Dzień cd13
Pozostał w tej pozycji i siedział tak, z łokciami opartymi na kolanach. Drugi trzymał dłonie splecione na brzuchu i od czasu do czasu zerkał na zegar.
Nikt się nie odzywał.
Za drzwiami gabinetu coś zaszeleściło, strzeliła guma.
Potem rozległ się głos lekarza, ale słów nie dało się rozpoznać.
Mężczyzna zerkający na zegar spojrzał na niego ponownie.
Sekundnik przesunął się o kilka kresek.
Tobiasz wstał i podszedł do okna. Przyglądał się wróblom, które licznie zebrały się w krzaku przy ogrodzeniu. Roślina trzęsła się. Drgania skrzydełek przenosiły się na mniejsze pędy, wprawiając w drżenie zieloną wciąż czapę liści.
W korytarzu sekundnik bezgłośnie, monotonnie zataczał kręgi.
Dźwięk otwarcia drzwi, kroki.
— Następny — głos lekarza tylko na chwilę zakłócił obserwację drżącego krzewu.
— Następny.
Minęła chwila.
Za drzwiami gabinetu rozległ się krótki kaszel.
Potem szelest papieru.
Potem cisza.
Tobiasz usiadł na pustym już krześle.
Wpatrzył się w odcienie kropek linoleum. Intensywność ich kolorów malała na środku korytarza, by wrócić coraz mocniejszą barwą ku ścianom.
Klamka opadła, trwała chwilę w zawieszeniu. Słychać było jakieś słowa, potem uniosła się i drzwi się otworzyły.
— Następny.
Spięcie łydek, ruch panewki w stawie kolanowym, napięcie ud. Ciężar spływający do stóp, skrzypienie podeszw. Zimne spojrzenie mijającego go jegomościa, zimna klamka.
— Proszę, proszę — ponaglał lekarz.
Stłumione stuknięcie o framugę.
Skinął głową i przełożył papiery. Wyszedł zza biurka, wskazał kozetkę skinieniem.
— Proszę się oprzeć. I rozluźnić.
Tobiasz zrobił, co mu kazano.
Najpierw poczuł chłód papierowego podkładu.
Potem szelest rękawiczki.
Cichy, lepki odgłos naciąganej gumy.
Zapach środka do dezynfekcji był tak wyraźny, jakby ktoś otworzył butelkę tuż przy jego twarzy.
Wszystko stało się nagle zbyt dokładne.
Skrzypnięcie kozetki.
Oddech lekarza.
Materiał fartucha przesuwający się przy każdym ruchu.
Nawet własny oddech, który dotąd był czymś zupełnie zwyczajnym, teraz stał się wyraźnie słyszalny.
Wdech.
Wydech.
— Proszę spokojnie oddychać.
Tobiasz nabrał powietrza.
Za głęboko.
Wypuścił je.
Kolejny oddech był zbyt płytki.
— Spokojnie.
Tobiasz ruszył się nieznacznie.
Papier pod nim zaszeleścił.
— Czy jest pan na czczo?
Tobiasz uniósł głowę i obrócił ją na tyle, na ile pozwalało ułożenie ciała.
— Na co?
— Czy pan coś dzisiaj jadł?
— Niestety nie.
— Dobrze.
Tobiasz ponownie oparł głowę.
Przez chwilę patrzył w sufit. Potem przeniósł wzrok na ścianę.
Była na niej niewielka rysa. Cienka, nieregularna, zaczynająca się przy podłodze i znikająca kilka centymetrów wyżej.
Skrzypnięcie kozetki.
Szelest materiału.
Wentylator gdzieś pod sufitem.
Wrrr…
Dotyk pojawił się nagle.
Krótki nacisk.
Tobiasz zesztywniał.
— Proszę się rozluźnić.
Próbował.
Napięcie przebiegło przez ciało jak fala. Najpierw ramiona, potem brzuch, nogi.
Zacisnął szczękę.
— Proszę się nie spinać.
Rozluźnił szczękę.
Po chwili napiął dłonie i łydki.
— Trudne — powiedział Tobiasz.
Nacisk zmienił miejsce.
Pojawiło się dziwne, głębokie wrażenie — nie ból, raczej sygnał płynący z miejsca, którego dotąd nie miał powodu zauważać.
Zacisnął zęby.
Natychmiast je rozluźnił.
— Jeszcze moment.
Moment trwał.
Tobiasz patrzył w rysę na ścianie.
Wrrr…
Wdech.
Wydech.
Szelest rękawiczki.
Ciche skrzypnięcie kozetki.
Za ścianą ktoś zakaszlał.
Na korytarzu przesunęło się krzesło.
Ktoś zamknął drzwi.
Tobiasz słyszał każdy z tych dźwięków osobno.
Nacisk.
Oddech.
Skrzypnięcie.
Wentylator.
Lekarz zmienił pozycję.
Materiał fartucha zaszeleścił.
— Proszę spokojnie oddychać.
Tobiasz oddychał.
Wdech.
Wydech.
Kolejny nacisk.
Krótki.
Potem jeszcze jeden.
Tobiasz zacisnął palce na krawędzi kozetki.
— Nie napinać.
Puścił.
— Dobrze.
Głos lekarza pozostawał spokojny i rzeczowy.
Jeszcze chwila.
Jeszcze jeden szelest.
Jeszcze jedno skrzypnięcie.
— Dobrze. To wszystko.
Dotyk zniknął.
Tak po prostu.
Lekarz odsunął się.
Tobiasz przez chwilę pozostawał nieruchomo.
Papier pod nim lekko zaszeleścił.
— Może się pan ubrać.
Tobiasz podniósł się ostrożnie i usiadł.
Patrzył, jak lekarz wraca do biurka, przesuwa dokumentację.
Kliknięcie długopisem.
— Czy miewał pan problemy z oddawaniem moczu?
Tobiasz spojrzał na niego.
— Tak.
Lekarz czekał.
Tobiasz milczał przez chwilę.
— Deska opada.
Lekarz podniósł wzrok.
Zapadła krótka cisza.
— Proszę sobie nie robić żartów.
Tobiasz wzruszył ramionami.
— Pytałem o oddawanie moczu.
— Nie zauważyłem.
Tobiasz poprawił ubranie.
— Nie.
Lekarz znów coś zapisał.
— Pieczenie przy oddawaniu moczu?
— Nie.
— Ból?
— Nie.
— Częste parcie?
— Nie.
Długopis zatrzymał się nad kartką.
— Dobrze.
Tobiasz zsunął się z kozetki.
Papier zaszeleścił pod jego stopami.
Wentylator nadal pracował.
Rysa na ścianie była dokładnie tam, gdzie wcześniej.
Tym razem Tobiasz nie patrzył na nią długo.
— To wszystko? — zapytał.
— Tak.
— Dobrze.
Lekarz skinął głową.
Tobiasz ruszył w stronę drzwi.
Za plecami usłyszał jeszcze szelest przewracanej kartki.
Potem kliknięcie długopisu.
Nie było w tym doświadczeniu niczego, czego można by nie zauważyć, zwłaszcza wtedy, tego dnia.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania