązany z Vassarim, albo jakąś jego spółką. Massimo, jak w zasadzie powiązałeś Valentiego z Vassariim?

- Pieniądze. Valenti nie miał zaproszenia na aukcję w Mediolanie, więc musiał zapłacić wysokie wpisowe. Przyszło z rachunku jednej ze spółek należących do Victora. Dalej poszło już gładko.

- Wiesz, czasem cieszę się, że pracujesz dla mnie.

- Ja też się cieszę, kiedy to doceniasz dodatkowym zasileniem mojego konta.

- Znajdź Valetiego, to pogadamy.

- Znalazłem, kto wystawił dziewczynę na aukcje.

- Kto?

- Grupa najemników z Niemiec, dziesięć osób, mało znani, rozpłynęli się po aukcji po Europie i siedzą cicho.

- To ciekawe. Zajmę się tym później, na razie sprawdź Campino.

Rozłączył się. Następnie wybrał kolejny numer.

- Przygotuj samolot, lecimy do Turynu. Potrzebuję co najmniej dziesięciu ludzi, mają czekać na lotnisku o świcie.

Kolejny numer wybrał do Lorenzo Ravelli. Rodzina Ravelli miała mocne wpływy w Turynie i tak się składa, że Dante żył w dobrych stosunkach ze starym Donem. Po krótce wyjaśnił mu sytuację i opowiedział o ataku, pomijając jednak Lilith w całej historii. Lorenzo zaoferował wsparcie bez dalszych pytań.

Po rozmowie jeszcze chwilę ściskał telefon w ręce. W końcu wybrał numer do Vivian. Odebrała po dwóch sygnałach.

- Wszystko w porządku?

- Jeszcze nie, ale pracuję nad tym. - zawiesił na chwilę głos - jakaś zmiana?

- Nie. Nie do końca. Wydaje mi się, że zaczyna się rozgrzewać. Santoro przychodzi do niej co jakiś czas.

- A Ty jak się czujesz?

- A jak Ci się wydaje?

Westchnął w odpowiedzi.

- Niech Santoro da Ci coś na uspokojenie i połóż się spać.

- Nie chcę niczego, co mnie otępi. I wątpię, żebym zasnęła. Będę tu z nią siedzieć, póki nie wrócicie. A co z Rio?

- Ciągle żywy i cholernie skołowany. Ale upuszcza właśnie napięcie na swój sposób.

- Miej na niego oko. Proszę.

- Mam. Dzwoń, gdyby coś się zmieniło.

Tego co było między jego siostrą a przyjacielem też nie chciał analizować w tym momencie. Kiedy się rozłączył, Rio wyszedł do niego na korytarz. Rozprostował zdrętwiałe pięści.

- Podał jedynie adres magazynu, w którym się organizowali przed akcją, wysłałem już tam ludzi, raczej wątpię, żeby kogoś tam zastali, ale może znajdą wskazówki.

- Nazwiska ludzi?

- Po za Valentim, podał jeszcze osiem. Co dalej?

- Zakładam, że Valenti wyleciał z Rzymu samolotem, który miał na nich czekać. Każ chłopakom zakończą to co zaczęliśmy. Szybko, niech się już nie męczą, później mają posprzątać to miejsce. Zleć im też tropienie każdego nazwiska z listy. Ty i ja jedziemy na lotnisko.

- Dokąd lecimy?

- Turyn. Massimo polecił mi tam świetną restaurację - uśmiechnął się jadowicie.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania