Klejnot Serca - rozdział 10

Rozdział 10

 

Sol popatrzyła zdziwiona na dziewczynę. Nawet jeśli Gabriel ma jakieś moce, z tego co pamiętała mówił, że potrafi siłą umysłu przenosić przedmioty, to jak te umiejętności miałyby mu się przydać w trakcie sztormu? Przecież nie przeniesie całego statku, a nawet gdyby potrafił, to walące pioruny skutecznie uniemożliwią jakiekolwiek próby. Wstała chwiejnie z łóżka i niepewnie ruszyła w stronę drzwi, przytrzymując się ściany.

- Ej! A ty dokąd?! Chcesz zginąć?!

- Nie zamierzam tutaj bezczynnie siedzieć, kiedy oni narażają życie. Może i nie na wiele im się przydam, ale nie będę czekać na śmierć.

- Czekaj! - Vivienne także się podniosła. - Idę z tobą, nie mam zamiaru być gorsza i siedzieć w ukryciu.

Sol uśmiechnęła się pod nosem, zauważając dawną Vivienne. Ruszyły obie korytarzem, w stronę, w którą jak im się wydawało, pobiegli mężczyźni. Przejścia były puste. Wszyscy siedzieli w kabinach. Lampy wiszące pod sufitem mrugały i co chwila zapadała ciemność. Przystanęły w pewnym momencie, zastanawiając gdzie iść dalej.

- Myślę, że Gabe udał się na górę, na dach - powiedziała niespodziewanie Vivienne.

- Na dach?!

- Tak, tylko tam miałby odpowiednio dużo miejsca i nikt by go nie widział.

- Czy on już do reszty zgłupiał?! Przecież w taką pogodę niechybnie zginie!

Pobiegły natychmiast w stronę windy, ale okazało się, że nie działa. Rozglądały się chaotycznie, zastanawiając co dalej, w końcu zdecydowały iść na schody. Przez całą drogę ledwo utrzymywały równowagę i wciąż musiały się czegoś przytrzymywać, żeby nie upaść. Wypadając na ostatnie piętro, rozejrzały się w panice, jednak nie widziały żadnej drabiny ani nic, co prowadziłoby na zadaszenie. Nagle zauważyły idącego chwiejnie w ich stronę marynarza. Ten widząc je, wytrzeszczył zdumiony oczy.

- Chryste, co panie tu robią?! Proszę natychmiast wracać do swoich kajut! Tu nie jest bezpiecznie. - Złapał je za ręce i zaczął ciągnąć w drugą stronę.

- Pan nie rozumie. Nasz przyjaciel znajduje się teraz w niebezpieczeństwie! Musimy mu pomóc - krzyknęła Sol i się wyrwała.

- Bez względu na to, czy coś zagraża jego życiu, panienki na pewno mu nie pomogą. Proszę teraz ze mną, a ja później postaram się znaleźć waszego kolegę.

- Gdzie jest wyjście na dach? - Spytała bardziej konkretnie, Vivienne.

- Na końcu korytarza po lewej stronie, a dlaczego pytasz? Nie, zaraz, stop, chyba nie macie zamiaru się tam udać?! - Przerażony popatrzył na kobiety.

Piękność, nie chcąc tracić więcej czasu, uśpiła zdezorientowanego majtka, a następnie obie zaciągnęły go do schowka na szczotki, mając nadzieję że nic mu się nie stanie i niczego nie będzie pamiętał. Ruszyły biegiem we wskazanym kierunku. Wreszcie z ulgą zauważyły przy ścianie drabinkę, prowadzącą do góry.

- Ja pierwsza - zdecydowała natychmiast rudowłosa i zaczęła się wspinać. Będąc już u szczytu, zobaczyła, że klapa jest masywna i otwierana kołem. W normalnej sytuacji miałaby problem z ich otworzeniem, ale teraz były one przytwarte. „O zgrozo, czyli Gabriel jednak jest na zewnątrz.”

Otworzyła właz, nie zważając na siekący, zalewający oczy deszcz, ani wiatr próbujący ją zdmuchnąć. Wyszła, przytrzymując się mocno barierki, otaczającej dach. Zaraz za nią wyszła Vivienne. Rozglądały się dookoła, próbując coś dojrzeć, ale strumienie wody, lejące się z nieba, skutecznie ograniczały widoczność. Ciemność co rusz oświetlały pioruny, które uderzały w taflę wody. Próbowała powiedzieć, stojącej dzielnie obok niej dziewczynie, że muszą iść dalej, ale było tak głośno, że nic nie słyszała. W końcu wskazała ręką, że powinny posuwać się wzdłuż zabezpieczenia. Tamta kiwnęła głową i ruszyły. Wciąż rozglądały się dookoła, wypatrując jakichś kształtów, kiedy nagle Sol zobaczyła dwie postacie, stojące na środku zadaszenia. Widać było, że się kłócą, a jedna - zapewne Marco, próbuje ciągnąć drugą w kierunku zejścia. Podeszły bliżej, chcąc widzieć dokładniej, kiedy piorun uderzył w mężczyzn. Dziewczyny krzyknęły ze strachu. Sol widziała wszystko jakby w zwolnionym tempie. Stało się coś wręcz niesamowitego, błyskawica nie poraziła mężczyzn, tylko została jakby od nich odbita i skierowana na ocean. Gabriel wskazał w ich stronę i krzyknął coś do Marco. Kiedy ten je zobaczył, znalazł się natychmiast przy nich i próbował zaciągnąć z powrotem do środka, ale rudowłosa, opierając się, patrzyła zafascynowana na Gabe'a.

Stał na samym środku, nic nie robiąc sobie z pogody. Wiatr szarpał jego ubraniem, a on na nic nie zważając, spojrzał w niebo, zamknął oczy i skupiając się, wyciągnął ręce do góry. Z oszołomieniem patrzyła jak wiatr zaczyna powoli cichnąć, gromy uderzają coraz rzadziej, a ulewa zmienia się w mżawkę i w końcu całkiem ustaje. Twarz Gabriela była zmarszczona z wysiłku, dopiero kiedy chmury powoli się rozeszły, a zza nich wyglądnął księżyc, opuścił ręce i opadł kolanami na pokład. Widać było, że jest mocno osłabiony. Nie wierzyła własnym oczom, Gabe potrafił panować nad pogodą! Marco podbiegł do niego, pomógł mu wstać, a ona w szoku spoglądała na idących ku niej mężczyzn. Zeszli na dół i zanim ktoś zdążył ich zauważyć, znaleźli się z powrotem w kajucie dziewczyn. Zostawili je, żeby mogły się ogrzać i przebrać. Dopiero teraz zauważyła, że jest przemoknięta do suchej nitki. Wcześniej była tak przejęta, że nie zwracała na nic uwagi. Szczękając zębami weszła jako pierwsza pod prysznic. Z radością powitała gorącą wodę, obmywającą jej zziębnięte ciało. Z chęcią stałaby tak i pół godziny, ale musiała myśleć o Vivienne. Z żalem wyszła spod natrysku, wysuszyła się, ubrała i położyła do łóżka. Nie wiedzieć kiedy zamknęła oczy i zasnęła.

 

***

 

Następnego dnia nikt nie mówił o niczym innym. Załoga, pasażerowie, dosłownie wszyscy rozmawiali tylko o sztormie, zdziwieni tym, jak udało im się przeżyć i nagłemu zakończeniu szalejącej nawałnicy. Sami nie mówili nic, tylko Sol patrzyła na Gabriela z większym szacunkiem. Był naprawdę niesamowity. Kto wie, może pokonałby wtedy tych Sannitów i bez jej ingerencji?

Prom zatrzymał się w porcie o godzinie piętnastej. Wychodząc zobaczyli niewielkie miasto otoczone górami, na których leżał śnieg. Dolina była piękna, pomimo ponurej pory roku i padającego deszczu.

- To co teraz robimy? - spytała pozostałych.

- Natychmiast wyruszamy w drogę. Kierujemy się na Kirkjubæjarklaustur - odpowiedział Marco.

- A gdzie to jest? I jakie jest właściwie miejsce docelowe?

- Wulkan szczelinowy Laki.

- Wulkan?! - spojrzała na niego z niedowierzaniem - Czy to jest aby bezpieczne?

- Całkowicie - odparł z uśmiechem

Dziewczyna była w szoku. Jak takie miejsce miało być bezpieczne? Przecież może w każdej chwili nastąpić wybuch. Musiała dowiedzieć się trochę więcej na ten temat. Kiedy zaszli do sklepu, żeby uzupełnić zapasy, kupiła przewodnik po Islandii. Szybko znalazła interesujące ją informacje i zaczęła czytać.

 

"Wulkan szczelinowy Laki tworzy rząd ponad 100 kraterów wulkanicznych, ciągnących się na przestrzeni 25 km. Wytworzyły się one w czasie jednego z najbardziej groźnych, odnotowanych w czasach historycznych wybuchów, który miał miejsce w 1783 roku. Erupcja trwała od 8 czerwca do lutego 1784 roku. Fontanny lawy, sięgające setek metrów wysokości, były widoczne z daleka, a lawa wypłynęła na odległość 80 km od szczeliny i pokryła obszar 580 km². Chmura popiołów i gazów, które zasypały większą część wyspy, dotarły także do kontynentalnej części Europy. Według niektórych uczonych, klęska głodu spowodowana erupcją wulkanu doprowadziła do niemal całkowitego wyginięcia eskimoskiego plemienia Kauwerak, z północnego zachodu Alaski. Toksyczny obłok spowodował, że w ciągu jednej nocy uschły liście wzdłuż rzeki Ems w Niemczech. W Wielkiej Brytanii liście drzew pokruszyły się, a warzywa zwiędły. Podobne zjawiska obserwowano na terenie obecnych krajów takich jak Finlandia, Francja, Holandia, Norwegia, Rumunia, Słowacja, Szwecja, Włochy. Trującą mgłę zauważono w Portugalii, Tunezji, Syrii, Rosji, Nowej Fundlandii, a także na zachodzie Chin.

Erupcja Laki była największą klęską żywiołową, jaka nawiedziła kiedykolwiek Islandię. Z powodu następstw wybuchu (śmierć bydła, koni, owiec oraz głód) zmarło około 10 tysięcy osób, czyli około 1/5-1/4 ludności kraju."

Musiała czytać dwa razy zanim dotarły do niej te informacje. I oni chcieli zabrać ją w takie miejsce?! Ruszyła natychmiast w stronę Marco.

- Czy wyście już do reszty postradali rozumy?! Laki?! Czy ty wiesz jaki to jest niebezpieczny teren? Przez jego wybuch zginęła jedna czwarta ludności w tym kraju!

- Tak, ale to było dawno temu, poza tym mieszkamy tam od tysięcy lat i jeszcze jakoś żyjemy prawda? Nie martw się, nic nam się nie stanie, naprawdę. - Pocałował ją w czoło i poszedł dalej robić zakupy.

Sol stała patrząc za nim, to otwierając, to zamykając usta. Mieszkali tam? Przy wulkanie?! I na dodatek nic im się nie stało? Jak to w ogóle możliwe? Za nic nie była sobie w stanie tego wyobrazić. No ale cóż, jakoś musieli przeżyć, więc postanowiła o tym na razie nie myśleć. O siedemnastej wszystkie sprawunki mieli już za sobą i w końcu mogli ruszać w drogę. Tym razem nie było to takie łatwe, bo teren przez który szli, nie był na początku zalesiony i istniała obawa, że ktoś ich zobaczy. W końcu dotarli do tundry, ale było już późno. Postanowili rozbić obóz i wyruszyć dopiero rano. Rozłożyli namiot, zebrali drewno na ognisko i przygotowali jedzenie. Siedzieli razem, żartowali i śmiali się. Atmosfera była o wiele luźniejsza, niż ostatnim razem. Gabriel przestał tak dokuczać Vivienne, a i ona sama nie była już taką jędzą i można było z nią normalnie rozmawiać. W końcu nadszedł czas na odpoczynek.

- Mamy warty tak, jak ostatnio. Sol zaczyna, później Gabriel, Vivienne i na końcu ja.

Wszyscy udali się do namiotu i została sama.

Patrząc w ogień, rozmyślała nad tym, jak bardzo jej życie zmieniło się w ciągu tych paru tygodni. Jeszcze dwa miesiące temu była pewna, że wie jak i w jakim kierunku, potoczy się jej życie. Teraz nie była pewna niczego. Nawet tego, gdzie spędzi kolejną noc. Myślała nad tym, jak dalej się to wszystko potoczy. Czy starszyzna ją zaakceptuje? Czego od niej będą chcieli? I w końcu najważniejsze, czy będą próbować rozdzielić ją i Marco? Tysiące pytań, na które nie znała odpowiedzi, kłębiło się w głowie. W końcu czas minął, więc poszła obudzić Gabriela. Położyła się pomiędzy pozostałą dwójką i zasnęła kamiennym snem.

Obudził ją kobiecy krzyk, a następnie wołanie.

- Marco, Gabriel !

Zanim zdążyła się obejrzeć, została w namiocie sama. Wygramoliła się ze śpiwora i ruszyła do wyjścia. Wychodząc na zewnątrz, zamarła ze strachu. Mrugała powiekami, chcąc pozbyć się resztek snu, z nadzieją, że to co widzi, to tylko przywidzenie. Wszędzie, gdzie sięgał jej wzrok, widziała Sannitów. Otaczali ich małe obozowisko, powoli zacieśniając krąg. Widząc jej wystającą głowę, Vivienne w sekundę znalazła się przy niej, zasłaniając widok wrogom. Było ich o wiele więcej niż ostatnim razem. Boże jak my sobie z nimi poradzimy? - przemknęło jej przez myśl. Przed napastników wyszedł jeden, wyglądający na przywódcę. Wyższy, potężniejszy, a jego twarz była o wiele bardziej groteskowa, pokryta bliznami, tak samo jak ciało. Musiał stoczyć wiele walk - pomyślała. Mężczyzna uśmiechnął się, ale nie był to miły widok. Zęby które, wyłoniły się spomiędzy warg, wyglądały jak u rekina, gotowego do ataku.

- Czy mnie oczy nie mylą? Przecież to sam wszechpotężny Gabriel we własnej osobie. - Ukłonił się z jawnym szyderstwem. - Zastanawia mnie co tak zacna osoba robi wśród tych dzikich ostępów.

- Wybrałem się na małą wycieczkę, nie liczyłem jednak na to, że zaszczycisz mnie swoją osobą - odparł z kpiną blondyn.

- Czasem życie nas zaskakuje - stwierdził ironicznie.

- Jeszcze się nie nauczyłeś, co się dzieje, kiedy się ze mną zadziera?

Z gęby przeciwnika zniknął uśmiech, a zastąpiła go żądza mordu.

- Tym razem jest troszkę inaczej. Nie pomoże ci nawet twój przyjaciel - spojrzał szyderczo na Marco. Tym razem to ja mam przewagę i już mi się nie wymkniesz.

Po tym stwierdzeniu wszystkie stwory zaczęły się zbliżać. Wtem Gabe i Marco przystąpili do ataku. W ułamku sekundy błyskawice poraziły i spaliły najbliżej stojących. Zanim Sol zdążyła mrugnąć, siedziała już na plecach Vivienne, torowała sobie przejście, zabijając tych, którzy stali im na drodze. W końcu uwolniły się z kręgu i pędziły przez las. Biegły tak z piętnaście minut kiedy w końcu stanęły. Piękność gestem nakazała ciszę i zaczęła nasłuchiwać. Trwała tak dłuższą chwilę, aż wreszcie uspokojona zwróciła się w jej kierunku.

- Dlaczego ich zostawiłaś?! Potrzebują pomocy, wracajmy, bo może im się coś stać!

- Po pierwsze, trochę ciszej, chyba że chcesz, żeby nas znaleźli. Po drugie nie musisz się martwić. Tych dwoje tworzy niesamowity zespół. Mało kto da im radę, kiedy są razem.

- Ale ich było więcej, niż ostatnim razem, kiedy prawie zabili Marco. - Zniżyła trochę głos.

- Wierz mi, nic im nie będzie. Najważniejsze jest teraz to, żeby Sannici nie dostali w swoje ręce ciebie ani Liquidheart. Jeśli byłabyś w centrum wydarzeń, zamiast skupić się na walce, martwiliby się o twoje bezpieczeństwo. Dlatego właśnie kazali mi zabrać ciebie jak najdalej.

Zielonooka patrzyła na nią niedowierzająco, ale w końcu stwierdziła, że chyba ma rację. Takie rozproszenie podczas walki, mogłoby doprowadzić do katastrofy. Westchnęła ciężko i pogodziła się z sytuacją, co wcale nie zmniejszyło obaw. Musiała jednak wierzyć, że sobie poradzą.

- A jak nas potem znajdą?

- Telepatycznie. Teraz nie chcę się z nimi kontaktować, bo na pewno jeszcze walczą, ale jak tylko skończą to się odezwą.

- Ok. Jak myślisz, długo trzeba będzie czekać?

W chwili, kiedy kończyła zdanie, nagle coś złapało za kark Vivienne, uniesiona przez chwilę miotała nogami w powietrzu, po czym odrzucona poleciała około dwudziestu metrów do tyłu. Uderzyła o drzewo i zemdlała, a przerażona Sol patrzyła na postać, która stanęła tuż przed nią.

 

***

 

Marco i Gabriel stali plecami do siebie, otoczeni przez zgraję Sannitów. Ochraniając nawzajem tyły przystąpili do ataku. Walka nie była łatwa. Tylu wrogów naraz, próbujących cię rozszarpać, nie było łatwo pokonać. Jednak zgrane ruchy oraz doświadczenie nabyte przez lata, dawały efekty. Bitwa trwała dość długo i obaj mężczyźni nie obyli się bez ran, ale w końcu zostali sami. Spojrzeli na siebie triumfująco, kiedy nagle Gabriel zmarszczył brwi.

- Walczyłeś z Mastemą?

- Nie. Ty też nie?

Blondyn pokręcił głową, a kiedy zdali sobie sprawę z tego, co to oznacza, spojrzeli na siebie w panice.

- Vivienne? Vivienne! - krzyczeli w myślach, próbując skontaktować się z dziewczyną, ale odpowiadała im tylko cisza.

Przerażeni ruszyli w pościg.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Cicho_sza 5 miesięcy temu
    Przeczytałam już wczoraj. Dziś zostawiam tylko znak, że jestem na bieżąco 😊

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania