Poprzednie częściDzień

Dzień cd11

Sznur samochodów ciągnął się wzdłuż ulicy. Tobiasz wypatrywał jakiejkolwiek luki, w którą mógłby się wcisnąć. Każdy kolejny metr oddalał go od przychodni.

Gwarantowany spacer w deszczu w drodze ku penetracji odbytu.

Załopotały czarne chorągwie.

Jeźdźcy dotrzymywali mu tempa lekkim kłusem.

Nie wsiąść. Tylko nie wsiąść.

Szyk nagle się rozpadł, odsłaniając długo oczekiwane miejsce.

Przy krawężniku rozciągała się rozległa kałuża i właśnie w niej Tobiasz dostrzegł swoją szansę. Zwolnił, włączył kierunkowskaz i ostrożnie, tyłem, zajął miejsce wzgardzone przez innych.

Rozejrzał się po kabinie.

Najpierw w lewo.

Potem do tyłu.

Nic.

Z kokpitu podniósł skierowanie, tak jak podnosi się śmieci. Złożył je na pół i schował przed deszczem w wewnętrznej kieszeni kurtki.

Wysiadł. Gdy wyciągał nogę, w prawej pachwinie coś zapiekło. Ostrożnie, ocierając się niemal o samochód stojący obok, przecisnął się na chodnik.

Deszcz nie ustępował. Zacinał nieprzyjemnie prosto w twarz, zmuszał Tobiasza do pochylenia głowy.

Przyspieszył kroku.

— Przepraszam, poratuje pan dwójką?

Pytanie przebiło się przez kaptur. Tobiasz podniósł wzrok, pozwalając kroplom spływać po policzkach, i przystanął.

Spojrzał w oczy pełne nadziei i zmęczenia. Opuchnięte, zaczerwienione powieki niemal całkiem je zasłaniały. Deszcz zdawał się ich nie obchodzić.

Sięgnął do kieszeni i wyłowił monetę.

— Proszę. Chociaż nie wiem, czy taka dwójka pana poratuje. Jak już pan uzbiera, niech pan wypije za moje zdrowie.

— Jasne, kierowniku. Dzięki. Za pańskie zdrowie.

Łapczywie wyciągnął pożółkłe od papierosów dłonie.

— Nie. Za muchę — sprostował Tobiasz z uśmiechem.

Na pooranej twarzy przemknęło zdziwienie, szybko zastąpione pogardą. Mężczyzna chwycił monetę i odwrócił się do niego plecami.

— Debil.

Tobiasz ruszył w stronę dużych, przeszklonych drzwi.

Schody z szlifowanego granitu lśniły od deszczu.

Świetne rozwiązanie. Zwłaszcza na taką pogodę — pomyślał, mocniej zaciskając dłoń na chromowanej poręczy.

Masywne drzwi ustąpiły zaskakująco łatwo. Zapach mokrej ulicy zmieszał się z ostrą wonią płynu do dezynfekcji. Kilka schodków wyżej zaczynał się parterowy korytarz, oddzielony od reszty przeszkloną portiernią. Przed jej okienkiem tłoczyli się starsi ludzie.

Zosia zarejestrowała Tobiasza telefonicznie, więc nie musiał stawać w kolejce.

Wykluczenie cyfrowe w praktyce — pomyślał, patrząc na ociężałe, spuchnięte nogi starszej kobiety.

Komfort, który jeszcze przed chwilą wydawał mu się tak oczywisty, nagle przestał smakować.

Spojrzał na tablicę informacyjną. Prześledził listę gabinetów: nefrologia, andrologia, dermatologia i wenerologia, proktologia — wzdrygnął się niekontrolowanie — USG.

Urologia — pierwsze piętro, pokój 104.

Dobrze, że nie 104,4 — pomyślał.

Doktor Edward Sęk.

Budynek z zewnątrz wyglądał nowocześnie, jednak w środku, mimo wymiany wszystkiego na nowe, błyszczące i wypolerowane, grube ościeża i szerokie przejścia zdradzały przedwojenny charakter budowli. Szczególnie zachwycały metalowe, ażurowe podstopnice schodów, świadczące o kunszcie rzemieślników poprzedniego stulecia, oraz stropy bogato zdobione sztukaterią.

Tobiasz nie spieszył się. Cieszył oczy detalami, chłonął je z uwagą, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół. Przede wszystkim jednak chciał odwlec badanie.

Korytarz na piętrze rozchodził się w dwóch kierunkach. Numery parzyste po prawej stronie wskazały mu właściwą drogę. Pacjentów nie było wielu.

Przed sto czwórką siedziało czterech mężczyzn, wyraźnie starszych od niego. Jednym z nich okazał się staruszek.

Tobiasz usłyszał w głowie jego głos:

— Namyśliłem się. Jednak dam panu To, tak powiedzmy, na godzinę. Na zachętę. Powiedzmy, że to gratyfikacja za ten wspólnie spędzony czas.

Staruszek wstał i wyszedł, mijając zmrożonego z wrażenia Tobiasza.

To, o co prosił jeszcze niedawno, właśnie zaczynało się spełniać. Miał widzieć więcej. Czuć więcej. Być uważnym na wszystko, co pojawiało się wokół niego.

Tylko że teraz wcale tego nie chciał.

Kontemplacyjny nastrój natychmiast zamienił się w panikę.

Dlaczego właśnie teraz?

Opanował się, postarał o uśmiech i zapytał, jak tylko potrafił, naturalnie:

— Dzień dobry — te słowa wydały mu się teraz sztuczne. — Mam skierowanie na ósmą trzydzieści. Za którym z panów jestem?

— Wszyscy mamy na ósmą trzydzieści. Jest pan ostatni.

W odpowiedzi wyczuł ton wyższości.

Zauważył nie tylko to.

Wilgoć na ubraniu. Jego zwiększony ciężar. Mrowienie w pachwinie.

Kłębek kurzu schowany za niebieską, metalową nogą jednego z połączonych w rząd siedzeń. Żółta plama na suficie, tuż ponad ozdobną listwą. Wyraźnie, choć nieznacznie, wytarty kolor przemysłowej wykładziny na samym środku korytarza.

Klucze odciśnięte w tkaninie kieszeni przechodzącej pielęgniarki i jej zapach — połączenie zbyt słodkich perfum i tytoniu.

Rytmiczne klapanie białych, nieco zużytych chodaków zgrało się z ruchem sekundnika na zegarze wiszącym na ścianie.

Brzmiało to jak upuszczanie i podnoszenie czegoś lepkiego.

Następne częściDzień cd12 Dzień cd13

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania