Poprzednie częściDzień

Dzień cd12

Tobiasz zajął ostatnie z wolnych krzesełek, najdalej od drzwi gabinetu. Kolejka, chociaż siedząca, musiała mieć swój porządek. Każdy wiedział, gdzie jest jego miejsce. Każdy wiedział, kto siedzi przed nim.

Zza drzwi dochodził szum wentylatora. Zza zakrętów korytarza czasami dobiegało charakterystyczne, znane już klapanie, przeplatane kliknięciami naciskanych klamek.

Towarzystwo spod gabinetu numer sto cztery siedziało w milczeniu. A jednak rozmowa trwała.

— Kiedy ten lekarz wreszcie przyjdzie? — oznajmił pan siedzący najbliżej gabinetu, potrójnym stuknięciem paznokci w poręcz.

— Już po ósmej trzydzieści — potwierdził otyły jegomość dwa miejsca dalej, skrzypnięciem krzesełka poprawiając swoją pozycję.

— Czy jestem już wystarczająco czysty? Ech, żeby tylko nie było wstydu… — poskrobał się po udzie człowiek siedzący pomiędzy nimi.

— Przecież nie mam całego dnia — dodało pukanie.

— Mam nadzieję, że wszyscy wiedzą, że jestem pierwszy — oznajmiło chrząknięcie.

Stuk-stuk.

Szur-szur.

Klap.

Stuk-stuk.

Szur-szur.

Klap.

I tak trwała ta rozmowa.

Szuu… — podeszwa przesunęła się po linoleum.

Drap.

Materiał spodni zaszeleścił pod dłonią.

Kaszel.

Wszystko było na swoim miejscu.

Stuk-stuk. Przerwa. Stuk. Poruszająca się stopa. Drap-drap. Pocierane dłonie. Pociągnięcie nosem. Kaszel w pięść.

Nie rozmawiali, a jednak rozmawiali cały czas.

Wrrr…

Stuk-stuk.

Szuu…

Szuu…

Skrzyp.

Wentylator trzymał niski, jednostajny ton. Plastikowe krzesła odpowiadały skrzypieniem, podeszwy szurały po linoleum, palce wystukiwały krótkie frazy.

Tobiasz dołączył.

Tap.

Pięta dotknęła podłogi.

Stuk-stuk.

Tap.

Odpowiedź przyszła natychmiast.

Stuk-stuk.

Tap.

Ktoś zakaszlał.

Skrzyp.

Drap.

Wrrr…

Całość złożyła się w jedną rzecz. Nie miała początku ani końca. Tylko rytm, który trwał już wcześniej i miał trwać jeszcze chwilę, aż ktoś wstanie i zniknie za drzwiami.

Stuk-stuk.

Tap.

Stuk-stuk.

Szu-szu.

Pac.

Drap-drap.

Konnych nigdzie nie było. Nie było jeźdźców, koni, pik ani chorągwi. Obrazy i dźwięki wypełniały wszystko.

Teraz cały świat istniał tutaj, w poczekalni.

Stuk.

Szur.

Skrzyp.

Wrrr…

Lęk nie miał już tutaj nic do powiedzenia.

Dźwięk kroków lekarza, z pewnością lekarza — klapiący, a jednak wyraźnie męski, niespieszny — dobiegał ze schodów. Po chwili w korytarzu ukazała się jego drobna, sucha sylwetka. Szedł, jakby do ostatniej chwili chciał pozostać nierozpoznany. Mijając kolejkę, przywitał się spokojnym, przeciągłym głosem i jednocześnie spuścił wzrok.

— Dzień dobry.

Głos był uprzejmy. Twarz już nie.

Uśmiech nie pojawił się ani na chwilę. Wzrok przesunął się po podłodze, ścianie, drzwiach. Byle nie po oczach pacjentów.

Widocznie obrazy też miały głos.

Jego „dzień dobry” — uprzejme kłamstwo powtarzane codziennie — było wyprane z jakichkolwiek emocji.

— Jeszcze chwilkę.

Pierwsze prawdziwe zdanie.

W poczekalni coś się poruszyło.

Stuk.

Czyjaś noga zmieniła położenie. Ktoś westchnął. Materiał spodni zaszeleścił. Dłonie złączyły się i zaraz rozsunęły.

Pukający wstał.

Stuk.

Przeszedł kilka kroków przed drzwiami gabinetu. Tam i z powrotem. Spokojnie. Bez pośpiechu. Jeszcze raz.

Potem zatrzymał się przy ścianie.

Ulotki.

Sięgnął po jedną z nich i zaczął czytać.

Czytać bardzo uważnie.

Jakby od początku właśnie po to tutaj stał.

Lekarz zniknął za drzwiami. Przez sekundę szum wentylatora stał się wyraźniejszy, potem znów zlał się z tłem.

Kilka kroków. Szurnięcie krzesła. Skrzypnięcie. Podnoszona słuchawka. Jedno kliknięcie przycisku.

— Pani Basiu…

Ton zdecydowanie bardziej serdeczny.

Odkładana słuchawka. Szurnięcie drewna o drewno. Głuche puknięcie. Krótki trzask zamykanej szuflady.

Korytarzem szybkim krokiem, niemal truchtem, nadeszła pielęgniarka. Niosła w dłoni kilka kartek. Jej krótkie tipsy połyskiwały przy każdym ruchu palców.

Wchodząc do gabinetu, spojrzała na kolejkę, potem na trzymane przez siebie papiery. Kiedy wychodziła, skinęła głową stojącemu mężczyźnie.

Ten odłożył ulotkę i wszedł przez wciąż uchylone drzwi.

I wtedy stało się coś dziwnego.

Odgłosy poczekalni ucichły jeden po drugim.

Nie było już stukania. Szuranie zamilkło. Nikt nie poprawiał się na krześle. Nikt nie drapał się po udzie. Nawet kaszel, który jeszcze przed chwilą pojawiał się co kilka sekund, nagle gdzieś przepadł.

Nie przepadły jednak oddechy.

Wszyscy słuchali.

Mężczyzna najbliżej drzwi pochylił głowę. Otyły jegomość przestał się wiercić. Starszy człowiek złączył dłonie między kolanami. Ktoś odsunął się od ściany i przysunął krzesło bliżej drzwi.

Cisza nie była ciszą.

Była oczekiwaniem.

Zza drzwi dochodził szum wentylatora.

Wrrr…

Potem coś stuknęło.

Krótko.

Wszyscy słuchali.

Tobiasz słyszał razem z nimi.

Nie musiał się zastanawiać, czego nasłuchują. Widział pochylone głowy, nieruchome dłonie, zastygłe stopy. Słyszał oddechy, coraz ostrożniejsze, jakby nawet one mogły zagłuszyć coś ważnego.

Wrrr…

Wentylator pracował dalej.

Za drzwiami przesunęło się krzesło.

Skrzyp.

Ktoś w poczekalni wciągnął powietrze.

Cicho.

Prawie bezgłośnie.

Nikt się nie poruszył.

Wszyscy byli już po tej samej stronie drzwi.

— Proszę zdjąć spodnie i oprzeć się o kozetkę.

Głos był przytłumiony, ale w panującej ciszy wyraźny.

Cisza zrobiła się jeszcze głębsza.

— Czy któryś z panów miał już badanie prostaty? — zapytał Tobiasz.

Obie twarze natychmiast zwróciły się w jego stronę. Powieki zwęziły się ledwie dostrzegalnie.

— Nie — odpowiedział otyły jegomość.

Drugi mężczyzna tylko pochylił głowę i spojrzał na swoje buty.

Następne częściDzień cd13

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania