Klejnot Serca - rozdział 6

Rozdział 6

 

Widok, który ujrzała sprawił, że zbladła, a kolana się pod nią ugięły. Na jej łóżku leżał nie kto inny, jak Marco. Jednak wyglądał tak, że nie była pewna czy nadal żyje. Głowę miał tak posiniaczoną i opuchniętą, że gdyby nie charakterystyczny wygląd, miałaby trudności z rozpoznaniem go. Całe ubranie było w strzępach, on sam zakrwawiony, a przez całą długość ciała przebiegały długie rany cięte, jakby od noża, z których obficie lała się krew. Skóra blada jak ściana, stanowiła makabryczny kontrast z pościelą, która była wręcz czarna od wsiąkniętej w nią posoki. Kiedy tak trwał tam nieruchomo, z zamkniętymi powiekami, jej oczy napełniły się łzami, tak, że obraz stał się zamazany. Potrząsnęła głową żeby się opanować i podbiegła do niego, próbując zatamować krew. Przycisnęła do ran prześcieradła i pościel, jednak na niewiele to się zdało.

- Gabriel?! Gabriel! - Jej krzyk, przepełniony strachem i paniką rozniósł się po domu. Przez chwilę nasłuchiwała jakiegoś dźwięku, świadczącego o tym, że ją usłyszał, jednak kiedy nic nie nastąpiło, jej ciałem wstrząsnął szloch. Dlaczego mężczyzn nigdy nie ma wtedy, kiedy są potrzebni?!

Oderwała się na chwilę od nieprzytomnego i pośpieszyła po czyste prześcieradła. Kiedy je znalazła, porwała na strzępy, żeby zrobić z nich bandaże i wróciła do sypialni. Szybkimi, zwinnymi i pomimo lekkiego drżenia, opanowanymi dłońmi, zaczęła owijać rany. Nie na wiele to się jednak zdało, gdyż krew niemal natychmiast przez nie przesiąkała. Z przerażeniem na to patrzyła, ale natychmiast dokładała następne pasy materiału. Na rękach pojawiła się najpierw jedna kropla wody, potem następna i kolejna. Spojrzała zdziwiona do góry, ale na suficie nie było pęknięcia, które świadczyłoby o przeciekającym dachu. Znów kapnęło. Dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że cały czas płacze. Wytarła twarz nie przejmując się ubrudzonymi rękami, wciąż metodycznie zawijając kończyny.

- Przepraszam, że ubrudziłem ci pościel - nagle usłyszała słaby, jakby z oddali głos. Spojrzała z niedowierzaniem na mężczyznę, który w tej chwili miał otwarte oczy. Jego wzrok był lekko zamglony, jednak był przytomny.

- Jak tylko wydobrzejesz, masz mi kupić nową, inaczej ci nie daruję - rzekła z uśmiechem, a po jej twarzy znów polały się łzy.

- Nie zasługuję na to, żeby przeze mnie płakać. - Wyciągnął z trudem rękę i dotknął czule jej policzka, wycierając lecący strumień.

- Nikt bardziej niż ty na to nie zasługuje. Nie mów nic proszę, zaraz przybędzie Gabriel i wspólnie ci pomożemy.

- Nic mi już nie pomoże, chciałem ci powiedzieć, że ... - urwał w pół zdania, tracąc przytomność, a jego ręka opadła bezwładnie z powrotem na łóżko. Rzuciła się ku niemu w panice, z przerażeniem szukając pulsu.

- Nie waż mi się umierać, słyszysz?! Gabriel, gdzie ty jesteś? - Palce w końcu trafiły na odpowiednie miejsce, pod nimi wyczuła słabe, niewiarygodnie wręcz powolne, ale pulsowanie. Ulga którą poczuła, sprawiła, że musiała oprzeć się o łóżko, inaczej pewnie osunęłaby się na podłogę.

Trwała tak przecz chwilę, próbując odzyskać siłę. Wtem przypomniała sobie, że może przecież zadzwonić do Suzanne, żeby natychmiast przysłała do niej Gabriela. Zaczęła przeszukiwać wzrokiem pokój w poszukiwaniu telefonu, ale nigdzie go nie zauważyła. Miała już zacząć przetrząsać pomieszczenie, kiedy wpadło jej do głowy, że może zostawiła go na dole w kuchni. Ruszyła biegiem, i wleciała jak burza do pomieszczenia, a widząc aparat odetchnęła z ulgą. Ręce tak jej się trzęsły ze zdenerwowania, że dopiero za trzecim razem udało jej się wybrać numer. Po chwili, która wydawała się wiecznością, w słuchawce usłyszała radosny głos przyjaciółki.

- Cześć Sol, co słychać?

- Przyślij do mnie Gabriela!

- Ale co się...

- Natychmiast! - Nie czekając na odpowiedź rozłączyła się i pobiegła z powrotem na górę. W momencie, kiedy stanęła przy łóżku, usłyszała trzaśnięcie drzwiami.

- Sol?! Sol! - Usłyszała zdenerwowany głos blondyna.

- Tutaj, na górze! - Mężczyzna wparował do pokoju, a ujrzawszy Marco, stanął jak wryty.

- Co się stało?! - zapytał, zszokowanym wzrokiem przenosząc spojrzenie to na nią to na nieprzytomnego, jakby nie wierząc w to, co widzi.

- Nie wiem. - Jej drżący głos doskonale odzwierciedlał stan ducha. - Kiedy weszłam do domu, takiego go zastałam! Jest cały poszarpany, musieli go zaatakować Sannici! Trzeba mu natychmiast pomóc! - Widząc, że mężczyzna wciąż stoi jak wryty, straciła w końcu cierpliwość i podniosła głos. - Może więc zamiast stać i się gapić, wziąłbyś się do dzieła i go uleczył, zanim całkiem się wykrwawi!

- Przecież ja nie mam takiej mocy - wyjąkał, patrząc na nią z lękiem

- Jak to nie masz?! Marco wyleczył moją kostkę, kiedy ją zwichnęłam, więc ty też powinieneś umieć!

- Nie mam takiej mocy. Żaden z nas nie ma. - Rozłożył bezradnie ręce.

- Jak to żaden?! A co z moim stawem?!

- Musiał sam wyzdrowieć, nie posiadamy mocy leczenia. Myślisz, że gdybyśmy ją mieli, nasza królowa by nie żyła? Ją też napadli Sannici i zmarła, ponieważ nie byliśmy jej w stanie pomóc - rzekł, patrząc na Marco z takim bólem i rezygnacją, że aż się wściekła.

- Nie! Nawet nie waż mi się tak mówić! I nie patrz tak do cholery! On nie może teraz zginąć!

- Nic nie możemy zrobić, rany są za głębokie a... - Zamilkł, kiedy do pokoju wpadła jak burza zdyszana Suzanne.

- Co się stało? O matko. - Wydała z siebie przerażone westchnienie, na widok okaleczonego ciała.

- Marco został napadnięty, a ten dureń nie chce mu pomóc! - wykrzyczała, doprowadzona już do ostateczności Sol.

- Ja nie jestem w stanie tego zrobić, gdybym mógł to bym to zrobił! Przecież on jest moim przyjacielem, myślisz, że nie chcę go uratować?!

- Sol, on jest w takim stanie, że wątpię czy cokolwiek da się zrobić, nawet gdybyśmy natychmiast znaleźli się w szpitalu - rzekła ze smutkiem przyjaciółka, chcąc, żeby dotarło do niej to co nieuniknione.

- Już ja wam udowodnię, że się da! A teraz wyjdźcie stąd!

- Co? My przecież...

- Wyjdźcie! On nie potrzebuje teraz waszego niedowierzania! Zostawcie nas samych! - Odwróciła się do nich plecami, nie chcąc ich teraz widzieć. Jak oni mogą tak mówić? Poddać się bez choćby próby zrobienia czegokolwiek. Zachowują się, jakby on już umarł, a przecież jeszcze żyje!

- Tak chyba będzie dla niej teraz lepiej - odezwała się cicho Suz, po czym wyszła z pomieszczenia. Gabriel niechętnie, ale ruszył za nią, zamykając za sobą cicho drzwi.

 

Sol przysunęła taboret do łóżka i usiadła przy chorym, łapiąc go za dłoń i trzymając w mocnym uścisku, jakby to miało go powstrzymać od przejścia na tamtą stronę. Trzymała się tego uścisku, jak tonący brzytwy, mając nadzieję, że wie iż jest przy nim i nie zamierza go zostawić.

„Boże co ja mam zrobić, jak mu pomóc? On nie może umrzeć. Tak wiele przeszliśmy. To wszystko przeze mnie, bo chciał mnie chronić, a teraz umiera.” Załkała przeraźliwie. Wylewał się z niej cały strach, ból i cierpienie ostatnich tygodni. Płakała nad sobą, nim i nad całym tym złym światem, który do tego dopuścił. W końcu się uciszyła. Nie wiedziała ile czasu już tak siedziała. Co jakiś czas sprawdzała puls, przemywała zwilżoną szmatką czoło i spierzchnięte usta. Miała nadzieję, że może znów odzyska świadomość, ale jak na razie to się nie stało. Kilka razy zaglądali do niej Suzanne i Gabriel, ale za każdym razem ich odsyłała. Wiedziała, że jej współczują i chcą pomóc, ale nie chciała teraz słuchać tego, że nic się nie da zrobić i musi przygotować się na najgorsze. Nie traciła nadziei. Może jakimś cudem Marco wyzdrowieje i tylko ta myśl, trzymała ją jeszcze przy zdrowych zmysłach.

Nagle usłyszała na dworze jakiś hałas. Potem huk, jakby uderzył piorun. Zdziwiła się, bo przecież nie zapowiadało się na burzę. Podniosła się i zeszła na dół, żeby sprawdzić co się tam dzieje. Zastała tylko Suz, która patrzyła przez okno. Podeszła do niej, chcąc zobaczyć, co ją tak zajmuje. Widok, który ujrzała przez szybę, sprawił, że zamarło jej serce. Na dworze stało chyba z trzydziestu Sannitów, a przeciwko nim ustawił się sam jeden, Gabriel. Poczuła jak ogarnia ją wszechobecna furia. Powoli opanowywała i przenikała całe jej ciało. Miała wrażenie, jakby zaczęła się z niej wydostawać na zewnątrz. Wszystkie mięśnie napięły się w oczekiwaniu, a ona sama czuła jak przeogromna wściekłość przejmuje nad nią kontrolę i szczerze mówiąc, nawet zaczynało jej się to podobać.

Przyjaciółka musiała wyczuć jej obecność, gdyż odwróciła się do niej, a gdy ją dostrzegła, w jej oczach pojawiło się przerażenie. Cała postać Sol aż promieniowała, gniewem tak ogromnym, że skuliła się ze strachu. Wokół niej powietrze było tak gęste, że można było je zobaczyć gołym okiem, a światła w pomieszczeniu mrugały jak oszalałe. Wtem dziewczyna odwróciła się i ruszyła do wyjścia. Suzanne pomimo odczuwanego strachu, natychmiast zastąpiła jej drogę.

- Sol nie możesz teraz wyjść, oni cię zabiją!

- Oni skrzywdzili Marco! - Głos Sol był przepełniony tak ogromnym bólem, że chciała do niej podejść i ją przytulić, jednak wiedziała, że to co teraz musi zrobić, to ją powstrzymać - Ja muszę tam wyjść!

- Proszę cię nie rób tego, oni cię zabiją tak samo jak jego! Tego chcesz?! Przecież on to zrobił dla ciebie, żeby cię chronić. Myślisz, że byłby zadowolony, wiedząc, że chcesz się dla nich wystawić, jak kaczka do odstrzału?!

- A myślisz, że Gabriel sam da radę im wszystkim? Prędzej czy później i tak by tu po nas przyszli! Wolę wyjść im na przeciw niż chować się jak tchórz! Przesuń się Suz, albo sama cię przesunę. Nie powstrzymasz mnie.

Dziewczyna stwierdziła z rezygnacją, że przyjaciółka ma rację. Skoro doprowadzili Marco do takiego stanu, Gabriel sam też nie da im rady. Chociaż co ona tak naprawdę może zrobić? Przecież ich nie powstrzyma. Nie ma żadnych mocy, ani jak się bronić. Mimo to, zeszła koleżance z drogi. Nawet gdyby chciała i tak nie byłaby w stanie jej powstrzymać. Nie zatrzymywana już przez nikogo rudowłosa, wyszła na zewnątrz. Te potwory zdążyły już okrążyć chłopaka i właśnie szykowały się do ataku.

- Hej straszydła! - krzyknęła, zwracając na siebie uwagę, co było jej celem. Wszystkie stwory gapiły się teraz na nią, jak sroka w gnat, tak, że miała ochotę się roześmiać.

- Sol wracaj natychmiast do środka! - krzyknął Gabriel, jednak ona nie zamierzała go słuchać.

- Mam tylko jedno pytanie - dodała spokojnie. - Czy to wy zaatakowaliście Marco?

Na jej słowa, wybuchnęli przeraźliwie radosnym śmiechem. Najwidoczniej to, co z nim zrobili, sprawiło im niebywałą radość.

- Tak, to my, a co ty masz do tego dziewczynko? - zapytał jeden z nich, lustrując ją od góry do dołu, wyzywającym wzrokiem.

- Tylko tyle chciałam wiedzieć. Wiedzcie, że to mnie szukacie - odpowiedziała, po czym wyciągnęła Liquidheart spod bluzki.

Na ten widok Gabriel sapnął, a wśród sannitów zapanowała cisza jak makiem zasiał. Stwory aż wstrzymały oddech z wrażenia. Ona natomiast stała tam przed nimi, nie odczuwając najmniejszego strachu. Czuła jak przez jej ciało przebiegają prądy, a ona sama napełnia się pewnością siebie. Tamci mieli właśnie rzucić się ku młodej kobiecie, kiedy zauważyli, że wokół niej zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Znikąd zerwał się nagle ogromny wiatr, który jakby otaczał dziewczynę. Szarpał i wydymał jej ubranie, nie robiąc jej jednak krzywdy. Powietrze wokół niej było tak naelektryzowane, że widać było skrzące się iskry, a cała postać emanowała niesamowitą czerwoną poświatą. Efektu dopełniały tańczące na wietrze ogniste włosy i jarzące się niesamowitym blaskiem oczy. Widząc to, niektórzy z nich cofnęli się z lęku.

- No? Na co czekacie? Przecież po to tu przyszliście prawda? - zaśmiała się szyderczo, widząc ich niepewność. - Co? strach was nagle obleciał? Boicie się małej dziewczynki, do tego człowieka?

Pytanie było wypowiedziane z taką pogardą, że kilkunastu odważniejszych potworów natychmiast rzuciło się ku niej, Gabriel strzelił błyskawicami, chcąc ich powstrzymać, ale mimo że zabił kilku, nie powstrzymał reszty. Dziewczyna powoli wyciągnęła ręce, jakby bawiąc się całą tą sytuacją, z których po chwili wystrzeliły pioruny, spalając na popiół przeciwników. Widząc co się dzieje, kolejna część ruszyła ku niej niepewnie, próbując dopaść, ale natychmiast stanęła w ogniu, natomiast pozostali rzucili się do ucieczki. Sol w porywie zaczęła biec za nimi, strzelając błyskawicami. Wyglądała jak bogini zemsty, która zeszła na ziemię, żeby dokonać egzekucji na śmiałkach, którzy odważyli się wejść jej w drogę. Kiedy tak biegła, jej długie, rude włosy powiewały na wietrze, a oczy ciskały błyskawice. Nagle poczuła że coś ją łapie za rękę. Odwróciła się z gniewem gotowa zaatakować, ale zauważyła, że to Gabriel. Patrzył na nią ze współczuciem, które przeniknęło do jej okrytego mrokiem serca.

- Już wystarczy dziewczyno - powiedział cicho. - Dostali już za swoje, więcej się tu nie pojawią.

- Skąd możesz to wiedzieć?! Mogą tu wrócić w większej liczbie i napaść na moją rodzinę i wioskę! Trzeba ich wybić do cna, jeżeli nie chcemy, aby to się znów powtórzyło! - wykrzyczała wściekła, próbując się wyrwać z mocnego i zarazem delikatnego, uścisku. - Puść mnie! Muszę ich zabić!

Chłopak jednak jej nie uwolnił, tylko przygarnął do siebie i mocno przytulił.

- Szszaa, oni już nie wrócą, na pewno. Dostali nauczkę. Nie musisz się już bać - wyszeptał jej do ucha, a dziewczyna, słysząc w jego głosie współczucie i łagodność, rozpłakała się.

Blondyn wziął ją na ręce, a następnie zaniósł do domu. Suzanne, która widziała wszystko przez okno, czekała już na nich w drzwiach. Patrzyła na przyjaciółkę z mieszaniną strachu i jednocześnie podekscytowania. Wciąż nie mogła uwierzyć w to, co przed chwilą się stało.

Poszła razem z nimi na górę, a kiedy położył Sol, obok wciąż nieprzytomnego Marco, wyszli z pokoju, po cichu zamykając drzwi. Zeszli na dół i dopiero wtedy się odezwał.

- Muszę teraz iść, nie możemy pozwolić na to, żeby przekazali wiadomość o pobycie klejnotu pozostałym.

- To czemu nie zrobiłeś tego od razu?

- Musiałem zająć się Sol. To za dużo jak na nią. Była zła, bo skrzywdzili Marco, ale takie zachowanie nie leży w jej naturze. Zabiła tamtych w obronie własnej i wszystkiego co kocha. Jednak gdyby ruszyła za nimi i z zimną krwią ich zamordowała, mogłaby sobie potem tego nie wybaczyć.

- No tak, przecież ona normalnie nie skrzywdziłaby nawet muchy! Dlatego tak mnie przeraził jej widok w tym stanie.

- No właśnie. Teraz wychodzę. Opiekuj się nimi, dopóki nie wrócę, dobrze?

- Jasne - powiedziała z uśmiechem, po czym odprowadziła go do wyjścia i patrzyła za nim zamyślonym wzrokiem, dopóki nie zniknął jej z oczu. Zadziwiło ją, jak doskonale znał naturę Sol. Choć wydawała się oschła i często potrafiła złościć, tak naprawdę była osobą bardzo lojalną i oddaną. Dla bliskich osób, była gotowa na wszystko. Trzeba było tylko dostrzec, że pod tą powłoką pewności siebie i złości, kryła się wrażliwa, kochająca dziewczyna. Nie można było sobie wyobrazić lepszej przyjaciółki. Sol pewnie nawet nie zdawała sobie sprawy, jak dobrze Gabriel zdążył ją poznać w przeciągu praktycznie jednej doby.

W tym samym czasie rudowłosa leżała przy Marco, myśląc o tym, co się przed chwilą wydarzyło. Nigdy nie przypuszczałaby, że będzie zdolna do czegoś takiego. To co tam się stało wstrząsnęło nią do głębi. Jak sobie z tym poradzi? Przecież zabiła człowieka. No, może nie do końca człowieka, ale to przecież istota żyjąca. Chociaż z drugiej strony, gdyby była znów w tej samej sytuacji, zrobiłaby dokładnie to samo. Nie pozwoli nikomu skrzywdzić, tego co kocha. Bo przecież kocha Marco. Właśnie to do niej dotarło. Tylko czemu tak późno? Dlaczego dopiero teraz, kiedy on leży i umiera? Przecież mogli tyle czasu spędzić razem, może gdyby tu został nic by mu się nie stało. Wtedy nadal by ją denerwował, a ona udawałaby, że się na niego złości. Leżąc wieczorami opowiadaliby sobie o swoim życiu i marzeniach. Dlaczego zostało jej to odebrane? Teraz już było za późno na cokolwiek. Zaniosła się płaczem, wtulając twarz w ramiona ukochanego.

- Kocham cię, słyszysz? Nie rób mi tego, proszę nie umieraj - wykrztusiła pomiędzy kolejnymi napadami szlochu.

Nagle zauważyła, że coś zaczyna świecić się na zielono. Spojrzała w dół i zobaczyła, że kamień promieniuje zielonkawym światłem, ogarniając swoim blaskiem całą postać ukochanego. Na jej oczach sińce i opuchlizna z twarzy, zaczęły znikać, a rany się zamknęły. Nie mogąc uwierzyć w to co widzi, z niedowierzaniem zaczęła odwijać bandaże, skaleczenia pod nimi także zniknęły, a skóra przybrała zwyczajny odcień. Kiedy oglądała go ze wszystkich stron upewniając się, czy wszystko się zagoiło, usłyszała pełen ciepła głos.

- Czy nie mówiłem ci, że przeze mnie nie warto płakać?

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Cicho_sza 4 miesiące temu
    No i kolejna moc klejnotu dała znać o sobie. Tak podejrzewałam, że Sol uzdrowi Marco. Wciągająca opowieść, choć w zasadzie nie jestem fanką fantasy 😉 Czekam na kolejne części!

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania